Reklama

Jak działa mafia na prowincji?

Mechanizm kupowania wyborów jest dziecinnie prosty. Kluczowe są trzy czynniki: po pierwsze - pieniądze, po drugie - dostęp do danych; po trzecie - przestępcze struktury.

Reklama

Kilka miesięcy temu przed poznańską delegaturą CBA zeznawał Sławomir M. Nie wiemy, co M. powiedział śledczym agencji. Ale wiemy, że chodzi o sprawę kupienia wyborów samorządowych w powiecie kolskim przez lokalnych polityków, z pomocą gangsterów. Okazuje się, że proceder jest dziecinnie prosty. Żeby kupić jeden głos wystarczy zapłacić 20 zł. Wersję M. potwierdził były prezes Olimpii Koło Marek Sobolewski...

Reklama

Za sprawą mieli stać rzekomo miejscowi gangsterzy, w tym między innymi Roman R. (pseudonim "Rufio"), zatrzymany w grudniu 2009 r. przez Centralne Biuro Śledcze. R. to zięć Zenona Siwińskiego - prezesa konińskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Melioracyjnego i bliskiego znajomego prominentnego polityka PSL Eugeniusza Grzeszczaka, sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. "Rufio" na sto procent był na jednej z imprez firmowanych przez Grzeszczaka. Wydarzenie miało miejsce 3 września 2005 r. w Słupcy, kiedy obecny parlamentarzysta był jeszcze starostą słupeckim. Są na to świadkowie.

Koło to dwudziestotysięczne miasto we wschodniej Wielkopolsce, znane przede wszystkim z wyrobów sanitarnych. Działa tam potentat w dziedzinie produkcji ceramiki łazienkowej "Sanitec" Koło. W roku 2002 mieszkańcy miasta bali się wychodzić z domu. Jak wspominają - ulicami jeździli gangsterzy i strzelali z broni palnej. Wojna prowadzona była o zyski z prostytucji.

Do historii przeszedł tak zwany gang Golonów. Jego członkowie Jakub G. (pseudonim "Kuba") i Norbert J. (pseudonim "Gizbern") przez kilka tygodni więzili, terroryzowali i gwałcili bułgarską prostytutkę. W 2004 r. do Koła wraz z telewizją "Polsat" zawitał słynny detektyw Krzysztof Rutkowski. To była popisowa akcja. Ganiał sutenerów po dachu hotelu "Europa", a gdy jednego złapał, wypowiedział słowa, które do dziś mieszkańcom powiatu kolskiego zapadły w pamięci: "Pamiętaj k...., że na takich jak ty zawsze przychodzi koniec".

Jednak na kolskich gangsterów koniec szybko nie przyszedł. Rutkowski odstawił ich na Komendę Powiatową Policji, ale jeszcze tego samego dnia pojawili się w hotelu "Europa" i handlowali dziewczynami. O Kole stało się głośno również dwa lata później.

Przyjechał tam nie byle kto, bo słynny gangster z Pruszkowa, a zarazem świadek koronny "Masa". "Masa" biesiadował w miejscowej restauracji o intrygującej nazwie "Fantazja". Przyczepiła się do niego lokalna dziewczyna nazywana (nieprzypadkowo) w półświatku przestępczym "Francja". "Masa" jednak nie gustował w prowincjonalnych dziewczynach. Odstawił "Francję", co rozjuszyło lokalnego watażkę "Kwiatka", syna miejscowego potentata wyrobów wędliniarskich. "Masa" i "Kwiatek" posprzeczali się ze sobą. "Kwiatek" ściągnął chłopaków z miasta.

Przyjechali z kijami bejsbolowymi. Ale krew się nie rozlała, bo po policję zadzwoniła pracująca w restauracji kelnerka. "Masa" miał rzekomo zostać zdekonspirowany, a policja miała wystawić go "na pożarcie" lokalnym bandziorom. Co symptomatyczne - gdy przyjechali funkcjonariusze, ucięli sobie pogawędkę z gangsterami.

Sam Jarosław Sokołowski (pseudonim "Masa) wspomina to wydarzenie tak: "To, co się stało, jeszcze bardziej przekonało mnie, że system ochrony świadków jest pełen niebezpiecznych luk. Policjanci z Koła nie dosyć, że dali popis nieudolności, to jeszcze wystawili mnie lokalnym bandziorom".

Świadek koronny został zatrzymany i odwieziony na Komendę Powiatową Policji w Kole, jak ostatni zbir. Sytuacja była na tyle niebezpieczna, że musiał interweniować ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz szef małopolskiej policji Adam Rapacki. To jest "Dziennikarskie Archiwum X" - wydział śledczy "Gazety Finansowej".

Ekwadorski trop...

W 1999 r. do Ekwadoru poleciał Jarosław J. Jak się później okazało, była to dla niego bardzo długa podróż. Do Koła powrócił dopiero po ośmiu latach pobytu w ekwadorskim więzieniu, spędzając tam czas z groźnymi południowoamerykańskimi mafiozami.

O losie J. swego czasu epizodycznie dowiedziała się cała Polska - stał się on bowiem bohaterem jednego z wydań popularnego programu telewizyjnego Edwarda Miszczaka pod tytułem "Cela". Chłopak może mówić o wielkim pechu - przeszedł już pomyślnie kontrolę celną na ekwadorskim lotnisku, udał się do lotniskowej restauracji i czekając na samolot, w dobrym humorze popijał sobie coca-colę. Ale właśnie wtedy ktoś go wystawił.

Podczas oględzin, w opakowaniu z czekoladkami celnicy znaleźli u niego kilka gramów narkotyków. J. ma krótkie, łatwe do wymówienia - nawet dla obcokrajowców - nazwisko. Stał się instrumentem w mafijnej grze, padł ofiarą często stosowanego w gangsterskim półświatku procederu przemytu narkotyków, polegającego na wystawieniu jednego, tak zwanego "jelenia", aby ktoś inny mógł przemycić dziesiątki kilogramów białego proszku.

Żeby powrócić do Polski, zabrakło mu kilku godzin. Jeżeli nie zostałby osądzony w Ekwadorze w ciągu stu dni, wróciłby do Polski i odpowiadał przed polskim wymiarem sprawiedliwości, jednak dosłownie w ostatniej chwili przyszli po niego więzienni "klawisze". Dostał dwanaście lat, odsiedział osiem.

Co robił J. w Ekwadorze? Czyich interesów był emisariuszem? Jakie motywy go tam zaprowadziły? W Kole zawsze należał do tak zwanych chłopaków z miasta. Jego bliskim przyjacielem był Roman R. (pseudonim "Rufio") - człowiek bardzo dobrze ustosunkowany w miejscowym półświatku przestępczym, we wpływowych kręgach towarzyskich, a także sferach miejscowej, politycznej elity. Rzekomo, gdy J. był już na kontynencie południowoamerykańskim, w noc poprzedzającą feralne zatrzymanie kontaktował się z nim telefonicznie właśnie "Rufio". Później, gdy J. siedział już w ekwadorskim więzieniu, R. często do niego dzwonił, wysyłał mu paczki z różnymi towarami, a także pieniądze.

Na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych kolskie grupy przestępcze rosły w siłę. Było to ważne ogniwo szerszej ogólnopolskiej mafijnej układanki. Ze względu na atrakcyjne komunikacyjne położenie w Kole krzyżowały się rozmaite gangsterskie strefy wpływów. Do roli dominatorów pretendowały tak silne ośrodki, jak Poznań, Łódź, Włocławek, Kalisz czy Kutno. Według naszych informatorów, J. pojechał do Ekwadoru spełnić ważną misję. Miał go wystawić ktoś z pogranicza polityki, biznesu i świata przestępczego, kogo w slangu przestępczym nazywa się "ptasim (niecenzuralne słowo)".

Dziś Jarosław J. jest taksówkarzem. Wozi dziewczyny do hotelu "Europa". Według wtajemniczonych, robotę tą załatwił mu właśnie "Rufio".

Prezes wszystkich prezesów...

Kim jest tajemniczy "Rufio"? W roku 2006 kandydował bezskutecznie do rady powiatu kolskiego z listy SLD. Zdobył 187 głosów, co biorąc pod uwagę jego przestępczą proweniencję stanowi i tak zdumiewająco dobry wynik. Ale w roku 2007 posiadał już na tyle silne koneksje, że sprowadził do Koła z okazji międzynarodowego turnieju piłki nożnej wicegubernatora (odpowiednik polskiego wicewojewody) Sergieja Tatusiaka, jednego z liderów ukraińskiej Partii Regionów.

Charakter tych powiązań powinno sprawdzić ABW. Tatusiak przywiózł do Koła specjalną nagrodę od ówczesnego premiera Ukrainy, a obecnie prezydenta Wiktora Janukowycza. Wręczał ją młodym piłkarzom nie kto inny, tylko sam "Rufio". R. jest bratem właściciela jednej z kolskich firm pogrzebowych i bliskim kolegą Tomasza I. byłego pełniącego obowiązki szefa kolskiego pogotowia ratunkowego.

Pewnego wieczoru na drodze wojewódzkiej Kościelec - Turek, nieopodal zjazdu na autostradę A-2, blisko jedynego przy tym szlaku komunikacyjnym Mc Donald'sa doszło do bardzo dziwnej sytuacji. W styczniu 2007 r. jadący z nadmierną prędkością samochód potrącił pijanego traktorzystę. Na miejsce zdarzenia przyjechała karetka i zakład pogrzebowy brata "Rufia".

Dokonujący oględzin lekarz stwierdził kategorycznie zgon. Grabarze włożyli ciało ofiary wypadku do worka. Jednak gdy ekipa pogotowia już odjechała, okoliczni gapie zauważyli, że denat się porusza. Karetka musiała przyjechać jeszcze raz. Człowiek zmarł dopiero trzy dni później w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Koninie. Podobnych sytuacji było bardzo dużo - przeważnie ludzie grabarza R. przyjeżdżali na miejsca wypadków prawie równo z ambulansami.

Dowiedz się więcej na temat: afera | pierwsze pieniądze | mafia | przestępstwa gospodarcze | korupacja | Prosty

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »