Reklama

Fatum dreamlinera

Amerykańskie samoloty stają się dla Norwegów synonimem kosztownego żartu. Nie dość, że Boeingi 787 linii Norwegian bez przerwy mają usterki to przesuwa się termin dostarczenia najdroższych samolotów w historii kraju, myśliwców F-35. Ostanie doniesienia mówią o ponad 800 usterkach maszyn, za które Norwegia zapłaci 12 mld dol.

To największy kontrakt w historii Norwegii, która w 2008 r. zdecydowała się na zakup 52 myśliwców Joint Strike Fighter F-35 Lookheda Martina, mających zastąpić wysłużone F-16.

- Obszar morza, który jest codziennie patrolowany przez norweskie myśliwce to 2,2 mln kilometrów kwadratowych, czyli siedem razy więcej niż wynosi powierzchnia Norwegii. Przez pół roku latamy w ciemnościach, w górzystym terenie, nad morzem i w arktycznych temperaturach, więc potrzebujemy samolotu niezawodnego, w pełni gotowego do każdej akcji w każdych warunkach. Norwegia potrzebuje nie tylko nowoczesnego myśliwca, lecz także maszyny spełniającej szczególne wymagania klimatyczne. Norweskie F-16 są jedynymi, które wyposażone są w hamujące spadochrony z powodu częstych oblodzeń pasa startowego - wyjaśnia główny mechanik bazy lotniczej w Bodoe Jan Erik Eriksen.

Reklama

Tymczasem, jak zwraca uwagę dziennik "Dagsavisen", w F-35, którego prototyp zaprezentowano przed dziewięciu laty, stwierdzono tyle błędów, że nie nadaje się on nie tylko do służby, lecz nawet do pełnych testów w USA, nie mówiąc już o Norwegii i operacjach w Arktyce.

Pierwszym problemem dreamlinera okazały się akumulatory i szef Norwegiana Bjoern Kjos był zdumiony, że zakłady Boeinga nie potrafią wyprodukować zwykłej baterii. Okazuje się, jak pisze "Dagsavisen", że akumulatory F-35 są jeszcze gorsze, ponieważ nie dają sobie rady z temperaturami poniżej 15 stopni Celsjusza!

W dodatku samolot nie może zbliżać się do burzy na bliżej niż 40 kilometrów, ponieważ grozi mu eksplozja i nie powinno się nim latać w nocy, ponieważ dane komputerowe stają się nieczytelne... a kamery "widzą ciemność". Wymiana silnika miała - jak zapewniał producent - zajmować dwie godziny, a tymczasem potrzeba na to aż 52 godzin.

Norweska armia uspakaja podatników, że wszystko jest pod kontrolą. Pierwsze cztery maszyny budowane w Fort Worth w Teksasie zostaną dostarczone w latach 2015-16 i będą służyć do treningów tak, aby przejście z F-16 na F-35 odbyło się jak najbardziej płynnie, a wymiana sprzętu ma się zakończyć w 2023 r.

Z 74 norweskich F-16 dostarczonych w 1982 r. z powodu awarii i katastrof pozostało już tylko 57. Były wyjątkowo intensywnie eksploatowane i już przed pięciu laty miały przelatane po 4800-5400 godzin. Wszystkie mają już wymienione skrzydła i zbliżają się do limitu maksymalnej żywotności, czyli 8 tys. godzin lotu.

- Jest to dobra maszyna, lecz dla naszych zadań i celów staje się już przestarzała. Dlatego potrzebny nam jest myśliwiec nowszej generacji i czas trochę nagli - mówi Jan Erik Eriksen.

Niedawno rząd Bułgarii wyraził chęć odkupienia używanych norweskich samolotów, lecz Norwegia oceniła, że byłby to interes nieetyczny, ponieważ nie będą się one już praktycznie nadawały do celów operacyjnych.

Zbigniew Kuczyński

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »