Reklama

Jakiego świata chcemy po pandemii?

Choć nie wiadomo, o ile miesięcy lub lat Omikron lub jego następcy przedłużą pandemię, wiadomo jedno - ludzie nie chcą powrotu do przedpandemicznej "normalności" - wynika z badań naukowców. A czego chcą? Tak dokładnie jeszcze nie wiemy (sami nie wiedzą?), ale ich oczekiwania idą w kierunku, by "odbudować (świat) lepiej". To zresztą hasło programu prezydenta USA Joe Bidena.

W piątek o 20 mogłeś już zdjąć łańcuch przykuwający cię do biurka w Mordorze i rozpocząć dwugodzinną wyprawę do mieszkania na Kabatach. Pamiętasz to uczucie ulgi. Tylko że i tak musiałeś na poniedziałek rano wypełnić cyferkami z kilku baz Excela, co w weekend zajęło ci ze 12 godzin. A w poniedziałek szef powiedział - trzeba pozamieniać wiersze z kolumnami.

I nagle - pandemia!

Stephan Lewandowsky i Keri Facer z Uniwersytetu w Bristolu w Anglii oraz Ulrich Ecker z Uniwersytetu Zachodniej Australii przeprowadzili badanie na reprezentatywnych próbach Brytyjczyków i Amerykanów, które pokazało, że ludzie w obu krajach "wolą progresywną przyszłość od powrotu do normalności". Jego wyniki opublikowali w artykule "Porażki, nadzieje i oczekiwania dotyczące zrównoważonej przyszłości po Covid-19" na stronach "Nature".

Reklama

Wiadomo już, że pandemia wywróciła świat do góry nogami. Zmieniła życie każdego z nas, także tych, którzy ślęczeli przykuci do biurek w Mordorze. Ale ujawniła słabości systemów edukacyjnych, ochrony zdrowia, a także gospodarczych i społecznych. Zakłócenia, do których doszło w światowej gospodarce, zniszczyły i nadal niszczą źródła utrzymania dziesiątek milionów ludzi. Na pierwszy plan wysunęły się takie sprawy, jak złe warunki pracy, niepewność wynagrodzenia, bezbronność nieuprzywilejowanych grup.

Restrykcje wprowadzane, żeby powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, nieproporcjonalnie uderzyły w kobiety, samotnych rodziców, młodzież, mniejszości rasowe i migrantów. Ale też dały rządom wyjątkową, uprzywilejowaną pozycję w stanowieniu zakazów i nakazów oraz w ograniczaniu praw człowieka. Wszystko to zostało opisane już przez naukowców. To punkt wyjścia do badań na temat tego, jakiej przyszłości naprawdę chcemy. Bo choć końca pandemii jeszcze nie widać, wyraźnie za to widać, że społeczeństwa stoją przed decyzjami politycznymi dotyczącymi sposobu wyjścia z kryzysu i przyszłej drogi, którą należy obrać.

Badaczy z Anglii i Australii szczególnie interesowały trzy aspekty naszych postaw i przekonań. Pierwszy dotyczył tego, czego ludzie chcą dla siebie w popandemicznej przyszłości. Bo to, czego chcą ludzie, powinno wpływać na plany kształtowania rzeczywistości przez polityków. Drugi - tego, jaką przyszłość ludzie uważają za prawdopodobną. Możemy sobie o wielu rzeczach marzyć, ale realizm podpowiada nam, że marzenia powinniśmy ograniczyć. Ale takie ograniczenia wyobrażeń przyszłości pokazują też, jak postrzegamy obecne struktury władzy. Czy oceniamy, że są zdolne odpowiedzieć na nasze potrzeby. Trzeci aspekt dotyczył tego, co ludzie myślą, że chcą inni. Czy myślimy, że inni chcą tego, co my, czy wyobrażamy sobie, że chcą czegoś zupełnie innego? Miało to pokazać, czy zdajemy sobie sprawę, jaki jest "krajobraz" opinii publicznej, w którym żyjemy.

Gdy wirus zaatakował, marzyliśmy o "normalności"

We wczesnym okresie pandemii (marzec-lipiec 2020 roku, kiedy przeprowadzono pierwszą turę badań) ludzie marzyli o szybkim powrocie do "normalności". Prawdopodobnie odzwierciedlało to pragnienia, by skutki pandemii były jak najmniej tragiczne, oraz nadzieje, że wirus szybko "sobie pójdzie". Jednak z czasem ludzie zaczęli zastanawiać się nad tym, co można "odbudować lepiej". To pokazała druga tura badań w lipcu 2021 roku.

Tu ważne zastrzeżenie, z którego zdają sobie sprawę naukowcy. Hasła zawierające obietnicę bardziej sprawiedliwej i bardziej zrównoważonej przyszłości pozostają wciąż niejednoznaczne i każdy - używając ich - może wyobrażać sobie wiele różnych konkretnych rozwiązań. Ale kiedy się jednak lepiej przyjrzeć debacie publicznej, okazuje się, że hasło "odbudujmy lepiej" obrasta już mięsem konkretów.

Przyjmuje kształt dążenia do zrównoważonego rozwoju i wysiłków na rzecz powstrzymania katastrofy klimatycznej. Badania pokazują, że wzorcem w tej debacie staje się europejski Zielony Ład. Przyjmują go na przykład politycy z brytyjskich i amerykańskich miast (Boston, Nowy Orlean, Londyn). A ludzie odwołują się do tych drogowskazów.  

Drugi obszar badania dotyczy ograniczania wolności i swobód obywatelskich - czy zostaną z nami po pandemii, czy też chcemy swobody odzyskać. Restrykcje, lockdowny, zamykanie szkół, odwoływanie wydarzeń kulturalnych, społecznych, sportowych były konieczne, by zapobiec rozprzestrzenianiu się zarazy, ale były bezprecedensowym we współczesnych demokracjach liberalnych "zawieszeniem" praw człowieka.

Choć w walce z pandemią restrykcje okazały się skuteczne, negatywnie wpłynęły na zdrowie psychiczne dorosłych i dzieci, na edukację i relacje międzyludzkie. Do tego doszły obawy, że pandemia może być wykorzystana jako okazja do wprowadzania autorytarnych rządów i ograniczenia demokracji w przyszłości.

"W obu badaniach i w obu krajach stwierdziliśmy, że ludzie zdecydowanie wolą progresywną przyszłość niż powrót do normalności. Mają również tendencję do przedkładania indywidualnej autonomii nad silne państwo" - napisali naukowcy na stronach portalu "The Conversation", streszczając wyniki badań.

Co więcej, okazało się, że takie właśnie poglądy wyrażają w podobny stopniu ludzie o deklarowanych przekonaniach lewicowych (choć mocniej), jak też prawicowych (choć nieco słabiej). Nawet ci Brytyjczycy, którzy deklarują, że ich poglądy są bardzo konserwatywne, są równocześnie przekonani, że odpowiedzialność za środowisko powinna być w centrum uwagi popandemicznej polityki.

Czy to jest możliwe?

Skoro wiemy, czego chcą ludzie, to w takim razie jaka jest odpowiedź na pytanie - czy uważają, że jest to możliwe? W obu krajach uczestnicy twierdzili, że uważają powrót do "normalności" za bardziej prawdopodobny niż podążanie w kierunku bardziej progresywnej przyszłości. Uważali również, że bardziej prawdopodobne jest, iż rząd będzie chciał utrzymać silną władzę i nie odda jej ludziom. Słowem - ludzie są przekonani, że przyszłość nie będzie taka, jakiej by chcieli. I to budzi ich poważne obawy.

Badania przyniosły jeszcze jedno bardzo interesujące stwierdzenie. Już w 2004 roku amerykańscy naukowcy z Uniwersytetu Princeton Alexander Todorov i Anesu Mandisodza, zastanawiali się, czy Amerykanie faktycznie popierają ówczesną politykę wojny z terroryzmem. I co się okazało?

Decyzję USA o inwazji na Irak bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ po ataku terrorystów na nowojorskie dwie wieże popierała mniejszość Amerykanów. Ale wielu z tych, którzy jej nie popierali, myślało, że decyzja prezydenta ma aprobatę większości społeczeństwa. I dlatego byli skłonni zmienić swoje poglądy i poprzeć inwazję. Niemal dwa razy tyle ludzi, którzy uważali, że większość jest za inwazją, zmieniła swoje poglądy, choć początkowo byli przeciwni najazdowi.

Co z tego wynika? Często zdarza się nam myśleć, iż inni myślą zupełnie inaczej niż faktycznie myślą. W badaniach naukowców z Anglii i Australii uczestnicy sądzili, że inni ludzie chcą powrotu do przedpandemicznej "normalności", zamiast podjąć próbę budowania lepszego świata. A tymczasem wyniki pokazały twardo, że wyraźna większość chce innej przyszłości.

To zjawisko nazywa się "pluralistyczną ignorancją". Opisuje sytuację, kiedy ludzie, których poglądy odpowiadają poglądom większości, są przekonani, iż są w mniejszości. Występuje, gdy dyskurs publiczny nie odzwierciedla rzeczywistych poglądów ludzi. Może mieć takie skutki, że będący w większości zmieniają swoje nastawienie i rewidują poglądy w kierunku tego, co myśli mniejszość. Może powodować nawet dramatyczne zagrożenia społeczne, gdy np. poglądy większości skłonnej do szczepień ewoluują w kierunku poglądów ich hałaśliwych przeciwników. Mechanizm ten - jak wiemy - może być wykorzystany do manipulacji opinią publiczną.

"(...) konsekwencją pluralistycznej ignorancji może być to, że powrót do normalności stanie się w przyszłości bardziej akceptowalny nie dlatego, że większość ludzi kiedykolwiek tego pragnęła, ale dlatego, że czuli, iż jest to nieuniknione i że większość tego chciała. Ostatecznie oznaczałoby to, że rzeczywiste preferencje większości nigdy nie znajdą politycznego wyrazu, na jaki w demokracji zasługują" - napisali naukowcy.

I dodali, iż informowanie ludzi, że istnieje społeczny konsensus co do progresywnej przyszłości, jest kluczowo ważne, bo może uwolnić motywację potrzebną do osiągnięcia tego celu.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »