Reklama

Rostowski: Organizacja igrzysk zimowych byłaby tańsza niż propozycje PiS

Projekt przyszłorocznego budżetu może trafić do poprawki. Zapowiedział to premier, a potwierdził minister finansów Jacek Rostowski. W Kontrwywiadzie RMF FM stwierdził, że na razie nie ma takich planów, ale określenie "na razie" jest tej sprawie kluczowe.

Mówiąc o możliwej korekcie budżetu premier Donald Tusk tłumaczył się coraz słabszą gospodarką. Niewykluczone że będzie słabiej niż myśleliśmy, projektując budżet na rok 2013 - przyznał szef rządu.

Gość Kontrwywiadu RMF FM Jacek Rostowski stwierdził, że teraz nie przewiduje korekty przyszłorocznego budżetu. - Oczywiście nie można tego w stu procentach wykluczać - dodał. Powiem jedną rzecz: sytuacja jest bardziej przewidywalna, jeśli chodzi o jej ostateczny kształt, niż była w 2008 i 2009 roku - podkreślił.

Reklama

Deklaracja ministra w praktyce oznacza, że korekta budżetu za kilka miesięcy jest bardzo prawdopodobna. Jest on bowiem oparty na 2,2 procent wzrostu gospodarczego. To raczej nierealne, bo niemal wszystkie prognozy mówią, że wzrost wyniesie tylko nieco ponad 1,5 procent. Wczoraj takie prognozy opublikowała Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, czyli OECD. Wcześniej mówił o tym Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Jeśli przewidywania ekspertów się potwierdzą, rząd będzie mieć jeszcze mniej pieniędzy na drogi, emerytury i na służbę zdrowia. Potrzebne będzie więc łatanie poważnej finansowej dziury.

Krzysztof Berenda

KONTRWYWIAD RMF

- Polska mogłaby zorganizować zimowe igrzyska olimpijskie. Obliczę koszty organizacji takiej imprezy - zapowiada minister finansów Jacek Rostowski w Kontrwywiadzie RMF FM: - Ministerstwo finansów obliczyło koszty propozycji z programu gospodarczego PiS, obliczy też koszty olimpiady. Dzięki Bogu, skutki finansowe igrzysk zimowych nie będą dla Polski tak katastrofalne, jak propozycje gospodarcze PiS.

Konrad Piasecki: Panie ministrze, stać nas na igrzyska olimpijskie, nawet jeśli to tylko igrzyska zimowe?

Jacek Rostowski, minister finansów: - To będzie trzeba policzyć.

Pan w ogóle serio podchodzi do tego pomysłu jako minister finansów?

- Myślę, że jak proszą nas o sprawdzenie kosztów, to te koszty trzeba poważnie obliczyć, sprawdzić jakie będą. Podeszliśmy na serio do obliczenia kosztów propozycji PiS-u na 54 miliardy złotych rocznie, może pan pamięta we wrześniu...

Pamiętam, pamiętam...

- Ten projekt będzie oczywiście na dużo mniejszą skalę, dzięki Bogu. Na pewno skutki igrzysk nie byłyby dla Polski tak katastrofalne, jak tamte propozycje PiS-u. Jednak gdy proszą nas o to, żeby coś obliczyć, to trzeba poważnie do tego podejść.

To trzeba będzie liczyć, bo premier mówi: jestem za, wszystko zależy od ministra finansów. Pan intuicyjnie jest za czy przeciw?

- Nie byłoby to poważane, gdybym reagował na zasadzie intuicji, trzeba obliczyć, poważnie podejść do kosztów, a także patrzeć na korzyści, które też powinny mieć swój finansowy wymiar.

Rozumiem, że wstępnie nie ma pan takiego poczucia, że wydawanie pieniędzy na igrzyska zimowe to wyrzucanie pieniędzy w śnieg i błoto?

- Tak samo jak każde igrzyska, czy turnieje, problem oczywiście jest taki, że turniej mija a obiekty pozostają. Na ile będą pożyteczne? To zawsze jest problem.

Rozumiem, że to wszystko jest melodią przyszłości...

- Dokładnie.

Konserwatyści brytyjscy zawodzą swojego byłego stronnika, czyli pana?

- Byłem zaskoczony, że premier Cameron przyjechał do Brukseli ze stanowiskiem aż tak skrajnym.

Rzeczywiście - pańskim zdaniem - oni są motorem napędowym blokady unijnego porozumienia, czy raczej hamulcem tego unijnego porozumienia?

- Brytyjczycy na pewno przyjęli pozycję najbardziej skrajną. W porównaniu z propozycją Hermana van Rompuya, której Polska nie przyjęła, bo uważa, że jest zbyt skromna, jeżeli chodzi o rozmiar budżetu, to Brytyjczycy przyjeżdżając do Brukseli proponowali cięcia w granicach 70-80 miliardów euro, jeżeli chodzi o rozmiar całego budżetu. To było stanowisko bez żadnych wątpliwości najbardziej skrajne ze wszystkich.

Pan rozumie premiera Wielkiej Brytanii jako były członek partii torysów?

- Rozumiem wszystkich płatników netto, że im się niespecjalnie podoba, iż muszą płacić na UE. Ale oczywiście Wielka Brytania ma gigantyczne korzyści z tego, że jest w UE. Ma dostęp do jednolitego rynku, 40 proc. wszystkich transakcji całego sektora finansowego Europy, znajduje się w Londynie. Gdy telewizja BBC dwukrotnie przeprowadzała ze mną wywiad w Brukseli, to jasno powiedziałem, że jeżeli się chce jeździć autobusem, to trzeba płacić za bilet. Myślę, że oni będą musieli to przyjąć do wiadomości.

Czyli uważa pan, że porozumienie jest kwestią niespecjalnie odległą, a na pewno nie niemożliwą?

- Spotykamy się ponownie...

W styczniu.

- W styczniu. Jest to trochę tak, jak mecz futbolowy - pierwsza połowa bez goli. Uważam, że udało nam się nie najgorzej obronić naszą pozycję. Na końcu, po ciężkich negocjacjach Brytyjczycy zeszli - i razem z nimi Holendrzy - ze swoich żądań o cięcia w granicach 80 miliardów euro na 30 miliardów. Co więcej, także wskazywali, razem ze wszystkimi, że polityka spójności i polityka rolna, na których nam najbardziej zależy...

..nie ucierpią aż tak mocno.

- Nie powinny ucierpieć.

Czyli będzie zgoda?

- Ale proszę zauważyć - i to jest chyba najważniejsze, to naprawdę kluczowa sprawa - na początku strategia brytyjska polegała na tym: "My chcemy maksymalnych cięć, a potem wy sobie dacie radę, skąd one mają przyjść". Uważam, że gdyby ten scenariusz przeszedł, to naprawdę sytuacja Polski byłaby niezmiernie trudna. My jako największy europejski beneficjent bylibyśmy pod presją ze wszystkich stron. Wobec tego dla nas szczególnie brytyjskie postulaty były groźne.

Za miesiąc zaczniemy odczuwać na własnej skórze co znaczy recesja?

- Myślę, że mamy...

Będzie tak, że z zielonej staniemy się czerwoną wyspą?

- Nie, nie. Chwileczkę, Bez przesady. Spokojnie. Sytuacja jest taka, że mamy spowolnienie, które przewidywaliśmy. Przewidujemy spowolnienie na pewno w pierwszej połowie 2013 roku i oczekujemy poprawy w drugiej połowie i potem dalszej poprawy w 2014 r. Uważam, że w pewnym sensie...

Takiego spowolnienia, które zejdzie poniżej zera?

- Tego nie jesteśmy w stanie w pełni przewidzieć, ale raczej nie.

A takiego spowolnienia, które każe zmieniać budżet?

- Nie, w tej chwili absolutnie tego nie przewiduję mimo, że oczywiście nie można tego w stu procentach wykluczyć. Sytuacja jest bardziej przewidywalna jeśli chodzi o jej ostateczny kształt, niż była w 2008 i 2009 roku. Dzisiaj możemy z dużo większą pewnością powiedzieć, że druga połowa 2013 roku i 2014 rok będą lepsze. Fundamenty strefy euro, determinacja państw strefy, aby ratować Grecję i całą eurozonę, są dużo silniejsze. Już w takim horyzoncie o drugą połowę 2013 i 2014 r. możemy być naprawdę dużo bardziej spokojni niż byliśmy w 2009 roku. A w 2009 roku nie najgorzej daliśmy sobie radę.

Pytania od słuchaczy. Pan Michał pyta: "Czy po obniżeniu ceny gazu czeka nas podwyżka akcyzy na gaz"?

- Na pewno jest tak, że derogacja, która nam pozwalała nie pobierać akcyzy wygasa pod koniec przyszłego roku, ale to będzie mieć efekt dość marginalny. Kilkugroszowy.

Kilkugroszowy na metrze sześciennym?

- Kilkugroszowy, a mamy nadzieję, że w sytuacji, w której cena gazu będzie na rynkach światowych, a nasza cena teraz jest bardziej skorelowana z cenami gazu niż ropy i to było wielkie osiągnięcie ministra Budzanowskiego, która pozwala osiągnąć 10-procentową obniżkę cen gazu, no to tutaj będziemy mieć dodatkowy lekki spadek, który spowoduje, że ten wzrost akcyzy będzie nieodczuwalny. Taką mamy nadzieję.

Konrad Piasecki

Słuchaj Faktów RMF.FM

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »