Reklama

Straszne słowa na "k"

Krach kultu konsumpcji, kryzys kultury, kłopoty kredytowe - czyli dlaczego Stany Zjednoczone doprowadziły do katastrofalnej koniunktury w gospodarce światowej, tłumaczy doktor socjologii Grzegorz Makowski.

Dlaczego w Polsce nie mieliśmy kryzysu?

Reklama

- Zmartwię pana, nie wiadomo, czy na pewno kryzysu nie mamy albo czy jeszcze go mieć nie będziemy. Jestem socjologiem, a nie ekonomistą, więc mam nieco większy dystans do terminologii używanej przy opisywaniu zjawisk społecznych. Kryzys jest pojęciem podobnym do choroby - oba są względne. Bo czy zwykły ból głowy to już symptom choroby, czy może tylko chwilowa dolegliwość? Gdyby przenieść tę analogię na problem dzisiejszego kryzysu, to można powiedzieć, że gdy inni wokół nas leżą w szpitalnych łóżkach, my jeszcze trzymamy się na nogach. Ale czy to oznaka zdrowia?

Ale dlaczego, pozostając przy tym porównaniu, ta choroba zaatakowała nas słabiej niż innych?

- Paradoksalnie uratowało nas przede wszystkim zacofanie pod względem dostępnych instrumentów finansowych i fakt, że nie wykształcił się w Polsce specyficzny system wartości, który w przypadku innych państw jest aż nadto rozwinięty. To swego rodzaju odporność nabyta przez lata życia w trudnych warunkach.

Od stycznia w USA zbankrutowały już 84 banki. Federal Deposit Insurance Corp informuje, że lista kolejnych zagrożonych instytucji finansowych wydłużyła się w drugim kwartale z 305 do 416. Efekty kryzysu widać gołym okiem. A co go spowodowało? Chciwość finansistów? Niefrasobliwość klientów?

- Przyczyn kryzysu należy szukać głębiej. W warstwie finansowej czy gospodarczej - moim zdaniem - nie znajdziemy satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie. Zachodnie, a przede wszystkim amerykańskie instytucje finansowe padły ofiarą systemu, który same wykreowały - nieodpowiedzialnej kultury konsumpcyjnej.

Jak to nieodpowiedzialnej?

- Kulturę konsumpcyjną często traktuje się jakby to był wynalazek ostatnich dwóch stuleci. Jest to oczywiście błędne myślenie, niemniej współczesna kultura konsumpcyjna ma własną specyfikę i jedno co na pewno można o niej powiedzieć, to to, że zdominowała niemal wszystkie sfery życia współczesnych zachodnich społeczeństw, czyniąc najwyższymi wartościami dobrobyt materialny i pobłażanie wszelkim zachciankom. Instytucje finansowe walnie przyczyniły się do ustanowienia konsumpcji królową życia.

Dlaczego obwinia pan akurat banki?

- Przez dziesiątki lat instytucje finansowe przekonywały coraz większe rzesze konsumentów, że stać ich na wszystko i "życie wieczne" na kredyt jest możliwe, niezależnie od ich faktycznych zdolności finansowych. Nie robiły tego oczywiście bezinteresownie - liczyły na zyski i długo je osiągały. Mało kto zastanawiał się przy tym nad ryzykiem, jakie niosło rozszerzanie akcji kredytowej na ludzi, którzy nie mogli rokować nadziei na spłatę.

A da się ludzi nauczyć, że skoro dają im pieniądze, to powinni bez zastanowienia brać i wydawać je?

- Życie właśnie pokazało, że jest to możliwe, i to na skalę masową. Gdzie po raz pierwszy ujawniły się kłopoty? Wśród sławnych NINJa (No-Income-No-Job-No-Asset) - ludzi bez pracy, dochodu i majątku, którym dodatkowo jeszcze wmówiono, że mogą sobie bezkarnie wziąć kredyt. A w rzeczywistości przez to mieli jeszcze mniej. Jakby tego było mało, niespłacalne kredyty ubezpieczano, wypuszczając akcje bez pokrycia. De facto więc handlowano ubóstwem, potwierdzając w ten sposób starą prawdę, że fortunę najłatwiej zbić na ludzkiej biedzie. Z pewnego punktu widzenia jest to po prostu nieuczciwe i niemoralne, ale kto by się takimi niuansami w warunkach współczesnej kultury konsumpcyjnej przejmował. Dojście do punktu, w którym ta piramida zaczęła się walić, zabrało nam oczywiście trochę czasu.

Proszę to wyjaśnić.

- W USA latami utrwalał się system, w którym młodzi ludzie w momencie otrzymania dyplomu uniwersyteckiego już mają na karku kilka kredytów do spłacenia. Potem pętla jedynie coraz bardziej się zaciska. Realizowanie amerykańskiego snu o dobrobycie stało się koszmarem. Nikt nie zwracał jednak na to uwagi. Pamiętam, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, pod koniec lat 80., byłem w Stanach i nie mogłem zrozumieć, jak mój ojciec mieszkający tam już od dawna ze spokojem może tłumaczyć mi, że wszyscy Amerykanie żyją na kredyt. Jeszcze parę lat temu obserwowałem, jak w amerykańskiej rodzinie z klasy średniej zastanawiano się nad tym, za co dzieci będą studiować. Rodzice myśleli o tym, gdy ich pociechy miały ledwie 9-10 lat. Ale już wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiło się rozwiązanie. Skorzystali z jednej ofert, których każdy otrzymuje tam codziennie setki. Wzięli kredyt na inwestycję, która w dalszej perspektywie miała przynieść im pieniądze na sfinansowanie nauki dzieci. Dziś zapewne przeklinają ten dzień. W Polsce jest nam jeszcze bardzo daleko do tego modelu i mam szczerą nadzieję, że nie zdążymy go w przyszłości zrealizować.

Dowiedz się więcej na temat: konsumpcja | kapitalizm | kryzys | instytucje | kłopoty | ryzyko | problemy | gospodarka | slow | czas wolny | problem | hazard | kredyt | USA | bank

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »