Reklama

Analiza Interii. Pandemia pozostanie z nami przez dziesiątki lat

Miał być sprint (powiedzmy - średni dystans), a okazało się, że mamy przebiec maraton. Na razie pokonaliśmy ćwierć półmaratonu. Po roku z pandemią i u progu trzeciej fali jesteśmy skłonni coraz bardziej zastanawiać się, ile czasu, pieniędzy i wysiłku trzeba, żeby naprawić to, co zniszczyła. Uczymy się z nią żyć, ale nie wiemy, jak zapobiec jeszcze większym szkodom.

Zacznijmy od tego, co wiemy na pewno. Od tego, gdzie pandemia zadała gospodarkom i społeczeństwom najdotkliwsze ciosy. Według badań Banku Światowego, w wyniku pandemii w skrajną nędzę (a to znaczy 1,9 dolara dziennie na przeżycie) popadło w 2020 roku od 119 do 124 milionów ludzi. A to nie koniec, bo z ostatnich szacunków wynika, że także w 2021 roku liczba ta będzie dalej rosnąć i zwiększy się w sumie do 143-163 mln osób.

Reklama

Przed pandemią w skrajnym ubóstwie żyło blisko 650 mln ludzi. Przez dwa dziesięciolecia XXI wieku liczba skrajnie ubogich na świecie zmniejsza się średnio o 54 miliony osób rocznie i spadła w sumie o miliard. Jednym z powodów dramatycznej sytuacji w najuboższych krajach jest utrata pracy przez migrantów do państw zamożnych. Bezrobotni nie mogą wysyłać pieniędzy na przeżycie swoim rodzinom.

Obciążeni długami

"Szacowany wzrost globalnego ubóstwa w 2020 roku jest naprawdę bezprecedensowy" - napisali eksperci Banku Światowego.

"(...) dla milionów ludzi na całym świecie kryzys ten nie będzie krótkotrwały" - dodali.

Wszystkie państwa na świecie wyjdą z pandemii obciążone ogromnym długiem. Jak dużym - tego jeszcze nie wiemy, ale szacuje się, że średnio tylko w 2020 roku deficyty budżetowe na świecie osiągnęły 11 proc. globalnego PKB. To trzy razy tyle, ile średnio rocznie w ciągu poprzedniej dekady. Spłata długów i powracające dyskusje o wypłacalności poszczególnych państw potrwają być może przez dziesięciolecia.  

Nawet bogate gospodarki będą miały kłopot z tym, żeby długi spłacać, jeśli ich oprocentowanie wzrośnie, albo jeśli wzrost w tych państwach będzie słaby. Ale w najgorszej sytuacji są oczywiście najbiedniejsze kraje, na których recesja wymusiła wstrzymanie obsługi zadłużenia. Na razie rządy-kredytodawcy zawiesiły wymagalność spłat zadłużenia na 5 mld dolarów. To wciąż tylko kropla w morzu.

W krajach, które nie mają systemu ubezpieczeń zdrowotnych, w wyniku pandemii wzrosną koszty ochrony zdrowia. Jeszcze przed jej wybuchem ludzie płacili tam rocznie ponad pół biliona dolarów za leczenie. Te wydatki powodują trudności finansowe u niemal miliarda ludzi na świecie, a 90 mln osób wpędzają w ubóstwo. A tymczasem koronawirus udowodnił, że w czasach globalizacji ochrona zdrowia też staje się także dobrem o globalnym znaczeniu.


Nauka zdalna spowodowała gigantyczną lukę w wykształceniu, zarówno w krajach ubogich, jak w bogatych. Choć nie ma jeszcze badań na ten temat, ale już wiemy, że jest to nowa przyczyna kolejnej przepaści nierówności. Ale nie tylko, bo jeśli luka nie zostanie nadrobiona, gospodarka może liczyć się w przyszłości ze spowodowanej nią spadkiem jakości pracy.

Głębokie blizny

W ubiegłym roku analitycy z USA w badaniu opublikowanym przez Fed z St. Louis ostrzegli, że skutki kryzysu gospodarczego spowodowanego pandemią mogą wybiegać nawet poza 2060 rok, a USA mogą stracić w ciągu 40 lat nawet 188 proc. swojego rocznego PKB. To dlatego, że pandemia wyżłobi w gospodarce i naszym myśleniu głębokie blizny.

Największym problemem nie jest to, w jak głęboką recesję wepchnęła ją pandemia, ale jakie wprowadziła trwałe prorecesyjne zmiany. A im dłużej trwa, im więcej fal zakażeń i lockdownów, tym zmiany te mogą być głębsze i bardziej trwałe.    

Pandemiczny kryzys oznacza spadek produktywności - to widać gołym okiem. Najbardziej w usługach - w turystyce czy lotnictwie, słowem wszędzie tam, gdzie ich świadczenie wymaga kontaktu twarzą w twarz, lub gdzie świadczone są one dla grup osób przebywających w dużym zagęszczeniu. Powstają pytania - czy i kiedy wróci to do "normalności". I dobrej odpowiedzi nie ma. Najgłębszą blizną, jaką spowodowała pandemia, mogą być oczekiwania, że niższa produktywności pozostanie z nami także w przyszłości.

Co takie oczekiwania mogą oznaczać? W czasie pandemii doszło do załamania inwestycji, ale nie jest wcale pewne, że odbudują się one tak, jak po minionych wojnach. Bo skoro oczekujemy niższej produktywności, to czy warto inwestować? A jeśli nawet odpowiedź brzmi - tak, to trzeba oczekiwać wyższej premii za ryzyko. Oczekiwanie wyższej premii powoduje, że kapitał staje się droższy, a to z kolei odstrasza firmy od inwestycji. Dodajmy ­- taka sytuacja może być przyczyna "wąskich gardeł" w podaży, która nie będzie nadążać za popytem. 

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z wydarzeniami

Nieużywany w czasie lockdownów kapitał się starzeje. Puste lokale, biura gdy pracownicy siedzą w domowych biurach - wszystko to kapitał, który nie jest wykorzystywany produktywnie. Im więcej kapitału się starzeje i im dłużej, tym mniejsze są jego pracujące zasoby, i tym bardziej kosztowne będzie jego odtworzenie.



Skoro wartości pracującego kapitału się obniża, to trzeba sięgać po jego nowe - i coraz droższe - zasoby. Ale skoro kapitału jest mniej, bo jest też droższy, to mniej potrzebuje pracy. Dlatego inwestycje mogą mieć kłopot z tym, by się rozkręcić, ale i bezrobocie może pozostać również długotrwałe. A w związku z tym może nas czekać spadek konsumpcji. Stagnacyjna spirala w całej okazałości.  

Hodowanie zombie?

Z powodu pozostałych blizn po kryzysie możemy wejść w epokę długotrwałej stagnacji. Żeby tego uniknąć, rządy przygotowały ogromne programy finansowego wsparcia przedsiębiorstw. Ale ten medal ma swoją drugą stronę. Bo rządowe wsparcie utrzymuje przy życiu firmy, które również przed pandemią były nieefektywne. W ten sposób pomoc dla gospodarki hoduje zombie, a więc obniża jej produktywność.  

I w końcu - co może okazać się najważniejsze - pandemia to także trauma psychiczna dla milionów ludzi. Na razie trudno się zorientować, jakie spowodowała szkody, ale pewne jest, że rządzący i tym powinni zacząć się interesować. Ostatecznie badania i terapie nie zrobią się same. 

Różne litery kryzysu

Wkrótce potem, jak rok temu w Polsce pojawił się pierwszy i długo oczekiwany zakażony SARS-CoV-2, okazało się, że pierwsza, wiosenna fala zachorowań dotknęła nasz kraj bardzo łagodnie. Nikt nie wie dlaczego, ale liczyliśmy nowych zakażonych w setkach, gdy w innych krajach - w tysiącach lub w dziesiątkach tysięcy. Niemniej rząd wprowadził dość szybko stosunkowo surowy lockdown i okazało się, że Polskę też czeka recesja. Pierwsza taka od potransformacyjnego szoku. Ekonomiści przyglądali się temu, co się stało w Azji i mówili tylko, że gospodarka solidnie się załamie.


Kiedy jednak lockdowny zniesiono, a gospodarkę pociągnął w górę odroczony popyt, optymiści zaczęli mówić, że choć się załamała, to szybko odbije. W ich przekonaniu odbicie miało mieć nawet kształt litery "V". W miarę jak twarde dane pokazywały, że gospodarka nie nabiera przedpandemicznego tempa, zaczęto mówić o, że prawe ramie "V" będzie trochę niżej od lewego, a odbicie będzie miało kształt pierwiastka.

Nadzieje na szybki powrót gospodarki na ścieżkę wzrostu sprzed pandemii pogrążyło uderzenie jesiennej fali. Tym razem rząd długo przecierał oczy ze zdumienia i lockdown wprowadził z dużym opóźnieniem. Miejscowości turystyczne zamarły z przerażenia, co się będzie działo, jeśli goście nie przyjadą na święta. Pieniędzy na pomoc przestało starczać i wcale nie okazała się ani szybka, ani hojna jak na wiosnę. W miarę jak wzbiera trzecia fala rządy na całym świecie mają ten sam dylemat - zaciągać kolejne długi, czy zgodzić się na to, że przedsiębiorstwa a nawet całe branże będą padać, a bezrobocie - będzie rosnąć.  

Nie ma pewności co lepiej wybrać. Zresztą - niepewność - to słowo, z który uczyliśmy się żyć już od poprzedniego wielkiego kryzysu finansowego z lat 2007-9. Ale niepewności, w której żyjemy teraz, nie można porównać z jakąkolwiek w poprzednich latach. W czasie pandemii zaczęto mówić o "skrajnej" niepewności. Mamy szczepionki i szczepienia, ale mamy mutacje, trzecią falę i narastające poczucie zagrożenia.

Ale nie jest przecież aż tak źle, choć umiera wciąż za dużo ludzi. Dramatyczne prognozy mówiły np. w połowie zeszłego roku, że polska gospodarka załamie się o 4 proc. lub więcej. Potem je stopniowo poprawiano, lecz po drugiej fali okazało się, że prognozy na 2021 rok z kolei trzeba rewidować w dół.

Bo znowu były i takie, które mówiły o wzroście PKB o ponad 5 proc. w tym roku. Komisja Europejska obniżyła niedawno swoją do 3,1 proc., a krajowi analitycy zauważają już, że trzecia fala opóźni ożywienie gospodarki. Nawet wśród tych, którzy bardzo starają się o optymizm nikt już nie pomyślałby nawet o wzroście gospodarki o 5 proc.

Z drugiej strony polska gospodarka zakażenie przeszła - jak na razie, i jak na Europę - dość łagodnie. Czemu to zawdzięcza? Chętnych do medali jest zapewne wielu. Ten złoty zapewne należy się jej... strukturze. I temu, że - w porównaniu z krajami Zachodu - jest bardziej zacofana i biedniejsza.

Co to wszystko znaczy?

Najmocniej dotknięte przez pandemię zostały kraje z silnie rozwiniętymi sektorami usług i z dużym ich udziałem w PKB. Nie mówiąc już o załamaniu ruchu turystycznego, które spowodowało, że Włochy, Grecja czy Hiszpania popadły w tak głęboką recesję, w Polsce wiele usług popularnych w zamożnych społeczeństwach dopiero raczkuje. Kluby fitness są nowinką mającą nie więcej niż dekadę, znacznie rzadziej niż na Zachodzie jadamy poza domem, są nawet tacy, którzy strzyżą się sami.    

Jesienią zeszłego roku okazało się, że z pandemią nauczył się żyć przemysł. To srebrny medalista. Jeszcze w lecie, kiedy niektórym wydawało się, że wirus "już sobie poszedł", głównymi ogniskami pandemii były duże zakłady - kopalnie, ubojnie, fabryki mebli. Niektóre nie nadążały z zamówieniami mając na kwarantannie pół załogi. Fabryki jednak przystosowały się do sytuacji i jesienią żadna nie została zamknięta. Dodajmy, że to stosunkowo nowy przemysł, wybudowanemu w latach transformacji głównie dzięki inwestycjom zagranicznym, powiązany z Zachodem i ze Wschodem.

Tym łańcuchom, które powiązały naszą gospodarkę ze światem i sprawiły, że jest ona otwarta należy się brązowy medal. Po 2-3 miesiącach zapaści na początku zeszłego roku gigantyczne kontenerowce okrążające świat zaczęły wyrównywać kurs. Światowy handel, pomimo pandemii znowu zaczął napędzać gospodarkę. Jak podaje Niderlandzkie Biuro Analiz Polityki Gospodarczej CBP handel odrobił w grudniu straty wywołane pandemią i wzrósł o 1,3 proc. w całym 2020 roku. Dzięki temu polski eksport liczony w euro obniżył się o zaledwie 0,3 proc., a eksport do Niemiec zwiększył się o 3,9 proc.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »