Reklama

Jeśli nie WIBOR to co? Polski wskaźnik kosztu pieniądza zgodny z unijnym prawem

Polska dopracowała się wskaźnika kosztu pieniądza. Komisja Nadzoru Finansowego zaaprobowała nową miarę i wydała zgodę na jej stosowanie i administrowanie Instytutowi Rynku Finansowego. To może być przełom, zwłaszcza jeśli umrze WIBOR. Sektor finansowy ma alternatywę.

Polska dopracowała się wskaźnika kosztu pieniądza. Komisja Nadzoru Finansowego zaaprobowała nową miarę i wydała zgodę na jej stosowanie i administrowanie Instytutowi Rynku Finansowego. To może być przełom, zwłaszcza jeśli umrze WIBOR. Sektor finansowy ma alternatywę.

Obliczany przez Instytut Wskaźnik Kosztu Finansowania jako pierwszy i jedyny indeks stopy procentowej w Polsce został na początku listopada uznany przez KNF za spełniający wszystkie wymogi europejskiego prawa. To ważne, bo prawo mówi, że jeśli jakakolwiek instytucja finansowa w Unii będzie chciała zawrzeć ze zwykłym Kowalskim jakąkolwiek umowę, to będzie mogła w niej użyć tylko i wyłącznie wskaźników zgodnych z bardzo precyzyjnymi postanowieniami. A WKF jest z nimi zgodny - orzekł polski nadzór.

Reklama

- Decyzja KNF oznacza, że Instytut Rynku Finansowego może pełnić funkcję administratora

WKF. Przeszliśmy jako pierwszy podmiot całą ścieżkę zaczynając od zera. Wyprodukowaliśmy indeks od początku do końca. WKF może być wskaźnikiem stosowanym w umowach z konsumentami - mówi Interii Tomasz Mironczuk, prezes IRF.

Czego to dotyczy?

Jeśli jakakolwiek profesjonalna instytucja finansowa zawiera umowę z klientem nie będącym profesjonalistą musi w tej umowie używać takich wskaźników, które są zgodne z bardzo wymagającymi przepisami. Tak postanowiła Unia w rozporządzeniu BMR ogłoszonym w 2016 roku.

Część przepisów już obowiązuje od 1 stycznia 2018, niektóre przepisy zostały odroczone do początku 2020 a niektóre do 2021. Przepisy, które odroczono miały obowiązywać, ale datę wejścia części z nich przesunięto o dwa lata, bo sektor finansowy nie potrafił "wyprodukować" nowych wskaźników. W Polsce to trudne zadanie udało się właśnie IRF. Instytut ma prawo być administratorem także innych referencyjnych stóp procentowych.

- Instytucje finansowe w relacjach z klientami profesjonalnymi mogą dalej stosować dowolne wskaźniki. Jakie tylko chcą, na jakie się umówią. Ale jeśli mają do czynienia z konsumentem i oferują mu kredyty, lub np. obligacje, jeśli takie instrumenty są w obrocie publicznym i zwykły Kowalski może je kupić, jeśli stosują jakiś wskaźnik do jednostek funduszy inwestycyjnych, to wskaźnik referencyjny musi być zgodny z powszechnie obowiązującymi przepisami - tłumaczy Tomasz Mironczuk.

Po co są wskaźniki referencyjne?

Na co dzień rzadko zadajemy sobie to pytanie. Wskaźniki referencyjne są dla finansów tym, co wszystkie inne miary - jak metr, gram, litr czy stopień Celsjusza. Gdy przychodzimy do sklepu i prosimy o 10 dkg szynki, to też chcemy mieć pewność, że ktoś sprzedał nam 10 dkg i za tyle policzył, a nie na przykład kilka gramów mniej.

Tu dochodzimy do sedna, ale na początek trochę historii. Bankierzy zdawali sobie sprawę, że miary ceny pieniądza są potrzebne. W latach 70-tych. zeszłego stulecia na najbardziej rozwiniętym na świecie rynku w Londynie powstała taka miara. Była nią stopa LIBOR. Miała pokazywać jaki koszt ponosi bank pożyczający pieniądze od innego banku na określony termin i w określonej walucie.

Chodziło o to, że w Londynie działały zarówno banki, które miały dostęp do ogromnych zasobów szybko bogacących się wówczas społeczeństw Zachodu (czyli oszczędności uciułanych przez np. szwajcarskich instruktorów narciarskich czy niemieckich dentystów), jak i takie, które te oszczędności mogły spożytkować na finansowanie inwestycji na całym świecie. Bank - nazwijmy go - "inwestycyjny" pożyczał zatem od banku "oszczędnościowego" pieniądz na określony termin płacąc mu za to pewne odsetki.

I to właśnie mierzyła stopa LIBOR. Stała się ona podstawą do wyceny instrumentów o wartości bilionów dolarów, funtów, euro i franków. Takich jak kredyty, także detaliczne, obligacje oraz instrumenty pochodne. Bo - co istotne - pożyczki międzybankowe stały się wkrótce narzędziem do zarządzania płynnością. Jeśli jeden bank spodziewał się odpływu gotówki, zgłaszał się jako chętny do pożyczki.

Gdy stopa LIBOR odniosła sukces, na całym świecie od Japonii i Australii po Amerykę Południową zaczęły postawać inne -IBOR-y, funkcjonujące na lokalnych rynkach na podobnych zasadach. Oprócz regulaminu przyjętego przez londyńskich bankowców stopa LIBOR nie była jednak w żaden sposób regulowana prawem. I to okazało się jej zasadniczą słabością.

Ale brak regulacji w prawie nie był jedynym powodem, dla którego okazała się podatna na manipulację, do których doszło jeszcze przed wielkim globalnym kryzysem finansowym. Wyobraźmy sobie sytuację, że na wirtualnym stole leży wart setki bilionów tort, z którego - jak się postarać - można kawałeczek uszczknąć. Nawet okruszek, którego nikt nie zauważy, to już miliony dolarów lub franków. Do takich wniosków doszli przestępcy, którzy zaczęli w okolicach 2005 roku manipulować stopą LIBOR.

Dodajmy, że w tym wszystkim dotąd niewyjaśniona jest rola władz banków zamieszanych w ten proceder, a nawet samego Banku Anglii. Bo gdy zbliżał się globalny kryzys finansowy z lat 2007-2009 i pod oddziałami Northern Rock ustawiały się kolejki, żeby wypłacić depozyty, Bankowi Anglii wcale nie zależało na tym, żeby instytucje kredytowe pokazywały swój prawdziwy koszt finansowania. Zależało mu na niskiej i stabilnej stopie LIBOR.

Nieudane próby reanimacji

Dopiero kryzys przyniósł prawdziwy kres LIBOR-u. Po pierwsze afera z manipulacjami została ujawniona w 2011 roku, a w procesach ukazujących prawdopodobnie tylko czubek góry lodowej zapadło kilka wyroków skazujących. Ale po drugie rynek międzybankowy zamarł, bo banki przestały sobie nawzajem pożyczać pieniądze, zwłaszcza na terminy dłuższe niż jeden tydzień. I tak jest do dzisiaj.

Najpierw próbowano "reanimować" -IBOR-y. Żeby zwiększyć przejrzystość procedur ustalania LIBOR administrowanie wskaźnikiem odebrano londyńskim bankierom i powierzono jednej z największych giełd świata. W Polsce administrowanie analogiczną stopą WIBOR przejęła spółka warszawskiej giełdy GPW Benchmark. I choć GPW Benchmark doskonali miary, to największym problemem jest fakt, że nie ma nimi czego mierzyć. Na rynku międzybankowym w Polsce nie ma transakcji na dłuższe terminy, podobnie jak na innych rynkach.

Ponieważ na rynku londyńskim banki też nie pożyczają sobie nawzajem pieniędzy, brytyjscy regulatorzy zapowiedzieli śmierć LIBOR - od początku 2022 roku. To spowoduje ogromne kłopoty polskich banków, które udzielały kredyty we frankach na stopę LIBOR plus marża. Jak z tego wybrną - zupełnie nie wiadomo.

W niektórych krajach - jak Wielka Brytania, USA, Szwajcaria, strefa euro - do odpowiedzialności za istnienie miar ceny pieniądza poczuły się banki centralne. W Polsce alternatywny wskaźnik trzeba było "wyprodukować" od zera. I IRF tego się podjął i dokonał. Natomiast GPW Benchmark obecnie nie może wylegitymować się zgodnością "reanimowanej" stopy WIBOR z wymogami rozporządzenia BMR.

- Gdyby hipotetycznie giełda zaproponowała nam administrowanie WIBOR, trzeba byłoby taką propozycję rozważyć. Mamy prawo administrować wskaźnikami, zarówno w Polsce jak i w Unii bez ograniczeń co do walut. Ale z tym wiąże się odpowiedzialność. IRF jako administrator nie może i nie powinien publikować wskaźników, co do których nie jest w stanie wywiązać się w wymogów rozporządzenia BMR - mówi Tomasz Mironczuk. 

W poszukiwaniu transakcji

Ekonomiści i finansiści z Instytutu Rynku Finansowego poszli inną drogą niż próba reanimacji od dawna używanego wskaźnika, czy też matematyczne wyliczenia kosztu pieniądza np. na trzy miesiące z kosztu pieniądza pożyczanego na jedną noc (takich transakcji jest stosunkowo dużo). Matematyczne wyliczenia są możliwe, ale nie uwzględniają wielu ryzyk. Zastosowanie ekonomiczne matematycznie przekształconych wskaźników może być wątpliwe. A to jest właśnie w bankowości kluczowa sprawa.

Postanowili zatem szukać indeksu tam, gdzie są transakcje. A wiadomo, że są - pomiędzy bankami a klientami. Doszli więc do przekonania, że jeśli banki dostarczą dane, ile rzeczywiście płacą klientom za depozyt i będzie można policzyć średni koszt ważony wielkością transakcji to na tej podstawie można opracowywać WKF. Bo przecież bank, żeby zarobić na kredycie, musi najpierw zapłacić za depozyt. 

WKF powstaje obecnie na podstawie strumieni danych płynących z 18 banków spółdzielczych. Na ich podstawie wyliczany jest kosz pieniądza pożyczanego przez banki na 1, 3, 6 miesięcy i na jeden rok. W sumie średnio do bazy napływają dane o 1400 transakcjach dziennie o średniej dziennej wartości 90 mln zł.

- Rozpoczęliśmy pracę nad WKF w sierpniu 2018 roku. W czerwcu 2019 uruchomiliśmy specjalny system do obliczania WKF. Od sierpnia 2019 wskaźnik obliczamy codziennie, przetestowaliśmy wszechstronnie proces i usprawniliśmy go, aż stał się rutyną. Dziś jesteśmy gotowi, żeby przyłączać banki jako panelistów, ale też wystawiać wskaźnik potencjalnym użytkownikom - mówi Tomasz Mironczuk.

Do grona użytkowników mogłyby dołączyć duże banki komercyjne. Na razie tego nie robią. Interia pytała członków zarządów banków Pekao i ING BŚK - dlaczego, i czy szukają i jakich sposobów rozwiązania problemu związanego z możliwością zaprzestania ogłaszania WIBOR-u. Odpowiedź była zgodna: "postępujemy tak, jak cały sektor".

- Dotychczas banki tkwiły w swoistej niemocy. Nie było dostępnego konkretnego wskaźnika, który byłby alternatywą - akceptowalną od strony prawnej i rozsądną ekonomicznie. Sądzę, że efekt naszych prac może stanowić dla wielu banków szansę ochrony przed ryzykiem ze strony konsumentów jak również zabezpiecza ekonomikę funkcjonowania banków - mówi Tomasz Mironczuk.

Bo już od 2018 roku banki mają obowiązek w umowach - na przykład kredytowych - zapisać klauzulę, co się stanie z umową, jeśli wskaźnika WIBOR nie będzie. I zapisują tam dziwne postanowienia. Niektóre, że dopiero wtedy taki wskaźnik wybiorą, inne wprowadzają zapisy całkowicie niezgodne z unijnym prawem. Jeśli okaże się, że faktycznie wskaźnika WIBOR nie ma, pojawi się nowe pole sporu pomiędzy bankami i ich klientami. Także o kredyty w złotych i o ich oprocentowanie

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »