Reklama

Dwa biliony dolarów straty? Rozważania o Afganistanie

Afgańskie potyczki to dla zachodnich demokracji zawsze były migawki. Mało kto podliczał tę operację. Teraz znamy szacunkową kwotę, która skłania do refleksji.

Prezydent Joe Biden przekonuje, że próba "zasiania" demokracji nie była tam celem, lecz jest w tym nieprzekonujący. W Afganistanie upadła kolejna próba eksportu północnoatlantyckiego systemu społecznego, który najwyraźniej nie jest w stanie na tym obszarze wykiełkować. Przychodzi na myśl tzw. prawda oczywista, że sianie zbóż na półpustyniach lub mokradłach to strata czasu, ale też majątku. Dziś wiemy także, że nawadnianie lub osuszanie na siłę nie przynosi oczekiwanych rezultatów i często kończy się katastrofą. Ta paralela odnosi się też do systemu rządów.

Reklama

Bez poparcia, a przynajmniej przyzwolenia ludności, tak przecież hardej i niepokornej, talibowie byliby bez szans. Zastosujmy więc tak miłe nam reguły demokracji i uznajmy, że zdecydowała większość. Róbmy jednocześnie, co się da, żeby zbudować w Afganistanie, ale też w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej inną większość, ale już bez armat.

300 mln dolarów dziennie

Na Uniwersytecie Browna w Providence w stanie Rhode Island skalkulowano przybliżone amerykańskie koszty afgańskiej wojny na ponad 2,2 biliony dolarów (dokładnie: 2260 miliardów), przy czym liczyli je bez przyszłych odsetek od pożyczek na ich pokrycie oraz bez jeszcze niezrealizowanych, dożywotnich świadczeń należnych weteranom. W ujęciu statystycznym przez 20 lat, od dnia zamachów na World Trade Center i Pentagon, Ameryka wydawała na działania zbrojne w Afganistanie dzień w dzień po 300 milionów dolarów.

Dwa biliony 200 miliardów dolarów to inaczej ok. pięć z rzędu produktów krajowych brutto Polski pod koniec drugiej dekady obecnego stulecia. Te dwa biliony z okładem można też przedstawić jako 56 000 dolarów na każdego z 40 milionów Afgańczyków. W kolejnym porównaniu autorstwa redaktorów amerykańskiego magazynu "Forbes" to więcej niż warci są (netto) Jeff Bezos, Elon Musk, Bill Gates i 27 kolejnych miliarderów tworzących trzydziestkę najbogatszych ludzi w USA.

Na co poszły te pieniądze? 800 mld dolarów to bezpośrednie koszty działań armii amerykańskiej w Afganistanie, 85 mld wydano na szkolenie afgańskiej armii, a 750 mln dolarów rocznie, czyli 15 miliardów przez 20 lat - na żołd dla żołnierzy i oficerów wojsk rządowych.

Do tego zestawienia trzeba też dodać koszty związane ze śmiercią 241 tys. osób - ofiar tej wojny. Liczba zejść śmiertelnych nie obejmuje zgonów mogących być jedynie pośrednią konsekwencją działań wojennych, tj. chorób, niedostatku wody, braku dostępu do opieki lekarskiej itd.

W połowie wojny statystyczny amerykański podatnik płacił za wojnę w Afganistanie 490 dolarów rocznie; w roku budżetowym 2020 o ponad połowę mniej. Takie są dane głównego kontrolera finansowego (ang. comptroller) amerykańskiego ministerstwa obrony, które pokazują na marginesie, jak daleko nam do standardu przejrzystości w Polsce.

Na tym się nie kończy. W dość realnym scenariuszu same tylko odsetki od pożyczek zaciągniętych przez kolejne rządy USA na prowadzenie wojny mogą dojść w 2050 r. do kwoty 6,5 bilionów dolarów, czyli do 20 000 dolarów na statystycznego obywatela USA.

Są też koszty po stronie szerokiej koalicji obejmującej Polskę. Sojusznicy Amerykanów wydali na działania w Afganistan znacznie mniej, ale ich koszty małe wcale nie były. Na przykład Bundeswehra podała, że same tylko koszty służby w Afganistanie łącznie 150 tys. żołnierzy niemieckich wynieść miały przez 20 lat 12,5 mld euro (15 mld dol.). Kolejne polskie rządy nie zdecydowały się podać oficjalnych rachunków. Według szacunku firmowanego przez Portal-mundurowy.pl, koszty polskiej misji mogły wynieść (także bez wydatków na przyszłą opiekę nad weteranami) ponad 8 mld złotych.

Kampania USA i Zachodu w Afganistanie przypominała setki podobnych prowadzonych przez mocarstwa od paru tysiącleci. Była przede wszystkim orężna. Akcje edukacyjne, społeczne oraz biznesowo-rozwojowe były jedynie posypką i to wyłącznie dla ozdoby, bo "smaku" nie zmieniały. Nie jest to zarzut, bo nie sposób budować pod kulami. Widać za to, że chwytliwa retoryka antywojenna nie zastąpi głębokiej refleksji.

Przytaczanie kolejnych, znanych już raczej, faktów dotyczących interwencji Zachodu w Afganistanie i finalnego fiaska tejże, dużo więcej nie wniesie. Ostrożność nakazuje poza tym powstrzymanie się od stanowczych wniosków do czasu, aż przekonamy się, jak i czy rządzić będą talibowie i czy nie wybuchnie tam kolejna wojna domowa.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Zamknięte sejfy

Na razie wiemy tylko, że Zachód będzie przeszkadzał talibom, jak tylko umie i może. Dla ogółu mieszkańców kraju to bardzo zła wiadomość. Skoro jednak pomagali talibom lub się tylko nie wtrącali, to "macie, czego chcieliście", zawyrokuje świat.

Oficjalne rezerwy zagraniczne Afganistanu mają wynosić ok. 9 mld dolarów. Były gubernator afgańskiego banku centralnego Ajmal Ahmady poinformował 18 sierpnia 2021 r., że ok. 7 mld przechowuje nowojorski oddział Rezerwy Federalnej. 700 mln dolarów znajduje się na rachunku w Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS) w Bazylei, a reszta (równowartość ok. 1,3 mld dolarów) to depozyty w różnych walutach (głównie w euro i funtach) w bankach międzynarodowych.

Ahmady podał na Twitterze, że talibowie mogą mieć teraz dostęp do najwyżej 0,2 proc. z 9 miliardów będących własnością Afganistanu. Jak jest naprawdę trudno orzec, ponieważ były gubernator jest zaangażowany po stronie obalonych władz i może być niewiarygodny. Z pewnością jednak bank w Nowym Jorku nie otworzy teraz kas przed talibami. Zdominowany przez Amerykanów, ale też rzeczywiście Międzynarodowy Fundusz Walutowy (IMF) wydał oświadczenie, że zablokował możliwość skorzystania przez Afganistan z potencjalnych 460 mln dolarów, które w innych okolicznościach przyrody mogłyby być przeznaczone na niwelowanie tam skutków pandemii. "The New York Times" pisze, że decyzja ta jest pokłosiem presji Waszyngtonu, a Fundusz podkreśla, że "wzięto pod uwagę poglądy społeczności międzynarodowej".

W perspektywie paru miesięcy nic też nie wyjdzie z umowy uzgodnionej przez ponad 60 państw o przekazaniu w ciągu czterech lat na rzecz Afganistanu 12 mld dolarów wsparcia. Rząd niemiecki już oznajmił, że jeśli władzę przejmą talibowie i wprowadzą prawo szariatu, nie prześle tam żadnych pieniędzy. Unia Europejska ma podobne stanowisko, choć przekaz z Brukseli jest bardziej pytyjski: przelewów nie będzie dopóty, dopóki "nie wyjaśni się sytuacja".

Krańcowa bieda

Na Afganistan spadnie więc kolejna klęska. Wojna to zabójstwo dla gospodarki kraju, w którym się toczy. PKB w cenach bieżących per capita spadł z 640 dolarów w 2012 r. do 500 dolarów obecnie. Można się spodziewać, że kolejny odczyt aktywności gospodarczej pokaże jeszcze mniej. Brak lub wielki niedobór dolarów oznaczać będzie katastrofę w zaopatrzeniu. Nie ma na to dobrej rady, ponieważ kraj ma wielki deficyt na rachunku bieżącym - w oficjalnym handlu import jest pięciokrotnie większy od eksportu.

Gospodarka kraju sprowadza się do niewydajnego rolnictwa. Wielką rolę odgrywa uprawa maku z przeznaczeniem na opium, ale plantatorzy mają z tego grosze, fortuny zbierają pośrednicy, w tym także talibowie. Według Banku Światowego większe lub mniejsze dochody z rolnictwa uzyskuje aż 60 proc. gospodarstw domowych. Prywatny sektor wytwórczy jest ledwo dostrzegalny. Wszystkie plagi, które spadły na kraj począwszy od lat 70. ubiegłego stulecia sprawiły, że w globalnym rankingu konkurencyjności ekonomicznej "Doing Business 2020" Afganistan zajmuje 173. miejsce na 190 uwzględnionych w nim państw.

Pierwsze lata po interwencji koalicji nie były takie złe. Żołnierze i pozostały personel zagraniczny wydawali na miejscu część swoich wynagrodzeń, płynęła pomoc, ponieważ nie chodziło przecież o zniewolenie lub skolonizowanie Afganistanu, a o stworzenie warunków do rozwoju i budowy demokracji podobnej do zachodniej. W rezultacie między rokiem 2003 a 2012 średnioroczny wzrost gospodarczy wyniósł 9,4 proc. Wprawdzie wskaźnik poszybował także w wyniku efektu tzw. niskiej bazy, jednak nie było powodów do narzekania. Niestety wraz z rozmywaniem się nadziei na sukces interwencji tempo wzrostu słabło, aż dziś ciągle przecież rachityczna gospodarka już tylko buksuje.

Bank centralny starał się ostatnio utrzymywać kurs waluty narodowej na poziomie 77-78 afganów za jednego dolara, ale w dwa dni po poddaniu Kabulu spadł do 86 afganów. Nie trzeba być prorokiem, żeby stawiać na bardzo rychłe przekroczenie bariery 100 afganów i dalszą szybką degrengoladę ekonomiczną ludności, która dotknie zwłaszcza mieszkańców afgańskich miast.

W 2002 r. PKB tego krańcowo biednego kraju wyniósł 4 mld dolarów. W 2019 r. urósł do 19,3 mld dolarów. W 2003 r. pomoc zagraniczna była równa tamtejszemu produktowi brutto, dopiero w 2009 r. wskaźnik ten spadł nieco poniżej 50 proc. Afganistan nie ma widoków na przyszłość, sam sobie nie poradzi, a nie może liczyć na społeczność i państwa muzułmańskie, wśród których bogate są wyłącznie państwa arabskie, bowiem ludy afgańskie z Arabami naftowymi poza religią nic wspólnego nie mają.

Nie wszystko na marne

Gdy talibowie wkroczyli do Kabulu, "zdruzgotani" prezenterzy niemal mdleli na wizji. Były rytualne komunały, obrazki ze stołecznego lotniska porównywane z gracją ze zdjęciami ewakuacji ambasady USA w Sajgonie w 1975 r. i w końcu powrót... do codziennej medialnej młócki. Afganistan przyciąga na chwilę uwagę większej niż zazwyczaj liczby zwykłych ludzi, bo wielka Ameryka biła się 20 lat, a dostała po grzbiecie od "brodatych" talibów. Po paru tygodniach dawno już zapomnianego wzmożenia nie słychać teraz szlochów nad Syrią, gdzie podczas wojny domowej zginęło pół miliona ludzi. Wzmianki o walkach o Tigray w Etiopii są rzadkie i maciupkie jak oczka tłuszczu w rosole z zagłodzonej kury. Niedobra dla Afgańczyków wiadomość brzmi, że za niedługo mówić się będzie o nich w świecie tylko wtedy, gdy zaczną się tam bardzo krwawe walki. Jeśli się uspokoi, niech sobie wegetują, byle w spokoju.

Tylko technologie i pieniądze pędzą na złamanie karku, świat jako taki stoi niemal w miejscu - zanim ruszy szybciej, wiele pokoleń musi zmądrzeć. Dodatkowo tyle złego może się nam przydarzyć teraz, że... nie warto o tym pisać, bo sił i miejsca nie starczy. Są jednak szanse, że będzie nie najgorzej i nad tym warto się pochylić.

Ponad 2 biliony samych tylko amerykańskich kosztów poniesionych w Afganistanie i to wszystko na marne. Nie całkiem. Przez dwie dekady postępy poczyniła edukacja, duża część kobiet z miast poszła do pracy poza domem, powstała (cieniutka, bo cieniutka) elita intelektualna, mnóstwo Afgańczyków miało styczność z ludźmi z Zachodu i doświadczyli, że nie wszyscy to synowie Szatana.

Afganistan dzisiaj to w kategoriach jego szans na dobrą przyszłość czajnik z zimną wodą na herbatę postawiony na nieczynnej kuchence. Zachód może cały czas pomóc światu, a więc także samemu sobie, "włączając tę kuchenkę". Musiałby jednak pomóc całemu Południu - rozumianemu dużo szerzej niż medialny Afganistan - w przejściu przez ucho igielne zapóźnienia i zacofania bez używania narzędzi wojennych. Jednocześnie trzeba by uniknąć błędów, które doprowadziły świat na skraj katastrofy środowiskowej i klimatycznej. Jest w tej kwestii tysiące trudnych kwestii i zapętleń, ale co jest w świecie łatwe?

Z afgańskich gór i wyżyn, dzięki niemieckiemu tygodnikowi "Der Spiegel", przenosimy się do Senegalu w Afryce. Na południe od Sahary przecinającej Afrykę od Atlantyku po Morze Czerwone rozciąga się nieco przyjaźniejszy, ale też mało gościnny region geograficzny o nazwie Sahel. Klimat tych obszarów jest półsuchy, z działalności rolniczej udaje się niemal wyłącznie pasterstwo.

Piszą w podręcznikach geografii, że także w wyniku eksplozji demograficznej, dochodzi tam do pustynnienia, głównie z powodu nadmiernego wypasu zwierząt, karczowania pojedynczych drzew na opał i porzucania tradycyjnych technik uprawy na rzecz rolnictwa towarowego. Bydło jest tam nie tylko źródłem kalorii, ale także symbolem statusu. Znawcy twierdzą, że dla wyżywienia ludności Sahelu nie musi go być tak dużo jak teraz.

Od 2019 r. trwa tam projekt pod nazwą Wielki Zielony Mur, który ma się ciągnąć od Senegalu na zachodzie do Dżibuti na wschodzie kontynentu, czyli przez ok. 8000 kilometrów. Chodzi o zadrzewienia pasa ziemi o przeciętnej szerokości 15 km w pobliżu południowych krańców Sahary. Celem jest zatrzymanie pustynnienia, a tym samym stworzenie lepszych warunków życia na Sahelu. Drzewa nie będą sadzone jak nowy "las" urządzany na wyrębie. Podstawową metodą jest ochrona naturalnych siewek drzew przed zgryzieniem przez bydło. 

Według planów Unii Afrykańskiej, Wielki Zielony Mur ma wyrosnąć dobrze ponad ziemię za około 10 lat, w  2030 r. W biznesplanie oceniono, że powstanie dzięki niemu 10 mln "zielonych" miejsc pracy, a zdolność do wychwytywania z atmosfery dwutlenku węgla wzrośnie o 250 mln ton rocznie. Koszt przedsięwzięcia ma wynieść 33 mld dolarów, z czego 14 mld dolarów zaoferowała tzw. społeczność międzynarodowa. To oczywiście chwyt demagogiczny, ale nie sposób nie porównać tych 33 miliardów z 2 bilionami z USA wyrzuconymi w Afganistanie niemal wyłącznie w błoto.

Swego czasu zwróciłem uwagę w "OF", jakim marnotrawstwem jest budowanie farm słonecznych w ciemnej od chmur i deszczów Europie, gdy można byłoby je zakładać na Saharze i przesyłać stamtąd prąd stały do nas, zostawiając jednak jego istotną część jako zapłatę i na potrzeby krajów go wytwarzających. Ile by to kosztowało? Ćwierć, pół biliona, cały bilion?

W czasie pandemii widziałem w telewizji szpitale zbudowane w Polsce z kontenerów, dokładnie tak jak w zabawie klockami Lego. Taki szpital może być gotowy po kilku miesiącach, a w ekstremalnych okolicznościach czas oddania do użytku można ograniczyć do paru tygodni. Tanie to nie jest, ale czy choćby z obawy przed wielkimi ruchami migracyjnymi, nie należałoby rozpocząć za pieniądze z Zachodu budowy setek i tysięcy takich szpitali w najbiedniejszych państwach Południa, nie zapominając o kształceniu personelu medycznego?

To oczywiście tylko przykłady, zapewne lub wręcz z pewnością istnieją lepsze. Powiedzą, że się nie da, że to utopia, że rozkradną lub zmarnują. Mam dla sceptyków radę, żeby przeczytali lub obejrzeli "Konopielkę", która dzieje się u nas w czasie, który pamiętają żyjący jeszcze Polacy, a potem włączyli telewizor i obejrzeli jeden tylko odcinek "Rolników z Podlasia". Uzmysłowią sobie wówczas przenośne znaczenie słowa "przepaść". Wyrobionym proponuję natomiast zagrzebać się w tzw. rachunku ciągnionym. Zobaczą wstępny wynik i w zdumienie popadną.

Jan Cipiur

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »