Reklama

Złoty spadochron przed katastrofą cywilizacji!

Kupować czy nie? Argumentów za i przeciw inwestowaniu w żółty kruszec nie brakuje. Za fenomenem złota nie stoi chciwość inwestorów. Wręcz przeciwnie, ci którzy chcą zysków nie kupią złota. Za bardzo boją się jego wysokich już cen. Kupują tylko ci, którzy boją się naprawdę. Nie strat, lecz upadku. Rządów, banków, strefy euro, a nawet cywilizacji.

"Jeszcze nigdy w historii nie było tak złego podłoża ekonomicznego, tak wielu katastrofalnych czynników jak obserwujemy. (...). Ponieważ takiego kryzysu jeszcze nie było, nie wiadomo jak reagować i jaki będzie scenariusz zdarzeń. Na pewno nie będzie dobrze, szykuje się kryzys na skalę Wielkiego Kryzysu z lat 30. XX wieku." O wyrażenie podobnej opinii można dziś podejrzewać każdego ekonomistę, ale ta refleksja polskiego blogera (slomski.us) nie powstała w ostatnich miesiącach, lecz w kwietniu 2006 roku, ma prawie 5,5 roku i jest o 2,5 roku starsza niż kryzys, którego wybuch wielu ludzi utożsamia dziś z bankructwem Lehman Brothers (paradoksalnie, wszak bankructwo było kolejnym objawem kryzysu i jedną z konsekwencji, a nie jego początkiem). Jego nadejścia spodziewało się niewielu ekonomistów i jeszcze mniej zarządzających funduszami, w tym także czołowych ekspertów, znanych z pierwszych stron gazet.

Reklama

Głos z podziemia

Powyższy cytat jest też jednym z dowodów na to, że w "podziemnej" blogosferze tkwi olbrzymi potencjał intelektualny, który z pewnością może przewyższać trafnością spostrzeżeń mainstreamowe media.

I właśnie niezależni i - w polskim wydaniu - często anonimowi myśliciele zaczynają przekonywać do siebie coraz większą grupę czytelników. Gdy w tzw. oficjalnych mediach usłyszymy kolejne narzekania kierowców na drogę benzynę i ewentualny spór polityków dotyczący wysokości akcyzy, w blogosferze przeczytamy o peak oil i jego przełożeniu na gospodarkę i na rozruchy społeczne. Gdy "Wiadomości" poinformują o kolejnym rekordzie cen złota i jego gorączce nad Wisłą, której koronnym dowodem miałby być jednorazowy zakup 27 kg kruszcu w Mennicy Polskiej, internetowy underground przypomni, że złoto drożeje w związku z chwiejącym się w posadach systemem finansowym, a Mennica sprzedaje złoto ze zbójecką marżą.

Kiedy przegląda się poszczególne blogi, łatwo można ulec imponującej wiedzy autorów (często amatorów) na różnego rodzaju tematy i wsiąknąć w lekturę znacznie ciekawszą od serwowanej przez główne portale, starające się epatować krwistymi tytułami, za którymi kryje się powierzchowna informacja.

Być może blogerzy pozostaliby garstką piszących dla siebie nawzajem lekko stukniętych buntowników, gdyby nie przykry dla ogółu fakt: powtarzane przez nich teorie nieuchronnego załamania systemu finansowego zaczynają się sprawdzać. Trafiają w punkt znacznie celniej niż prognozy prezentowane w mediach przez analityków i ekonomistów. Blogosfera okazuje się po prostu bliższa prawdy i życia niż obraz gospodarki i jej perspektywy znane z gazet, wiadomości i portali. Wrażenie jest niezwykłe, ponieważ obnaża amatorszczyznę nie tylko głównych mediów, lecz także pojawiających się w nich ekspertów i podkreśla jakościową przewagę myślenia niezależnego, wolnego od wpływu dogmatów i przynależności do świata korporacji. Wzrost znaczenia i czytelnictwa podziemnych blogów ekonomicznych jest już tylko prostą konsekwencją tej przewagi.

- Przez ostatnie 3-4 miesiące mam 700-1100 unikalnych odwiedzin dziennie - twierdzi Łukasz, twórca Goldblog.pl. Jak utrzymuje, kiedy startował, w wakacje 2010 r., choć nie był znany w blogosferze, bywało ich kilkadziesiąt, ale już na początku tego roku unikalnych odwiedzin było codziennie 500-700. Ze statystyk Google Analytics wynika, że Goldblog zgromadził w ciągu roku 80 tys. czytelników. Całkiem nieźle, jak na miejsce prezentujące poglądy anonimowego internauty.

Prawdziwą armię czytelników zgromadził Cynik9, twórca blogu Dwagrosze, który obchodzi pięciolecie istnienia, a który jest czytany rocznie przez ponad milion unikalnych użytkowników sieci. - W tym roku w 2GR przekroczymy jakieś 1,3 mln unique visitors - twierdzi Cynik9, który ma zwyczaj pisać w liczbie mnogiej. Dla porównania - tylu ludzi czyta też papierową wersję "Rzeczpospolitej".

Blogosfera jest jednak pełna także autorów mniej lub bardziej wiarygodnych teorii spiskowych, steków bzdur, wpisów koniunkturalnych, nieprzemyślanych, nieudokumentowanych solidnym researchem. Słowem jest prawdziwym śmietnikiem wyssanych z palca informacji i przeglądając różne wpisy, trzeba umieć odróżnić opinie rzeczowe, od historii nieprawdopodobnych, choć zaczepionych w realiach.

Bliżej realu

Być może właśnie strach przed tym, by nie narazić się na śmieszność powoduje, że polscy blogerzy podziemia, pozostają całkowicie poza uwagą głównych mediów (w odróżnieniu od blogerów z nazwiskami znanymi z "realu"). Tymczasem anglojęzyczny internet jest znacznie bogatszy w różnego rodzaju postaci, blogi ekonomiczne prowadzone są przez zarządzających funduszami, spekulantów na rynkach surowcowych, a także przez anonimowe talenty, które są jednak wychwytywane. Do prowadzenia stałych kolumn na swoich stronach sieciowych, undergroundowych blogerów zaprosiły np. Reuters (Felix Salmon) czy Bloomberg (Paul Kedrosky).

Zresztą to co u nas można wciąż oznaczyć przymiotnikiem "podziemny", w USA już od dawna stało się jednym z głównych nurtów. Autorzy czołowych blogów są stałymi gośćmi telewizyjnych programów, stacji radiowych, są zapraszani na odczyty, konferencje i sympozja, a nawet sami je organizują dla swoich czytelników. W porównaniu do światowych tendencji, naszych blogerów różnią dwie sprawy - rzadko są profesjonalistami w dziedzinach, o których piszą i jeszcze rzadziej decydują się na ujawnienie danych personalnych.

Przy przeglądaniu dziesiątek zagranicznych blogów i kilku wartych uwagi krajowych, jedna rzecz może budzić prawdziwe zdumienie. To fakt, że wpisy przestrzegające przed konsekwencjami działań polityków i bankowców pojawiły się tam na długo przed obecnym kryzysem. Dziś łatwo jest postrzegać świat w czarnych barwach, ale cztery, pięć lat temu? Druga sprawa budzi zaś zaciekawienie - większość niezależnych blogerów polecała i wciąż poleca zakup złota, jako antidotum na utratę zaufania do papierowych pieniędzy i trudno znaleźć jakiekolwiek wyjątki od tej reguły.

Świat kupuje

Można nawet ulec wrażeniu, że to właśnie blogosfera rozbudza strach czytelników i tym samym nakłania ich do zakupów i windowania ceny kruszcu. O bardzo podobny model działania podejrzewane były media w czasie hossy na rynku mieszkaniowym. Czy zatem skoro rady dziennikarzy i profesjonalistów okazały się niewiele warte, ich czytelnicy mogli zwrócić się w stronę blogerów, poszukując wśród nich na własną rękę autorytetów i ośrodków opiniotwórczych? Jeśli tak, to warto zdawać sobie sprawę, że w swoim pędzie ku złotu czytelnicy blogów wcale nie są osamotnieni.

Tylko w tym roku o wzroście rezerw kruszcu poinformowały banki centralne Chin, Rosji, Korei Południowej, Meksyku i Kazachstanu - wszystkie zwiększyły rezerwy kupując złoto na rynku. Na ciekawy krok zdecydował się bank centralny Kazachstanu, który już 9,5 proc. rezerw ulokował w złocie (ok. 3,5 mld dol., licząc według cen z końca lipca). Od początku przyszłego roku bank zagwarantował sobie prawo pierwokupu całego złota wydobywanego w kraju (a nie jest go mało, bo Kazachstan wydobywa rocznie 22 tony, co daje mu 20. miejsce w produkcji na świecie; dla porównania, wydobycie w Polsce przekracza 800 kg, w Chinach 320 ton), i zamierza z niego skorzystać.

Takich czy podobnych historii znajdziemy znacznie więcej w wielu zakątkach globu. Wenezuela domaga się zwrotu złotego depozytu złożonego w europejskich bankach, obawiając się najwyraźniej o jego bezpieczeństwo. Hugo Chavez - prezydent tego kraju - dokonał też nacjonalizacji przemysłu wydobywczego związanego ze złotem, co właściwie nie spotkało się z żadnym negatywnym oddźwiękiem na świecie, a nawet z pewnym zrozumieniem. Z kolei Wietnam robi wszystko by umożliwić jak największy napływ złota do swojego kraju i w ten sposób wpłynąć na jego ceny, ponieważ obywatele uważają złoto za substytut waluty i - jak się szacuje - zgromadzili już tysiąc ton metalu. Zaczyna go brakować, wobec czego za kruszce trzeba płacić znacznie więcej niż na światowych rynkach.

Skoro potężne instytucje, a nawet rządy mają podobny do blogerów kierunek myślenia i działania, nic dziwnego, że cena złota wciąż rośnie. Szacuje się, że światowe wydobycie, które dziś prowadzone jest na skalę przemysłową, zwiększa dostępne zasoby o zaledwie 1,5 proc. rocznie, a łącznie jest go na powierzchni ziemi ok. 170 tys. ton. Przy stałym popycie i wstrzymanej podaży cena po prostu musi rosnąć.

Nakręcanie spirali

Banki centralne nie tylko kupując złoto, lub rezygnując z wcześniejszych planów jego sprzedaży, przykładają rękę do wzrostu notowań. Jak zauważyli analitycy UBS w raporcie z początku września, utrzymywanie prawie zerowych stóp procentowych powoduje, że złoto nie ma dobrej konkurencji w postaci lokat bankowych czy obligacji, które są nisko oprocentowane (na amerykańskich 10-latkach można zarobić mniej niż 2 proc. rocznie), co ułatwia inwestorom podjęcie decyzji o zamianie takich walut jak dolar, euro, funt czy frank na bulionowe sztabki.

Kolejnym impulsem generowanym przez banki centralne jest baza monetarna, czyli ilość rzeczywistej gotówki w obiegu. Niemal dokładnie 40 lat temu, 15 sierpnia 1971 r. Richard Nixon ostatecznie zerwał ze standardem złota. Wcześniej dolar, w teorii, mógł być wymieniony na złoto w relacji 1 uncja za 35 dol. W rzeczywistości rezerwy USA pokrywały już wówczas tylko 18 proc. bazy monetarnej dolara, zatem możliwość wymiany amerykańskich pieniędzy na kruszec i tak była fikcją. Nixon właściwie nie miał wyjścia, po tym, jak wymiany dolarów na złoto zażądała Francja i istniało ryzyko, że za jej przykładem pójdą inne kraje. W reakcji na decyzję Nixona złoto podrożało do 41 dol. za uncję, co było niemałym szokiem w tamtych czasach.

Brent Jonhson, jeden z przedstawicieli kadry kierowniczej Baker Avenue - niezależnej firmy zarządzającej aktywami - zwraca uwagę, że od tego czasu baza monetarna w USA systematycznie rośnie. Przez 40 lat zwiększyła się 40-krotnie. Bieżąca cena złota nie powinna być więc zaskoczeniem, jego cena tylko dostosowała się do ilości dolarów znajdujących się w obiegu. W rzeczy samej, rezerwy złota w Fed pokrywały 16 proc. bazy monetarnej na początku sierpnia 2011, były więc nawet nieco niższe niż za Nixona. Innymi słowy, często zresztą powtarzanymi na blogach zwolenników złota, to nie złoto podrożało, to tylko pieniądz stracił na wartości. Aby Fed miał pełne pokrycie bazy monetarnej (czyli aby doprowadzić do sytuacji, w której dolar znów stałby się w pełni wymienialny na złoto, jak przed wybuchem Wielkiej Depresji), cena uncji musiałaby dziś sięgać prawie 11 tys. dol. Tymczasem baza monetarna USA cały czas rośnie, a samo utrzymanie jej pokrycia na poziomie 16 proc. rezerw złota pociągnąć musi wzrost jego notowań. Lub - jak napiszą blogerzy - dalszy spadek wartości dolara.

Niewiara w papier

W rzeczy samej, goldbugs, jak sami siebie nazywają zwolennicy złota ("The Gold Bug" to jedno z opowiadań Edgara Alana Poe, którego bohater na skutek ukąszenia przez tytułowego owada, ma obsesję na punkcie szukania skarbów), najczęściej nie postrzegają złota jako instrumentu, który ma przynosić zyski posiadaczom. Celem zakupu i posiadania złota jest przede wszystkim zastąpienie nim w portfelu walut, których istnienie opiera się tylko na wierze w ich wartości (fiat money) i pochodnych (jak obligacje, akcje). To wszystko może okazać się niewiele warte. O ile waluty różnych krajów upadały, a długi mogą być umarzane, redukowane lub spłacane przy pomocy pras drukarskich (a więc inflacją), o tyle złota nie da się wydrukować.

Złoto, jako akceptowalny środek płatniczy miało zastosowanie już w cywilizacji Egiptu przed 6 tys. lat i od tamtej pory nigdy nie zawodzi. Znawcy tematu przypominają, że w starożytnym Rzymie za uncję złota można było kupić tunikę w okolicach Forum Romanum. Dokładnie tyle samo trzeba wydać dziś na porządny garnitur w eleganckim butiku w centrum każdej stolicy.

Złoto przechowuje wartość na przestrzeni wieków, ale niczego więcej nie obiecuje. Nie może być traktowane jako źródło zysków, ponieważ nie płaci odsetek, ani nie może się rozmnożyć. Cały wzrost jego wartości wyrażony w kursie walut, bazuje na nieodpowiedzialności polityków, kreacji pieniądza w bankach i błędnej polityce banków centralnych.

Spróbujmy więc stworzyć katalog najczęściej wymienianych powodów, dla których warto kupić złoto:

1.Ponieważ jest go mało i przybywa go powoli.

2.Ponieważ jest wymienialne na waluty na całym świecie, bez względu na ustrój polityczny i dogmaty religijne, i jest to jego stała cecha na przestrzeni dziejów i różnych cywilizacji.

3.Ponieważ banki centralne nie ustają w wysiłkach by popsuć wartość walut.

4.Ponieważ zamiana kilku procent portfela na złoto nikogo nie zrujnuje, a może zapewnić bezpieczeństwo finansowe w wypadku wielkich zmian w światowej gospodarce.

5.Ponieważ łatwo je kupić i ukryć, pozostając całkowicie anonimowym.

Dlaczego nie?

W drugim tygodniu września - gdy piszę te słowa - rynek wycenia prawdopodobieństwo upadku Grecji na 90 proc. i zapewne wielu Greków wolałoby mieć w swoich kieszeniach złote monety niż oszczędności w bankach, które chwieją się w posadach, a tym bardziej obligacje skarbowe swojego kraju. Trudno byłoby dziś przekonywać ich do tezy, że papiery emitowane przez rządy to najbezpieczniejsze instrumenty finansowe. Nie dali by w to wiary pewnie również Włosi, Hiszpanie i całe rzesze ludzi na świecie, którzy w ostatnich miesiącach dostrzegli fasadową naturę systemu finansowego.

Jednak opozycja wobec złota także dysponuje ciężkimi działami. Przede wszystkim, po jedenastu latach hossy, złoto jest po prostu bardzo drogie. - To bańka, która pęknie jak każda inna. Wykres złota to hiperbola, a każda hiperbola kiedyś się załamuje - tłumaczy Łukasz Wróbel, mój kolega z Noble Securities. To właśnie wysokie ceny złota powodują, że analitycy pytani w sierpniu o radę co zrobić z pieniędzmi uratowanymi przed wyprzedażą akcji, wskazywali złoto, jako inwestycję wysoce ryzykowną. Łatwo jednak odbić tę piłeczkę - to samo mówiono w 2008, w 2009 i w 2010 r., a ono wciąż drożeje. Poza tym, nie o zyski tu chodzi, lecz o bezpieczeństwo, które kosztuje. A nikt nie liczy przecież na zyski z własnej polisy na życie.

Bardziej trafione wydają się inne argumenty. Przy powstawaniu bańki zazwyczaj nie brakuje argumentów za dalszym kupowaniem i wzrostem cen, dopiero po jakimś czasie wychodzi na jaw ich absurdalność. Różnica jeśli chodzi o złoto jest jedna - ostatnie hossy dotcomów, nieruchomości czy nawet ropy i cen żywności, a także widoczne dziś trendy na rynku tzw. inwestycji alternatywnych - wszędzie tam, trend wzrostowy opiera się na chciwości. Hossa złota opiera się zaś na strachu. Pojawia się jednak pytanie, czy skoro chciwość z reguły nie jest, to czy strach może okazać się dobrym doradcą?

Złota nigdy nie zabraknie, podobnie jak nie zabraknie gruntów pod budowę apartamentowców, czym straszono przy okazji hossy na rynku nieruchomości. Prędzej zabraknie nam ropy niż złota (ropa jest ostatecznie surowcem niezastąpionym dla naszej cywilizacji), a przecież cena ropy potrafi spaść o 80 proc. w czasie załamania gospodarczego. Wypada też zapytać, kto odkupi od nas złoto po lub w czasie ewentualnego krachu systemu finansowego, jeśli nagle zbiednieli ludzie nie będą mieli pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb?

Kupując złoto, trzeba więc liczyć na przetrwanie obecnego modelu finansowego, lub na szybkie wyłonienie nowego.

Goldbugs skontrują natychmiast - ropy nie da się przechować tak łatwo jak złota i tylko dlatego drobni inwestorzy nie są obecni na tym rynku, zaś w odróżnieniu od dzisiejszych fiat money, złoto będzie zawsze można wymienić na cokolwiek, podczas gdy upadek waluty redukuje jej wartość poniżej papieru toaletowego.

Pozostałe argumenty przeciwko bardziej przypominają niekończącą się polemikę. Aktywność banków centralnych na rynku złota może świadczyć o kresie wzrostu jego cen, ponieważ historycznie banki centralne podejmują głównie nietrafione decyzje, zwłaszcza gdy chodzi o lokowanie rezerw, czego dowodem niech będzie sprzedaż przez nie złota przez ostatnich 20 lat. Z kolei wzrost bazy monetarnej nie implikuje kursu złota w sposób liniowy - przez ostatnich 40 lat były takie okresy, kiedy amerykańskie rezerwy złota przekraczały wartością bazę monetarną, były też i takie, kiedy były niższe niż obecne 16 proc. Ponieważ dolar nie jest związany już ze złotem nic się nie stanie, jeśli pokrycie złotem bazy monetarnej wyniesie np. 8 proc.

Który świat jest wirtualny?

Wątpię, by ktoś kto ma w zwyczaju przeglądać blogi Słomskiego, czy Cynika9 dał się przekonać powyższymi argumentami. A przecież nie są to przedstawiciele najbardziej radykalnych poglądów liberalnych. Jednak przekaz, który płynie z blogosfery zaliczanej do grupy goldbugs jest klarowny - kup złoto, jeśli nie chcesz podzielić losu lemingów, czyli tych którzy stracą oszczędności życia gromadzone w bankach i w obligacjach.

Efektem ubocznym takiego myślenia są blogi, których autorzy wypatrują katastrofy systemu finansowego i siłą rzeczy także politycznego (np. financialarmageddon.com), a nawet - co wydaje się już pewnym ekstremum - fora, na których dyskutanci dzielą się pomysłami na temat tego, jak funkcjonować w przyszłym świecie i jak przygotować dobry zestaw ratunkowy, z pomocą którego uda się i rozbić namiot i zapolować na dzika. Mamy więc grupę ludzi, którzy uważają świat oparty na pieniądzu fiducjarnym za rodzaj Matriksu, z którego niebawem wszyscy zostaniemy wybudzeni, bez względu na to, jakie kto żywi przekonania wobec złota, wartości demokratycznych czy poglądów politycznych. Pisząc swoje blogi starają się oni zachęcić czytelników do wyboru niebieskiej pigułki, którą Morfeusz zaproponował Neo w filmie "Matrix", po którym możliwe było przejrzenie na oczy.

Jednak czy prorokom upadku świata wypada zarabiać na katastrofie? Słomski prowadzi własny sklep internetowy ze złotymi monetami, w którym marże sięgają 10 proc. ponad ceny spot, Cynik9 oferuje płatną subskrypcję pisanego przez siebie newslettera, Doug Casey (jeden z najbardziej znanych zwolenników złota na świecie) prowadzi własną firmę oferującą inwestorom cykliczne analizy rynkowe.

Cóż, myślę, że nie starają się manipulować oni czytelnikami i straszyć ich dla własnych korzyści. Myślę, że goldbugs to nie tyle zwolennicy złota, ile zwolennicy wolnego rynku i przeciwnicy interwencjonizmu państwowego, który zawsze rodzi więcej kłopotów niż korzyści. Stąd dążenie do sięgania po zyski nie jest im obce. W tym podstawowym dążeniu niczym nie odbiegają od większości.

Emil Szweda

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »