Europejski sen o ekologicznym reshoringu - prognozy Saxo Banku na III kwartał 2020 r.

Pandemia koronawirusa uwydatniła nadmierną zależność Europy od Azji, w szczególności Chin i Indii, w zakresie produkcji sprzętu i wyrobów medycznych (np. żelów antybakteryjnych, maseczek czy respiratorów), a także substancji aktywnych stanowiących kluczowe składniki popularnych leków.

Podczas gdy w latach 80. i 90. około 60 proc. wszystkich substancji aktywnych wytwarzanych było w Europie, sytuacja ta zmieniła się w 2010 r. i obecnie nawet 60 proc. ogólnej produkcji ma miejsce w Chinach i w Indiach.

Kryzys uświadomił europejskim rządom i społeczeństwu, jak istotne jest zmniejszenie zależności ekonomicznej i zdrowotnej od reszty świata.

Emmanuel Macron apelował o "europejską i narodową suwerenność" oraz o "całkowitą niezależność" niektórych segmentów rynków medycznych. Inni, najwyraźniej zainspirowani zachętami finansowymi rządu Japonii do przeniesienia produkcji japońskich przedsiębiorstw z Chin, poszli jeszcze dalej i postulowali utworzenie europejskiej polityki przemysłowej mającej na celu przeniesienie jak największej części działalności gospodarczej do Europy.

Reklama

Reshoring łańcuchów dostaw nie jest niczym nowym; idea ta jest równie stara, co sama globalizacja. W ostatnich latach powróciła jednak do łask ze względu na wzrost protekcjonizmu - a w ciągu ostatnich kilku miesięcy jeszcze bardziej zyskała na popularności w kontekście pandemii.

Od kampanii Trumpa z 2016 r. po dzisiejszą kampanię na rzecz "agresywnego" reshoringu łańcuchów dostaw w Wielkiej Brytanii powszechne jest przekonanie, że im więcej produktów i towarów wytwarzanych będzie lokalnie, tym większej poprawie ulegnie stan gospodarki.

W teorii przeniesienie produkcji do kraju to bardzo atrakcyjny pomysł. Powinien zapewnić wiele korzyści: reindustrializację, nowe miejsca pracy, ograniczenie zakłóceń łańcuchów dostaw w przypadku nowego zewnętrznego wstrząsu, takiego jak wirus, a także - przede wszystkim - zrównoważoną gospodarkę środowiskową. Pytanie brzmi jednak: czy Europa ma środki do realizacji swoich ambicji i zwiększenia swojej samowystarczalności?

Wstępną odpowiedź daje nam bilans handlowy w strefie euro. Pokazuje on różnicę pomiędzy sprzedażą i kupnem towarów za granicą i stosowany jest do oceny względnej zależności importowo-eksportowej od reszty świata.

Obroty handlowe w strefie euro charakteryzuje olbrzymia nadwyżka, w znacznej mierze ze względu na fakt, iż w okresie dwunastu miesięcy kończącym się w marcu 2020 r. Niemcy odnotowały nadwyżkę w wysokości 338 mld euro, odpowiadającą za około 2,8 proc. PKB strefy euro.

To druga najwyższa nadwyżka handlowa na świecie po Chinach. Innymi słowy, Europejczycy więcej sprzedają niż kupują za granicą (poza Unią).

Unijny system wolnego handlu charakteryzuje zatem znaczna zależność od eksportu, a w mniejszym stopniu od importu - co oznacza, że UE jest zasadniczo samowystarczalna, w szczególności w zakresie podstawowych produktów rolnych.

To powiedziawszy, czy UE może odzyskać autonomię w przypadku towarów i produktów, co do których nie jest jeszcze samowystarczalna, takich jak sprzęt medyczny czy płytki drukowane stanowiące niezbędny element smartfonów i komputerów? Jest to wysoce niepewne.

Nawet jeżeli jest w stanie odzyskać tę autonomię, przeniesienie produkcji nie stanowi aż tak cudownego rozwiązania, jak się uważa. Wymaga to zasobów, umiejętności, przywództwa i tolerancji na wyższe koszty - pomijając nawet potencjalne działania odwetowe ze strony Chin.

Rozwiązanie to zakłada, że państwa przenoszące dysponują niezbędną siłą roboczą i know-how, co w odniesieniu do wielu produktów i towarów nie zawsze jest możliwe.

Utworzenie solidnej bazy przemysłowej wymaga długoterminowej wizji, przywództwa politycznego i umiejętności współpracy z sektorem prywatnym. Nie da się nakazać przeniesienia produkcji do kraju - to proces stopniowy i długotrwały. Wiąże się z długoterminowymi i ryzykownymi działaniami, np. z reorganizacją łańcuchów dostaw, która może trwać wiele lat.

Ponadto, jak wszyscy wiemy, w ekonomii nie ma nic za darmo. Reshoring prowadzi zwykle do wyższych kosztów dla przedsiębiorstw, które są z kolei systematycznie przerzucane na konsumentów. Ważne jest zatem przyjęcie skoordynowanego europejskiego podejścia do generowania korzyści skali i w miarę możliwości redukcji kosztów związanych z przeniesieniem produkcji. Mówiąc eufemistycznie, Europa bynajmniej nie zmierza w tym kierunku.

W kontekście siedmioletnich negocjacji w sprawie wieloletnich ram finansowych oraz instrumentu "Nowe Pokolenie UE", Komisja Europejska zaproponowała rozszerzenie istniejącego programu Horyzont Europa, którego celem jest m.in. wzmocnienie autonomii w strategicznych łańcuchach dostaw.

Jeżeli projekt ten zostanie zatwierdzony przez Radę, wartość całego pakietu może wynieść 94,4 mld euro na lata 2021-2027, w porównaniu ze wstępnym kosztem wynoszącym 80,9 mld euro. Pakiet zakładający zmniejszenie zależności UE od handlu zewnętrznego odpowiadałby zatem w najlepszym razie 0,08 proc. unijnego PKB w skali roku. Nawet po uwzględnieniu innych programów, takich jak te związane z walką ze zmianami klimatu czy z tworzeniem nowych klastrów przemysłowych, to zaledwie kropla w morzu potrzeb. Unijna ambicja dotycząca zwiększenia samowystarczalności to jedynie puste obietnice.

Christopher Dembik, dyrektor ds. analiz makroekonomicznych w Saxo Banku

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Saxo Bank
Dowiedz się więcej na temat: Europa | Azja
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »