Reklama

Druga fala pandemii uderzy w rynek pracy

Półroczny kosztowny wysiłek, aby ratować miejsca pracy i przedsiębiorstwa przed bankructwami, sprawił, że straty w zatrudnieniu zostały zminimalizowane. Jednak kolejne miesiące z pełzającym i punktowym lockdownem gospodarki mogą przynieść wzrost bezrobocia, który już trudno będzie powstrzymać.

Jeśli ktoś optymistycznie przypuszczał, że najgorsze z powodu COVID-19 na rynku pracy za nami, może być w błędzie. Sytuację mamy trochę jak ze słynnego ponurego żartu z lat 80. poprzedniego wieku: "Pytanie: kiedy będzie lepiej? Odpowiedź: już było...".

Reklama

Skokowy wzrost zachorowań w drugiej fali koronawirusa zaczyna się przekładać na kolejne stanowcze decyzje rządu, które ponownie uderzają w przedsiębiorców i całą gospodarkę. Chociaż - jak zapewniają politycy - nie ma mowy o ponownym zamknięciu gospodarki (lockdown), to zaczynamy w praktyce obserwować lockdown pełzający, który stopniowo ogranicza aktywność gospodarczą nie tylko w tzw. czerwonych strefach (punktowo), ale także w skali całego kraju. To zła wiadomość dla przedsiębiorców, którzy właśnie tworzą budżety na 2021 rok i głowią się, czy gospodarka odbije, tak jak spodziewa się rząd, czy też nie.

Jeśli recesja lub rachityczny wzrost gospodarczy zostaną z nami na dłużej, wywoła to mocne turbulencje na rynku pracy. Będzie to o tyle bolesne, że przez pół roku sytuacja wydawała się opanowana i zapłaciliśmy stosunkowo niską cenę (w liczbie miejsc pracy) za tak potężny szok gospodarczy, jakiego doświadczyliśmy po raz pierwszy w ciągu trzech dekad transformacji.

Statystyki świadczą, że rządowe tarcze antykryzysowe, okupione gigantycznymi kosztami dla państwa, przyniosły skutek, ponieważ na rynku pracy nie doszło do załamania. Na tle Unii Europejskiej jesteśmy krajem z jedną z najniższych stóp bezrobocia. Przedsiębiorcy zacisnęli zęby, kto był uprawniony - skorzystał z rządowego wsparcia wartego grube miliardy złotych, a pracownicy godzili się na obniżki płac lub zmniejszenie pensji, np. przez bezpłatne urlopy (choć teoretycznie żaden pracodawca nie mógł do tego pracownika zmusić). W efekcie stopa rejestrowanego bezrobocia od początku pandemii wzrosła jedynie o 0,6 pkt. proc. - do szacowanych 6,1 proc. we wrześniu, i co więcej - nie zmieniła się od kilku miesięcy. Mieliśmy nawet w sierpniu i wrześniu symboliczny spadek liczby bezrobotnych o około pięć tysięcy, ale na tym dobre wieści z rynku pracy najprawdopobniej się kończą. I jesień zapowiada się bardzo trudnym okresem, nie mówiąc o 2021 r. Powrót w najbliższych miesiącach, a nawet latach, do rejestrowanego bezrobocia poniżej okrągłego miliona osób może okazać się niemożliwy.

Co świadczy o tym, że mamy ciszę przed burzą? Po pierwsze, za nami już miesiące letnie, które tradycyjnie sezonowo są najlepsze, szczególnie w usługach, a pomimo pandemii Polacy jednak często wyjechali na wakacje, i to krajowe. Po drugie, kończą się rządowe tarcze i trudno sobie wyobrazić, aby rząd ponownie zaciągnął ponad 100 mld zł długu, aby ratować rynek pracy i firmy. Po trzecie, warto spojrzeć na prognozy rządowych planistów, którzy dla potrzeb nowelizacji budżetu na 2020 i projektu budżetu na przyszły rok podali kilka ważnych liczb. Na koniec tego roku stopa bezrobocia ma mocno podskoczyć - aż do 8 proc. Biorąc pod uwagę, że zostały nam jedynie trzy miesiące, to sprawdzenie się tego scenariusza byłoby wręcz katastrofalne. Na przyszły rok prognoza budżetowa mówi o wskaźniku 7,5 proc., zatem jedynie niewielkim spadku wobec 2020, pomimo że wzrost gospodarczy ma podskoczyć aż o 4 proc. Po czwarte, obecnie przewidywania, czy wzrost PKB odbije w kształcie "V" lub "U", albo innej litery, są obarczone ogromnym błędem, bo zaledwie ostatnie dni udowodniły, że sytuacja epidemiologiczna zmienia się diametralnie, co niesie ogromne skutki gospodarcze.

Jednak to od decyzji, potencjału finansowego i przewidywań przedsiębiorców koniec końców będzie zależał rozwój sytuacji na rynku pracy. Niestety, przynajmniej w kilku branżach, trudno spodziewać się optymistycznych wieści. Przyśpieszenie pandemii sprawia, że nikną nadzieje na odbudowę branży targowej i kongresowej (kilka ważnych stacjonarnych imprez zostało odwołanych w ostatnich dniach), a także szeroko rozumianej rozrywkowej - z kinami na czele. W tych branżach, oraz ich otoczeniu, szczególnie dużo osób pracuje na samozatrudnieniu. Albo będą musiały znaleźć inne zlecenia, o co będzie trudno, albo wręcz poszukać zupełnie nowej pracy w innej branży. Ograniczenia w liczbie gości biją w restauracje i bary, co przełoży się nie tylko na ilość miejsc pracy w tych lokalach, ale także na firmy współpracujące z nimi: od dostawców półproduktów po np. pralnie.

Zatem przedsiębiorcy, którzy przygotowują właśnie budżety na 2021 rok, stoją przed arcytrudnym zadaniem przewidzenia... nieprzewidywalnego. Bo raczej nikt nie jest w stanie określić, jaką skalę osiągnie pandemia w przyszłym roku, kiedy ewentualnie będzie szczepionka, i jakie w związku z tym decyzje będzie musiał jeszcze podjąć rząd, z których wiele będzie miało dalekosiężne skutki dla rzeszy przedsiębiorców. W najgorszym scenariuszu, firmy mogą chcieć odchudzić się "na wszelki wypadek", aby problemy ze sprzedażą towarów czy usług nie zmusiły ich do działań pod presją czasu w przyszłym roku. Tym bardziej, że muszą się zmierzyć także z planowaną podwyżką płacy minimalnej do 2800 zł brutto - wzrost o 200 zł wobec 2020 r. Wzrośnie też stawka godzinowa. Wyższe wydatki będą ich czekać, jeśli dojdzie do oskładkowania umów cywilnoprawnych według zasady "składka od każdej złotówki".

Podczas pierwszej fali pandemii nie posypały się zwolnienia grupowe, ponieważ biorąc pomoc od państwa przedsiębiorcy brali na siebie również zobowiązania utrzymania miejsc pracy. Jednak te zobowiązania wygasają i wkrótce nic nie stanie firmom na przeszkodzie, jeśli zechcą zrobić zwolnienia grupowe. A to może przyśpieszyć znacząco wzrost liczby bezrobotnych i stopa bezrobocia pójdzie w górę. Można tylko mieć nadzieję, że - tak jak w pierwszej fazie pandemii, tak w drugiej - nie sprawdzą się kasandryczne wizje, że przywitamy się z dwucyfrowym bezrobociem. Jednak o powrocie do naturalnej stopy bezrobocia ok. 5 proc., którą obserwowaliśmy na koniec 2019 roku, na razie nie ma co marzyć. Wiele wskazuje na to, że zmiana liczby miejsc pracy będzie mocno zróżnicowana w zależności od branży, a ubocznym skutkiem może być konieczność przekwalifikowywania się pracowników, aby mogli znaleźć pracę tam, gdzie przyjmują, a nie zwalniają.

Tomasz Prusek
publicysta ekonomiczny
prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Dowiedz się więcej na temat: koronawirus | bezrobocie | Covid-19

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »