Reklama

Koronawirus w Polsce: Branża transportowa nie prosi o jałmużnę

Przedstawiony przez rząd pakiet rozwiązań ma złagodzić skutki kryzysu związanego z epidemią koronawirusa w Polsce. Dotyczy on również branży transportowej. Abyśmy mogli utrzymać swoje usługi przy dzisiejszych kłopotach i nawet półrocznych zatorach płatniczych, potrzebna nam jest gotówka i zdrowi kierowcy - mówi Interii Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce. I wskazuje spełnienia jakich postulatów, domagają się transportowcy.

Dominika Pietrzyk, Interia: Czy przedstawiony przez rząd pakiet rozwiązań, który ma złagodzić skutki kryzysu związanego z epidemią koronawirusa w Polsce, czyni zadość postulatom transportowców?

Reklama

Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce: - Mamy już informacje, z których wynika, że rząd skupił się na małych i mikro przedsiębiorcach, natomiast w minimalny sposób odniósł się do potrzeb naszej branży. Chcę zwrócić szczególną uwagę  i podkreślić, że dzisiaj małe firmy i usługi jednoosobowe walczą o przetrwanie, ale Ci przedsiębiorcy nie wykonują świadczeń, ale też nie ponoszą prawie kosztów i nikt nie wymaga od nich służebnej roli, którą - obok lekarzy i służb porządkowych, pełnią teraz transportowcy. O tym się mówi, mówią o tym urzędnicy UE, przedstawiciele innych państw europejskich i nasi rządzący. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy pomoc branży transportowej w dniu dzisiejszym to pomoc firmie, aby dotrwała do zakończenia kryzysu, czy pomoc firmie transportowej to umożliwienie utrzymania łańcucha dostaw towarów, żeby skutki akcji "zostań w domu" nie były dla gospodarki katastrofalnymi.

- Jeżeli rząd oczekuje od nas tej służebnej roli w wykonywaniu transportów, to musi poważnie siąść z nami do stołu, przedyskutować wszystkie aspekty obecnej sytuacji i udzielić nam pomocy w tym momencie. "Nam" to znaczy sobie również, bo nie trzeba będzie sprzątać negatywnych skutków, w sytuacji gdy odstąpimy od wykonywania naszej misji.

- My bardzo dobrze rozumiemy swoją rolę, swoje zadania i swoją sytuację. Dlatego miesiąc temu poprosiliśmy pana premiera o spotkanie i o rozmowę. Premier scedował to na innych członków rządu i skutek jest taki, że informacje się rozjeżdżają, jest kilka ośrodków zarządzania i informowania o sytuacji. Z kolei skutkiem takiego niezrozumienia istoty problemu było zablokowanie ruchu ciężarówek na granicach i wymieszanie naszych zdrowych kierowców, których staramy się chronić, ponieważ są dziś naszym dobrem narodowym, z potencjalnie zakażonymi powracającymi do Polski emigrantami ekonomicznymi. Dlatego dziś tak ważne jest, aby apele docierały nie do wykonujących polecenia tylko do decydentów.

Jakie są więc wasze postulaty?

- Abyśmy mogli utrzymać swoje usługi przy dzisiejszych kłopotach i nawet półrocznych zatorach płatniczych potrzebna nam jest gotówka i zdrowi kierowcy. Dlatego nie prosiliśmy o jałmużnę. Stawiamy bardzo konkretne postulaty. Odblokujcie nam zablokowane na rachunkach VAT-owskich pieniądze, które są różnicą w VAT-cie należnym i naliczonym. Nie potrzeba tutaj żadnych ustaw, wystarczy wpłynąć na Urzędy Skarbowe, żeby te środki odblokowały. To da nam pierwszą kroplówkę finansową dla podtrzymania branży, bo 5 tys. jest nam potrzebne na jeden wyjazd, a nie na kwartał. Nie opowiadajcie nam o nowych rozwiązaniach, tylko dajcie nam środki obrotowe w postaci tanich niekomercyjnych kredytów z gwarancją BGK, tak jak to było deklarowane na spotkaniach.

W propozycjach, które znalazły się w specustawie ujęto instrumenty wsparcia z Banku Gospodarstwa Krajowego.

- Te rozwiązania są w propozycji rządu, ale my musimy je mieć szybko.

Jak szybko?

- Na już, na wczoraj. Minął miesiąc od chwili, gdy rozpoczęliśmy rozmowy z panem premierem za pośrednictwem jego ministrów. Było dużo czasu.

- Zastosujcie abolicje na PIT, CIT i ZUS, tak jak to robią inne państwa.

Rząd zaproponował możliwość odroczenia płatności do ZUS.

- Chodzi o zniesienie opłat, a nie ich zawieszenie. Tu chodzi o utrzymanie zatrudnienia w firmach, bo dzisiaj nawet malutki przedsiębiorca kalkuluje swoje wydatki i jeśli ma wypłacić pensje i odprowadzić daniny, to często decyduje się na zerwanie umowy o pracę, pozostawiając nieszczęśnika bez środków. To może brzmi paradoksalnie, ale chodzi o ochronę ludzi pracy, a nie przedsiębiorców, bo przedsiębiorca ich po prostu zwolni, żeby redukować koszty.

A zapowiedziana dopłata do wynagrodzeń dla firm, które znalazły się w najtrudniejszej sytuacji?

- W tych firmach, w których już nie ma żadnych przychodów, zapowiedziana dopłata jest rozsądna, ale nas - branży transportowej praktycznie to nie dotyczy, bo my mamy przed sobą do odegrania niezwykle ważną misję gospodarczą. Jak my staniemy, stanie gospodarka, bo nasza gospodarka jest bardzo powiązania z gospodarkami innych państw. Uważamy, że to bardzo dobry instrument, ale nam to nie pomoże. Bo my nie walczymy dzisiaj o przetrwanie, ale o możliwość wykonania służebnej roli, jaką nam przyszło odgrywać, natomiast wykonawcy tego nie rozumieją, a decydenci tego nie wiedzą.

- Dopłaty to za mało, dlatego że nasi kierowcy nie będą pracować za minimalną cenę. Ich nie interesuje 80 proc. minimalnego wynagrodzenia, chyba że mówimy o firmach autokarowych, gdzie dopłata to istotna pomoc dla tych firm i pracowników, którzy nie świadczą usług przez zmniejszoną ilość przewozów pasażerskich.

Kolejne rozwiązanie zaproponowane przez rząd stricte z myślą o branży transportowej to możliwość skorzystania przez firmy z leasingu ARP z odroczonymi o trzy miesiące ratami. To satysfakcjonująca propozycja?

- Nasze ciężarówki w minimalnym stopniu są naszą własnością. Najczęściej są dzierżawione lub wynajmowane na podstawie leasingu, lub są kupowane dzięki kredytom. To są dla nas ogromne obciążenia finansowe wiec firmy, które leasingują nam samochody za chwilę same będą w kłopotach w relacji do swoich banków. Dlatego potrzebne jest tu rozwiązanie systemowe, żeby cały łańcuch uczestników w procesie finansowania naszych samochodów był ochroniony przed niespodziewanymi żądaniami zwrotów zaciągniętych zobowiązań finansowych, bo my bez samochodów wykonywać tych przewozów nie możemy.

- Na końcu najważniejszy nasz postulat dotyczy tego, żeby chronić, ale logiczne - w oparciu o wiedzę sanitarną - naszych kierowców. I bezsensownie nie narażać ich na zakażenia. Postulujemy objęcie kierowców rutynowymi testami na obecność koronawirusa, kiedy zaczną dostrzegać u siebie objawy.

- Od nas się oczekuje, żeby nawet na chwilę dostawy towarów, środków medycznych i dóbr konsumpcyjnych nie zostały wstrzymane, ale Salomon i z pustego nie naleje. My w naszej branży też mamy w łańcuchu zobowiązań finansowych wirusa i są nim pośrednicy. To wielokrotnie przewyższająca liczbę przewoźników chorda spedytorów, którzy nie posiadają żadnej infrastruktury, wpinają się w proces przekazywania zleceń bez realnej wartości dodanej dla klienta, obdzierają stawkę przewoźnego do poziomu kosztów. I przewoźnik otrzymuje kość ogryzioną z mięsa. Często nie starcza to nawet na pokrycie wszystkich kosztów, żeby samochód mógł wrócić do bazy. I oni przetrzymują nasze pieniądze. W tej chwili klient zapłacił za przewóz, my wystawiliśmy fakturę, a pieniądze przychodzą do nas z opóźnieniem półrocznym.

Rozmawiała Dominika Pietrzyk

Dowiedz się więcej na temat: koronawirus | Covid-19 | transport | branża transportowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »