Reklama

Prywatni właściciele chcą sprzedać część Spitsbergenu

Archipelag Svalbard z największą wyspą Sptisbergenem należy do Norwegii, lecz prawo eksploatacji zasobów naturalnych i prowadzenia badań naukowych mają tam 42 kraje sygnatariusze Traktatu Paryskiego z 1920 r. Oferta sprzedaży kawałka norweskiej ziemi budzi wielkie emocje. Powodem są wielkie pokłady węgla kamiennego.

W posiadaniu Norwegów jest 99 proc. powierzchni. Norwegia i Rosja to jedyne kraje, które prowadzą na Spitsbergenie eksploatację węgla kamiennego w państwowych kopalniach.

Reklama

218 kilometrów kwadratowych terenu w Dolinie Adventu należy do norweskiej rodziny Horn, która zamierzała otworzyć tam prywatną kopalnię, lecz rząd nie zgodził się na przyznanie odpowiedniej koncesji. W takiej sytuacji właściciele zaproponowali władzom odsprzedaż działki, a ponieważ nie uzyskali odpowiedzi, postanowili wystawić ziemię na sprzedaż na rynku międzynarodowym. Informacja odbiła się szerokim echem w Chinach, a rząd Norwegii znalazł się w pułapce. Stara się zablokować transakcję, lecz do końca nie wie jak.

64-letni Hennig Horn stał się z dnia na dzień znany w mediach z tego że chce sprzedać kawałek Norwegii. Jego dziadek, armator Jacob Kjoede transportował węgiel wydobywany na Spitsbergenie i z tego tytułu nabył ziemię przed ponad 70 laty. Norweg podkreślił, że w sytuacji kiedy rząd nie jest zainteresowany, sprzeda swoją ziemię temu, kto jest chętny.

- Norwegia posiada 99 proc. terytorium Svalbardu pomimo, że wszystkie kraje które podpisały traktat mają do niego równe prawo. Przecież to Amerykanin Longyear założył tu pierwsze miasto Longyerabyen. Dlaczego wiec nie mam sprzedać swojej ziemi na rynku międzynarodowym - mówi Horn.

Zasoby węgla na posiadłości jego rodziny oceniane są na 170 mln ton. Nowa kopalnia miałaby zatrudniać 85 osób w systemie pięciozmianowym z wydobyciem przez całą dobę.

Węgiel dowożony byłby na specjalnie wybudowane nabrzeże dla dużych statków na terenie Hornów.

- Cena jest nieznana lecz chętni z pewnością są i będą się przebijać, ponieważ w grę wchodzi strategiczny dostęp do Arktyki, a Chiny posiadają na Spitsbergenie tylko małą bazę badawczą - uważa były dyrektor Instytutu Fridtjofa Nansena Willi Oestreng.

Podkreśla, że zainteresowane mogą być również USA i Rosja. - Jestem zdumiony tym, że rząd Norwegii nie wyraził zainteresowania tą ziemią. Nie chodzi tu o aspekt ekonomiczny lecz strategiczny i Norwegia powinna unikać napięć politycznych na tym terytorium - stwierdził.

Były dyrektor norweskiej państwowej kopalni Johan Petter Barlindhaug widzi z kolei inny poważniejszy problem: jeżeli nowy właściciel zacznie wydobywać węgiel, to według ustaleń traktatu uzyska prawo do jego transportu i w ten sposób automatyczne pozwolenia na budowę portu, który w przyszłości może być używany do różnych celów.

Norwegia zamierza powołać się na klauzulę traktatu dopisaną w 1938 r., która w nieco niejasny sposób zakazuje sprzedaży nieruchomości zadłużonych, a taka jest ziemia Hornów.

- Życzę wam powodzenia - zwrócił się do rządu prawnik Sveinung O. Flaaten. Podkreślił, że traktat pozwala każdemu z 42 sygnatariuszy na działalność gospodarczą i zakup nieruchomości, wiec nie można odmówić sprzedaży tej ziemi tylko z tego powodu, że nabywca nie jest Norwegiem. - Jeżeli więc rząd chcąc uniknąć np. chińskich właścicieli w końcu się zdecyduje kupić ziemię Hornów, to cena podbita przez zagranicznych kupców może być bardzo wysoka - dodał.

Zbigniew Kuczyński

Dowiedz się więcej na temat: Rosja | Chiny | Norwegii | Norwegia | USA | właściciele

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »