Reklama

Gaz łupkowy może uczynić z Polaków najbogatsze społeczeństwo Europy!

Wartość gazu z łupków można porównać do 40-letniej renty dla każdego Polaka - mówi prof. Mariusz Orion Jędrysek. - To jest ogromna wartość i ma ogromne znaczenie geopolityczne, wykraczające daleko poza Europę - podkreśla.

Łukasz Ziaja: Co to jest gaz łupkowy i skąd cała sprawa wzięła się w Polsce? Niektórzy uważają, że jest pan ojcem gazu łupkowego w naszym kraju.

Mariusz Orion Jędrysek: Poprawna nazwa brzmi - gaz w łupkach albo gaz ze złóż niekonwencjonalnych. Jest to łupek paleozoiczny, liczący sobie kilkaset milionów lat, w którym zawarte jest troszeczkę materii organicznej. Ta materia organiczna podczas procesów geologicznych "wypociła" z siebie sporo gazu, ale ten gaz - metan - w rozumieniu chemicznym taki sam jaki np. powstaje w przewodach trawiennych bydła czy w bagnach, jest w tej skale. Znajduje się tam go jednak bardzo mało, ale tych skał w Polsce jest na tyle dużo, że dają one ogromne złoża - największe w Europie, zaś wartość tego gazu można porównać do 40 lat renty dla każdego Polaka. To jest ogromna wartość i ma ogromne znaczenie geopolityczne, wykraczające daleko poza Europę. Jest to swoista "tarcza gazowa" tępiąca oręż gazowy, pakiet klimatyczny itd. państw, które dominują w Europie.

Reklama

A pańskie badania?

- Sprawa poszukiwań gazu w tego typu skałach chodziła za mą od czasów studenckich, gdy zobaczyłem takie skały wychodzące na powierzchnię. Najpierw doktorat, a już całkowicie habilitacja, profesura, wszystko dotyczyło w dużym stopniu właśnie powstawania metanu w osadach, z których po prostu ten gaz nie uciekł, tzn. powstał i nie uciekł. Łupek to skała osadowa, bardzo gęsta (zbita), do mikroziaren przyklejają się cząsteczki metanu, gaz jest niemal nie do uwolnienia. Ciągle myślałem, co z tym można zrobić?

Zanim powie pan więcej, zróbmy jednak rachunek pańskich win: W 2007 r. wstawił się pan za podejrzanymi interesami ojca Rydzyka, pomylił pan temperatury wody w źródłach geotermalnych, co o mały włos nie kosztowało podatników 27 mln zł, wyrzuconych na nietrafione inwestycje. Jako wiceminister, a jednocześnie prof. Uniwersytetu Wrocławskiego, chciał pan za zwykłą redakcję prac naukowych przyznać sam sobie z państwowej kasy gigantyczne honorarium w wysokości 660 tys. zł. Jak osoba o takiej przeszłości może nadal zabierać głos w dyskusji publicznej?

- To są skrajnie nieprawdziwe i krzywdzące mnie pomówienia. Wygrałem proces przeciw wydawcy Axel Springer za opublikowanie w "Dzienniku Gazeta Prawna" takich właśnie oszczerstw. Wyrokiem sądu dostałem 50 tys. zł zadośćuczynienia, a gazeta musiała zamieścić sprostowanie.

- Uważam, że padłem ofiarą skutecznego ataku politycznego. Mimo wyroku sądu egzekucyjnego, nakazującego umieszczenie sprostowań przy archiwalnych artykułach, nic się nie zmieniło. No i co mam zrobić? Wytoczyć kolejny proces Axel Springerowi, że nie oczyścił należycie mojego imienia? Tymczasem w internecie nadal roi się od kłamstw, a wiele osób, łącznie z premierem Donaldem Tuskiem, mija się z prawdą, komentując tamte wydarzenia. Kolejnego odszkodowania pewnie już nie dostanę, procesy zdezorganizują mi życie, a adwokaci będą kosztowali majątek. Nie jest łatwo walczyć z pomówieniami. Jak widać, nawet wygranie przed sądem, nie gwarantuje zwycięstwa nad czarnym PR-em.

Te artykuły o pańskich rzekomych błędach, to doskonały oręż dla pańskich krytyków. Tych zaś - jak widać - panu nie brakuje.

- Wypowiadam się otwarcie i krytycznie o obecnej polityce administracji w sprawie gospodarki i państwowej własności złóż, w tym gazu łupkowego, wskazując konieczność kontynuacji gruntownej reformy całego systemu zarządzania geologią. Jest on, według mojej oceny, dramatycznie niewydolny i niekorzystny dla skarbu państwa.

Jakie konkretnie błędy popełniono?

- Przede wszystkim na późniejszym etapie popełniono błędy w wydawaniu koncesji na poszukiwania gazu w łupkach. Oceniam, że do dziś kosztowały one podatników miliardy złotych, może nawet dziesiątki miliardów złotych. Wiem, że trudno w to uwierzyć. W przyszłości konsekwencje błędnych decyzji mogą okazać się o wiele większe, bo przyznanie koncesji na poszukiwania w zasadzie zapewnia tej samej i tylko tej firmie otrzymanie koncesji na wydobycie. Nie będzie więc, w potocznym rozumieniu, przetargów, a negocjacje staną się bardzo trudne.

To pan wydał pierwsze w Polsce i Europie koncesje na gaz łupkowy?

- Kiedy zostałem Głównym Geologiem Kraju, w latach 2005-2007, natychmiast rozpocząłem działania, z myślą o tym, jak znaleźć inwestora, żeby poszukiwać gazu. Żadna z polskich dużych firm nie chciała się tym zainteresować, w związku z tym, korzystając ze znajomości w Stanach Zjednoczonych - poprzez kolegę dr. Krasonia - udało się zaprosić firmę, która postanowiła zainwestować w Polsce. Otrzymała koncesję na poszukiwania, którą jako członek rządu wydałem, w imieniu skarbu państwa za cenę ok. 300 czy 400 tys. zł.

- Następnie zorganizowałem konferencję międzynarodową dla inwestorów w polskiej ambasadzie w Londynie, gdzie były prezentacje kilku osobistości geologicznych z Polski i gdzie również ja prezentowałem te sprawy. Było to wykonane po to, żeby namawiać i pokazywać, że w Polsce możemy prowadzić poszukiwania m.in. gazu w złożach niekonwencjonalnych. W tym czasie praktycznie nic w Polsce na ten temat nie było wiadomo - ani w ministerstwach, ani w Państwowym Instytucie Geologicznym. Gdy poprosiłem o notatkę, zrobiono ją dla mnie w PIG-u, w oparciu o wyszukiwania w internecie. Potem dużo więcej informacji dał mi Janek Krasoń - rewelacyjna postać polskiej geologii w USA.

Ile łącznie wydał pan koncesji?

- Tak się stało, że popłynęły następne aplikacje i w sumie wydałem 11 koncesji na poszukiwanie gazu w łupkach, opracowałem strategię i w tym czasie zaprojektowałem również nowe prawo geologiczne i górnicze, które zostało niedawno uchwalone, jednak z dość istotnymi zmianami. Ale przede wszystkim - to, co zrobiłem i co było bardzo potrzebne - to opracowanie ustawy o powołaniu Polskiej Służby Geologicznej, agencji, która miała zarządzać wszystkimi polskim złożami, mieli tam pracować geolodzy, górnicy, ekolodzy, ekonomiści, prawnicy, stratedzy, nawet specjaliści od wywiadu gospodarczego. Wszystko po to, aby Polska miała jak najwięcej z własnych złóż.

- Przygotowywałem projekty finansowane z NFOSiGW, aby rozwijać polskie technologie, wzmacniać polskie zaplecze naukowo-badawcze, dostosować prawo, powoływać odpowiednie instytucje, w tym wspomnianą wcześniej Polską Służbę Geologiczną. Miało to być rozwinięte w oparciu o pierwsze pieniądze z koncesji.

- Po dymisji rządu PiS zrobiono wszystko na odwrót - nie wiem, czy scenariusz pisał brak kompetencji, czy inne czynniki. Proszę przyjrzeć się Norwegom, nie mieli praktycznie niczego w zakresie wydobycia ropy. Dziś kilkumilionowy naród dominuje na europejskim rynku ropy i CCS. Na to oczywiście trzeba czasu, dlatego wolno było dać najwyżej jedną piątą koncesji na poszukiwania, a nie blisko 100 proc. i nie wyrzucać do kosza ustawy po powołaniu PSG, nie zaniechiwać przygotowanych przeze mnie rozwiązań. Inne - niezwiązane z gazem łupkowym, ale krytycznie ważne - przyczyny pilnego powołania PSG opisałem w 2007 r. m.in. w Przeglądzie Geologicznym. Wmawianie ludziom, że chciałem likwidować PiG jest po prostu kłamstwem.

Twierdzi pan, że obecny rząd popsuł sprawę?

- W 2007 r. rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego zakończył swoją pracę, zaś działania przeze mnie rozpoczęte zostały zaniechane przez kolejny rząd. Koncesje są niestety nadal wydawane. Moja strategia opierała się na założeniu, aby wydać około 15 koncesji - na północy, w środkowej części, na południowym wschodzie Polski, po to, żeby firmy poszukując gazu, zdały nam sprawozdanie, czy ten gaz jest, potem mogły dostać - jeśli okazałoby się, że gaz jest i jest go dużo - koncesję na eksploatację. Cała kwestia sprowadzała się do problemu, żeby umieć go wydobyć. Jeśli ten gaz jest, to koncesje poszukiwawcze, już pomiędzy tymi polami, gdzie zostały one wydane wcześniej, byłyby znacznie droższe - oceniam je dzisiaj na wartość może miliarda złotych. Ale na to był potrzebny czas, odpowiednia, dopracowana strategia przez nowy organ - Polską Służbę Geologiczną, której rząd Donalda Tuska nie powołał, zrezygnował z gotowej już ustawy.

- I co się stało? Polskie prawo geologiczne i górnicze mówi, że ten, kto posiada koncesję poszukiwawczą, ma pierwszeństwo w ubieganiu się o koncesję na wydobycie. Jednocześnie ten, kto ma koncesję poszukiwawczą i prowadzi poszukiwania, ma wyłączne prawo do informacji geologicznej. A żeby dostać koncesję na eksploatację, trzeba mieć prawo do informacji geologicznej, a więc firma, która ma koncesję na poszukiwania, może być pewna, że uzyska ją również na eksploatację, jako jedyna. To jest w porządku, ale jeśli ktokolwiek mówi o jakichkolwiek przetargach czy negocjacjach, to po prostu mydli oczy. Nie ma możliwości robienia przetargu, kiedy wiadomo, która firma wygra.

- Koncesje na poszukiwanie są zbywalne, podobnie jak na wydobycie! W tej chwili odbywa się ogromny handel koncesjami, nad którym rząd nie panuje i nie ma wiedzy - przyznał to nawet pośrednio obecny główny geolog kraju, kilka miesięcy temu w Sejmie. Z pobieżnych informacji, które można znaleźć nawet w internecie widać, że koncesje na poszukiwania gazu łupkowego są warte od kilkudziesięciu do kilkuset milionów złotych, a może nawet miliard złotych. Rząd dotychczas pobrał za wszystkie koncesje łącznie około 35 mln zł. To jest mikrocząstka tego, co jest warta jedna koncesja. Wydano ich 101. W związku z tym możemy łatwo policzyć, że straciliśmy, na ok. 80 zbyt szybko wydanych koncesjach, ogromną kwotę już na początku, a jednocześnie utraciliśmy kontrolę nad tym, co się dalej dzieje.

W jakiej sytuacji premier Donald Tusk postawił następny rząd?

- Sytuacja jest trudna, nowy rząd i parlament będą musiały wykazać się wiedzą, ogromną determinacją, solidarnością oraz zgodą i absolutnie pełną współpracą. Logicznym wnioskiem jest, że wiedza powinna dotyczyć także strony naukowej osób, które zainicjowały i rozkręciły gaz łupkowy w Polsce. Bo gaz łupkowy może uczynić z Polaków najbogatsze społeczeństwo Europy, a Polskę krajem, który ma kluczową rolę geopolityczną w tej części świata.

Czy dzięki szybkiej karierze naukowej odczuwa pan przejawy sympatii, przekładające się na wsparcie finansowe poprzez granty naukowe, ułatwione działania?

- Trochę się pan zagalopował. Przecież najtrudniej jest wybaczyć sukces i fakt, że ktoś ma rację. Swoją pracownię tworzyłem, na początku lat 90-tych, od podstaw, wbrew najbliższemu środowisku oraz z własnych funduszy. Miałem szczęście, że po cichu wspierał mnie bezpośredni szef - prof. Alfred Majerowicz, potem także dyrektor Instytutu - profesor Michał Sachanbiński. To już emerytowani naukowcy - inni nieliczni też byli, ale nie będę ich wymieniał, żeby im nie zaszkodzić. Wzorem sposobu myślenia był dla mnie ojciec. Bardzo sobie cenię moich mistrzów.

- Człowiek, który uważa, że zawdzięcza wszystko sobie, nie jest wart tego, co ma. Bez wsparcia innych nie byłoby naszych osiągnięć. Czasem kluczowa jest rada, na chwilkę rozłożony "parasol", słowo szepnięte decydentom, skorygowanie kierunku działania. Wielu starało się mi zaszkodzić, ośmieszyć, blokować. Jestem im wdzięczny, gdyby nie kłody rzucane mi pod nogi, nie szukałbym innych dróg, nowych rozwiązań, nowych pól działania.

Z tego, co pan opowiada, wyłania się ponury obraz zawiści, grup interesów, które blokują kreatywność ludzi i rozgrywek politycznych?

- Jeśli chodzi o działalność naukową - tak było od zawsze i tak jest niestety teraz. Po zakończeniu mojej pracy, w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, nie dostałem żadnego grantu. Czasami bywa, że współpraca z przemysłem kontrolowanym przez Skarb Państwa nagle się urywa. Półtora roku byłem wiceszefem Grupy Sterującej Regionalnej Wspólnoty Implementacji Innowacji w Klimatycznym KIC EIT. Rozwinięcie skrótu to Wspólnota Wiedzy i Innowacji w dziedzinie klimatu, w Europejskim Instytucie Innowacji i Technologii. To bardzo ważna dziedzina dla Polski, tym bardziej, że bardzo kiepsko nam z tymi zagadnieniami idzie, a to przecież sztandarowe przedsięwzięcie w polityce klimatycznej Unii Europejskiej.

- Informowałem o naszym wejściu do Climate-KIC ministra środowiska, ministra gospodarki, ministra rozwoju regionalnego, a także ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Niestety, bez najmniejszego odzewu. W niektórych przypadkach pierwsza odpowiedź była w stylu "rewelacja, super", a potem zupełne milczenie, kompletne nic. Nie można mi zarzucić braku dorobku naukowego, stąd jedyne, co można było zrobić, to przemilczeć sprawę.

- A przecież obecność w Climate-KIC jest w interesie Polski. Wiele osób, na różnym poziomie, chwali się tym, ale faktycznej pomocy brak. Inne rządy wpierają jednostki, które weszły do KIC, tymczasem nasze władze wyglądają na niezadowolone z tego faktu. Niszczenie ze względów politycznych to nie tylko moje odczucie. Nie tylko ja doświadczam takiej sytuacji. Nawet moi doktoranci oraz podlegli mi pracownicy są dyskryminowani przy aplikacjach grantowych. A są to naprawdę najlepsi z najlepszych - łatwo to zweryfikować kwantyfikując dorobek naukowych w dziedzinie, którą się zajmujemy. Na 10 obronionych pod moją opieką doktorantów piątka wyemigrowała poza granice kraju i mają świetną pracę w zawodzie w Australii, Nowej Zelandii, USA, Norwegii czy Niemczech. Po zakończeniu misji rządu Jarosława Kaczyńskiego, szkalowano mnie w gazetach, za co wytoczyłem proces sądowy magnatowi prasowemu Axel Springer i po dwóch latach wygrałem w obu instancjach, w całej rozciągłości. Miało to miejsce, mimo że świadczącym przeciw mnie był jeden z kluczowych działaczy PO i członek obecnego rządu. A jednak sąd nie dał wiary jego słowom.

W jaki sposób, z punktu widzenia polskich interesów, można oceniać projekt gazociągu Nord Stream, zrealizowany na dnie morza bałtyckiego?

- Będąc gospodarzem konferencji ministrów basenu Morza Bałtyckiego w Krakowie, doprowadziłem do przyjęcia zapisu, że nie można uwalniać rtęci do środowiska w żadnym procesie technologicznym. Dyskusja na ten temat trwała kilka godzin. Z uwagi na silne zanieczyszczenia rtęcią osadów bałtyckich, szczególnie na wschodzie, każde działania związane z budową rurociągu są potencjalnie wbrew tym ustaleniom. A były i inne mocne argumenty geologiczne. Dlaczego polski premier tego nie wykorzystał, oddał sprawę bez walki.

- Dziś Nord Stream blokuje przyszły eksport wielkimi statkami naszego gazu z łupków ze Świnoujścia, a planowana sprzedaż Lotosu wraz z jego infrastrukturą zupełnie uniemożliwi nam eksport gazu drogą morską. Obniżenie cen gazu oferowanych przez Gazprom oraz podpisane z nim długoletnie zobowiązania spowodują, że sąsiedzi gazu od nas nie kupią. Tymczasem sami, poprzez złe zobowiązania obecnego rządu, będziemy kupować gaz z Rosji, płacąc za niego dużo więcej niż Niemcy, w sytuacji, gdy mamy ogromne złoża gazu łupkowego w Polsce. Jeśli mam rację, to to wszystko stało się w ostatnich 4 latach.

Z klimatem też chyba nie jest dobrze?

- To osobny temat na bardzo długą dyskusję. Udało mi się z moim zespołem naukowym wykalibrować narzędzia do niesłychanie precyzyjnej rekonstrukcji zmian temperatury i opadów w perspektywie ostatniego tysiąclecia. Uważam, że nie dzieje się dziś nic, co by nie miało miejsca - w nawet bardziej ekstremalnym wymiarze - w przeszłości. Polityka klimatyczna UE niesie w sobie elementy antynarodowe względem Polaków - są one tak ogromne, że społeczeństwo nie wierzy, że coś takiego może w ogóle mieć miejsce.

- W 2008 r. premier Donald Tusk podpisał, tragiczne w skutkach finansowych dla Polaków, zobowiązania. Cała UE ma w ciągu dwudziestu najbliższych lat spełnić wymagania "3 razy 20". Już w 2006 r. przestrzegałem, że jedyne, w co wierzę z powyższego zobowiązania, to rok 2020, a dotyczyło to także przetrwania UE. Dziś widać gołym okiem, że UE się chwieje, dlatego gaz w łupkach i węgiel powinny być naszymi deskami ratunku. A co premier Tusk z tym zrobił, już omawiałem wielokrotnie.

- Przypomina mi się analogia, kiedy będąc ze studentami w sierpniu 1990 r. w Związku Radzieckim, powiedziałem oburzonym rosyjskim naukowcom, że Związku Radzieckiego za rok nie będzie. Na pamiątkę zrobiłem sobie nawet zdjęcie przy pomniku Dzierżyńskiego, bo uważałem, że za rok już go tu nie będzie. Jeśli zburzenie pomnika - tego polskiego zdrajcy - uznać za początek upadku ZSRR, to pomyliłem się może o kilka dni.

- Pilnujmy więc naszych bogactw naturalnych, bo to, że mamy szanse się na nich oprzeć zawdzięczamy opatrzności, geologii i pokoleniom polskich patriotów. Sytuacja jest trudna, nowy rząd i parlament będą musiały wykazać się wiedzą i ogromną determinacją, solidarnością oraz zgodą - bo zgody, kompromisu i współpracy trzeba nam teraz, jak nigdy. Gaz łupkowy może uczynić z Polaków najbogatsze społeczeństwo Europy, natomiast Polskę krajem, który ma kluczową rolę geopolityczną w tej części świata. Będzie tak nawet wtedy, gdy nowe złoża gazu w łupkach zostaną udokumentowane np. w Anglii. Ale trzeba nam synergicznej współpracy.

Rozmawiał Łukasz Ziaja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »