- Trzeba zmienić sposób pracy z ciężkiej na mądrą (…). Małe przedsiębiorstwa wciąż żyją w środowisku, jakie dawało korzyści wynikające z taniej pracy, choć duże już zmieniają podejście - mówił do przedsiębiorców na spotkaniu z klientami ING Banku Śląskiego jego główny ekonomista, Rafał Benecki.
Przez cały okres po transformacji aż do połowy poprzedniej dekady Polska miała - zdawało się wówczas - nieprzebrane zasoby taniej pracy i na tym przedsiębiorstwa zbudowały swoje modele biznesowe i zyski. Choć te "zasoby" dawno się skończyły, modele biznesowe zmieniają się bardzo powoli. Tymczasem niedobór pracowników i spowodowany tym utrzymujący się dwucyfrowy wzrost wynagrodzeń wywierają coraz większą presję.
Póki co gospodarka rośnie, a zawdzięcza to w dużym stopniu uchodźcom z Ukrainy. W 2023 roku ich praca nie pozwoliła stoczyć się jej w głęboką recesję i PKB zdołał zwiększyć się o 0,1 proc. Są szacunki, które mówią, że w 2024 roku pracownicy z Ukrainy dodali 2,7 proc. do polskiego PKB, a pamiętajmy, że gospodarka urosła wówczas o 2,9 proc. Gdyby nie pracownicy z zagranicy tkwilibyśmy w stagnacji.
Wiadomo jednak, jak silnie podsycane są w Polsce nastroje antyimigranckie, w związku z czym szanse na to, żeby potrzeby rynku pracy zaspokajali przybysze z zewnątrz - są małe. Imigranci stanowią w Polsce zaledwie 4,5 proc. całkowitej populacji, gdy w Czechach prawie 10 proc., a w Niemczech - blisko 20 proc.
Polska - podobnie jak inne kraje postkomunistyczne - odnotowała spektakularny wzrost zamożności po wejściu do Unii Europejskiej. O ile w 2004 roku nasz PKB na mieszkańca ważony parytetem siły nabywczej wynosił 51,6 proc. unijnej średniej, w 2024 roku było to 78,6 proc. Większy sukces w regionie odniosły tylko Litwa (wzrost z 50,4 do 87,2 proc.) i najbiedniejsze państwo Unii w momencie akcesji - Rumunia (z 34,6 do 78 proc.). Najbogatsze w regionie Czechy odnotowały wzrost z 80,6 do 91,4 proc. średniej.
Ciężko na to zapracowaliśmy
Co było powodem takiego wzrostu zamożności? Wykwalifikowana siła robocza i postawa ludzi nastawionych na ciężką pracę. Integracja Europejska wpłynęła na poprawę instytucji, napływały szerszym strumieniem bezpośrednie inwestycje zagraniczne, firmy zyskiwały dostęp do zagranicznych technologii, a te, które z nich nie korzystały bezpośrednio, starały się je imitować. Dostęp do unijnego rynku pozwolił spektakularnie rosnąć polskiemu eksportowi. Niemal przez trzy dekady inflacja w Polsce obniżała się lub była stabilna, a dług publiczny był niski.
Jednym z najważniejszych czynników polskiego wzrostu zamożności był wzrost wskaźnika zatrudnienia o ponad 20 punktów proc. w latach 2004-2024. W 2024 roku wynosił on 78,7 proc. ludności w wieku 20-64 lata i był wyższy niż w strefie euro (75,5 proc.). Kolejnym z najważniejszych - długa i ciężka praca. Polacy pracują przeciętnie tygodniowo 53,7 godziny, czyli o prawie 8 godzin dłużej niż w Unii i o blisko 11 godzin dłużej niż w Niderlandach.
- Populacja pracujących jest podobna jak w rozwiniętych gospodarkach. Problem mamy z produktywnością - mówił Rafał Benecki.
Pomimo wzrostu wskaźnika zatrudnienia, aktywności zawodowej i rekordowo niskiego bezrobocia, przed kolejnym etapem konwergencji z poziomem zamożności "starej" Unii piętrzą się trudności. Jest bardzo prawdopodobne, że polskiej gospodarki nie będzie napędzał już eksport, tak jak to było przez wiele minionych lat. A eksport był fundamentem polskiego modelu wzrostu - podobnie jak było to w przypadku Chin, przy zachowaniu wszelkich proporcji.
Dlaczego polski eksport będzie miał raczej ujemny wkład do PKB? Sytuację na świecie mocno skomplikowały amerykańskie taryfy. Popyt zagraniczny się zmniejszył, rosną koszty pracy, ceny energii są wysokie, złoty się umocnił. A właśnie Chiny, "wypchnięte" z rynku USA, szukają nowych. Co więcej - wydatki na zbrojenia mogą spowodować silny wzrost importu.
Z tym, żeby pracować długo i ciężko, nie mamy - na razie - problemu. Na razie - bo np. Czesi i Węgrzy przez minione 20 lat wyraźnie zaczęli odwracać się od "kultury zap***dolu" (jak zatytułowana jest książka Zofii Smełki-Leszczyńskiej). W Polsce w porównaniu do czasów sprzed dwóch dekad pracujemy tygodniowo zaledwie o pół godziny krócej. Ale z wytwarzaniem PKB w ciągu godziny pracy już tak dobrze nam nie idzie.
"Stopa inwestycji jest rażąco niska"
Dane pokazują, że o ile PKB na mieszkańca od wejścia do Unii do zeszłego roku wzrósł o 27 punktów proc., to PKB na godzinę pracy - o 16,1 pp. Choć ten wzrost jest spory, świadczy tylko o tym, że konwergencja wydajności pracy jest znacznie mniejsza niż konwergencja PKB. A równocześnie godzinowe koszty pracy w polskich przedsiębiorstwach od 2012 roku wzrosły o 135,5 proc., podczas gdy przeciętnie w strefie euro - o 37,9 proc.
- Dalsza konwergencja musi być napędzana wzrostem produktywności - mówił Rafał Benecki.
Zdaniem analityków ING rosnące koszty pracy i niedobór pracowników powodują konieczność zmiany struktury gospodarki i rozwoju sektorów wytwarzających wyższa wartość dodaną kosztem kurczenia się zatrudnienia w rolnictwie i w przemyśle. Polska, choć uważana jest za "tygrysa" pod względem wzrostu sektora usług biznesowych, nadal ma w nim mniejszy udział zatrudnienia niż Czechy, Węgry i niż średnia dla krajów strefy euro. Słowem - realokacja pracowników do sektorów o wyższej wartości dodanej jest konieczna i powinna sprzyjać wzrostowi produktywności.
Dlatego przedsiębiorcy mają problem. Prognozy demograficzne mówią, że do 2040 roku ubędzie w Polsce ponad 9 proc. pracujących. To równocześnie problem całej gospodarki, w której mocno nadreprezentowane są małe przedsiębiorstwa, które są najmniej produktywne, a równocześnie mniej są skłonne do inwestycji. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie - jak rosnąć w środowisku niedostatku pracy? Jedynym wyjściem są innowacje i inwestycje.
- Stopa inwestycji jest rażąco niska (…). Nadzatrudnienie w mniej produktywnym sektorze małych przedsiębiorstw powoduje konieczność zmian strukturalnych - mówił Rafał Benecki.
- Publiczne inwestycje trzymają gospodarkę w pionie, ale inwestycje sektora prywatnego nie istnieją - dodała Agnieszka Głowacka, wiceprezes firmy budowlanej Erbud.
Diabeł tkwi w zmianie modeli biznesowych
Przedsiębiorstwa mogą osiągnąć wyższą produktywność dzięki konsolidacji, czyli łączeniu się. To wyzwanie trudne w Polsce ze względów kulturowych, ale konieczne. W ten sposób mają szansę - być może jedyną - żeby rosnąć. Największe firmy w Polsce są trzy razy bardziej produktywne niż najmniejsze. Badania ING pokazują, że gdyby struktura wielkości firm w Polsce była taka jak w Niemczech, średnia produktywność wzrosłaby o prawie 15 proc. W budowaniu skali mogą pomóc prywatne inwestycje zagraniczne.
- O ile inwestorzy w papiery skarbowe nie są zupełnie zainteresowani rządowymi polskimi obligacjami, fundusze venture capital postrzegają Polskę bardzo dobrze - mówił Rafał Benecki.
Przedsiębiorstwa muszą też zacząć inwestować w technologię i kapitał. Muszą w końcu zdecydować się na używanie dźwigni finansowej, której - jak dotąd - panicznie się boją. W Polsce kredyty dla sektora przedsiębiorstw stanowią zaledwie 11,9 proc. PKB, gdy np. we Francji - 45,6 proc.
- Firmy powinny znaleźć optymalny model lewarowania, żeby zmaksymalizować wartość - powiedział Rafał Benecki.
- Kiedy pytam o inwestycje, słyszę, że koszty inwestycji są za wysokie. Moją odpowiedzią na to jest, że być może model biznesowy nie jest dobry - dodał.
Analitycy ING BŚK prognozują, że polska gospodarka urośnie w tym roku o 3,5 proc. w przyszłym o 3,4 proc., a w 2027 roku wzrost spowolni do 3 proc.
Jacek Ramotowski
















