Reklama

Surowy lockdown wcale nie jest taki zły?

Im bardziej surowy lockdown, wprowadzony przez władze publiczne by ograniczyć wzrost zakażeń wirusem, tym bardziej dotkliwe skutki dla gospodarki. To tylko część prawdy, bo okazuje się, że społeczeństwa wprowadzają samoograniczenia, które w nie mniej zamrażają relacje, tłumią mobilność i w efekcie - równie skutecznie pogrążają gospodarkę w recesji.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy w ogłoszonym z okazji zeszłotygodniowego szczytu  "Word Economic Outlook" zauważa, że dominujące wśród polityków narracje wskazują na konieczności kompromisu między ratowaniem życia a wspieraniem gospodarki. "(...) pomijają kwestię, że pomimo krótkoterminowych kosztów gospodarczych lockdowny mogą prowadzić do szybszego ożywienia gospodarczego poprzez powstrzymanie wirusa i zmniejszenie dobrowolnego dystansu społecznego" - napisali w WEO analitycy MFW.

Reklama

Dodajmy, że do tej pory sądzono, iż głębokość recesji zależy od surowości "oficjalnego" lockdownu i jest do niego mniej więcej proporcjonalna. Owszem, to część prawdy. Była ona zresztą powodem, dla którego rządzący w obliczu drugiej fali zaczęli wystrzegać się słowa "lockdown". A to niekoniecznie musi być słuszne podejście.

Co lepsze

O tym, że lockdown to najlepszy sposób na wypłaszczenie dynamiki rozprzestrzeniania się zakażeń mówiono już od samego początku pandemii, żeby wspomnieć choćby kluczowe badania Imperial College w Londynie. Przypomnijmy, że pokazały one przerażające prognozy krzywych zachorowań i śmiertelności na COVID-19, jeśli władze publiczne nie podejmą zapobiegawczych działań. Dlatego rząd Wielkiej Brytanii zdecydował się w końcu wprowadzić ogólnokrajowe restrykcje, co zrobił zresztą za późno.  

Już z wcześniejszej analizy MFW, opartej na wielu innych badaniach wynikało, że lockdown musi być rygorystyczny, aby znacznie ograniczyć infekcje. Co więcej - efekty są wtedy, kiedy rozwój pandemii jest uprzedzany, a interwencje są wczesne, jak było w Australii i w Nowej Zelandii. Najgorzej jest zwlekać - jak w lutym we Włoszech. 

"W krajach, które wprowadziły lockdown, kiedy przypadków było jeszcze niewiele, obserwowano znacznie mniej infekcji w ciągu pierwszych trzech miesięcy epidemii w porównaniu z krajami, które wprowadziły lockdown, gdy liczba przypadków była już wysoka" - napisał MFW.

To, że lockdown uderza w działalność gospodarczą też było od samego początku pandemii intuicyjnie oczywiste. Powstało także wiele badań, dowodzących tej hipotezy w oparciu o niezbite fakty. Chyba najbardziej kompletnych dokonali właśnie naukowcy z MFW i ogłosili je w sierpniu, o czym pisała już Interia. Oszacowali oni, że w ciągu 30 dni od wprowadzenia lockdownu produkcja spada o ok. 15 proc średnio na świecie.

Mieli - rzecz jasna - rację, ale nowe analizy rzucają nowe światło i im właśnie poświęcony jest cały rozdział w WEO. Bo jak np. wytłumaczyć fakt, że Szwecja, dla której surowość lockdownu wprowadzanego przez władze publiczne (mierzona indeksem  OxCGRT) wynosiła średnio ok. 20 w I półroczu, zanotowała w tym okresie znacznie głębszą recesję niż Irlandia, gdzie "surowość" lockdownu była ponad dwa razy wyższa?

Wytłumaczyć to można właśnie tym, że społeczeństwa dokonują dobrowolnych samoograniczeń. Bo "oficjalny" lockdown oczywiście wpływa na zamrożenie działalności gospodarczej lub jej całych gałęzi. Ale do tego swoje dokładają zachowania społeczne.

"Wprowadzenie lockdownu było ważnym powodem recesji, ale dobrowolne społeczne

dystansowanie się w odpowiedzi na nasilające się infekcje również bardzo przyczyniło się do spowolnienia gospodarczego" - napisali analitycy MFW.

"(...) Lockdown i dobrowolne dystansowanie się społeczne odegrały prawie podobną rolę w napędzaniu recesji gospodarczej" - dodali.

Nie wszędzie jednakowe efekty

Badania MFW pokazują, że w dojrzałych gospodarkach dobrowolne dystansowanie się społeczne miało dużo silniejszy wpływ na spadek mobilności niż oficjalne obostrzenia. Wpływ samoograniczeń był mniejszy w gospodarkach zaliczanych do rynków wschodzących. A najmniejszy - w krajach o niskich dochodach. Dlaczego?

Generalnie rzecz biorąc, silniejsze samoograniczenia wprowadziły społeczeństwa o wyższym kapitale społecznym. Choćby szacunek dla cudzego zdrowia, zrozumienie zagrożeń - przyczyniały się do rozluźnienia relacji i spadku mobilności. To może tłumaczyć relatywnie silną recesję w Szwecji w I półroczu, gdy "oficjalnego" lockdownu w zasadzie tam nie było. 

Ale jest też inny powód - czysto ekonomiczny. Społeczeństwa mające lepiej zorganizowaną sieć bezpieczeństwa, jak na przykład przyzwoite zasiłki dla bezrobotnych, także były bardziej skłonne do samoograniczeń. Tam, gdzie takiej sieci nie ma, ludzie - pomimo zagrożeń - musieli biegać za pracą. Dobrym przykładem jest tu fryzjerskie i kosmetyczne "podziemie", które wyrosło na wiosnę w Polsce natychmiast po zamknięciu zakładów usługowych. W zamożniejszych społeczeństwach jest też oczywiście więcej oszczędności, które dają poczucie bezpieczeństwa na czasie pandemii.

Być może tym właśnie, a nie żadną umiejętnością zarządzania gospodarką oraz kryzysem zdrowotnym, można wytłumaczyć fakt, że recesja np. w Polsce była płytsza niż we Francji, czy w Niemczech. W USA, gdzie sieć zabezpieczenia społecznego praktycznie nie istnieje, dla tracących pracę w czasie pandemii wprowadzono bardzo wysokie zasiłki. Paradoksalnie - poczucie bezpieczeństwa socjalnego może być powodem głębszej recesji.

Siła lockdownu była w jednych krajach mniejsza, a w innych większa, ale generalnie wprowadzany był w podobnych sekwencjach. Zaczynało się od zakazu podroży międzynarodowych, potem szło zamknięcie szkół, zakaz imprez i zgromadzeń publicznych. W końcu następowało zamknięcie zakładów pracy, ograniczenia w ruchu wewnętrznym, zamknięcie transportu publicznego, nakaz niewychodzenia z domu. Jakie były gospodarcze skutki takich decyzji?

Pada kolejny mit

"Bardziej rygorystyczny lockdown pociąga za sobą jedynie marginalne dodatkowe koszty ekonomiczne, a ogranicza bardziej skalę infekcji" - mówią badania MFW. I jest to zupełnie przełomowe stwierdzenie.

Zarówno "urzędowy" lockdown, jak dobrowolne ograniczenie dystansu społecznego wpływają na to, jak głęboka jest recesja. Ale mają też niebagatelny wpływ na późniejsze "odbicie", na kształt ścieżki, po której gospodarka wyjdzie z kryzysu. Teoretycznie po zniesieniu formalnych restrykcji gospodarka powinna szybko odbić. Tak było u nas i w wielu innych krajach w maju i w czerwcu. Bo ludzie myśleli, że pandemia mija. Ale trend się załamał w kolejnych miesiącach. Dlaczego?

Bo gdy okazało się, że liczba zachorowań po zniesieniu lockdownu wciąż rosła, dominującą rolę zaczął odgrywać dobrowolny dystans społeczny. A ten powodował, że aktywność ekonomiczna była ograniczana i było to widać już w danych gospodarczych za lipiec.

Popatrzmy na nie - 31 lica było w Polsce 657 zachorowań, a więc już sporo więcej niż w najgorszych dniach pierwszej wiosennej fali. W ostatnim dniu sierpnia - były 502 zakażenia. W lipcu i sierpniu odbicie gospodarcze się zatrzymało, ale jeszcze nie zaczęło się cofać. Ale te liczby są kilkanaście razy mniej niż obecnie.

Tymczasem z analiz MFW wynika, że podwojenie się liczby przypadków powoduje spadek mobilności o 2 proc. Liczba zakażeń w Polsce od końca sierpnia podwoiła się do 19 września. Do końca miesiąca znowu wzrosła o połowę. Skutki będzie widać już w danych gospodarczych za wrzesień. Spadek mobilności nie jest równoznaczny ze spadkiem PKB, ale jednoznacznie zapowiada jego trend.

Analitycy MFW przewidują, że wahania gospodarki będą dotąd, póki ludzie naprawdę nie poczują się bezpiecznie. Dopiero wtedy gospodarka będzie miała szansę, by wyjść z pandemicznej recesji.

"Znaczenie dobrowolnego dystansu społecznego w połączeniu ze skromnym wzrostem mobilności po złagodzeniu lockdownu sugerują, że gospodarki prawdopodobnie będą działać poniżej potencjału tak długo, jak długo utrzymają się problemy zdrowotne" - stwierdza MFW.

Ale polityka publiczna w tej sytuacji nie jest całkowicie bezradna. Może wiele zrobić, żeby ludzie czuli się bardziej bezpiecznie, pomimo zdrowotnego zagrożenia. Choć do czasu wynalezienia skutecznej szczepionki gospodarki będą się raczej czołgać, rządy mogą równocześnie wpływać i na liczbę zachorowań, i na głębokość recesji.  

Jeśli chcą uniknąć szybkiego i surowego lockdownu - co zresztą wydaje się już raczej niemożliwe - powinny zadbać o stworzenie przejrzystych i racjonalnych zasad dla dystansu społecznego. Jak choćby nakaz noszenia masek w przestrzeni publicznej, czy masowe testowanie oraz izolowanie zakażonych.

Powinny wspierać prowadzenie działalności gospodarczej zgodnej z zasadami dystansu społecznego i stwarzać warunki do pracy zdalnej. Chronić zatrudnienie kobiet i ludzi młodych - najbardziej narażonych na zwolnienia. Zapewnić zaufanie co do wydolności systemu ochrony zdrowia, oraz ochronę najsłabszych, w tym pracujących na umowach cywilno-prawnych. Powinny wreszcie chronić pracowników, a nie miejsca pracy.

Walki z pandemią nie rozstrzygnie ułańska szarża, a tym bardziej buńczuczne zapowiedzi, jak to wirusowi ukręcimy łeb. To nie będzie krótka i szybka wojenka. Być może będzie to wojna, która potrwa całe kwartały, a nawet lata. A wraz z nią - recesja.

Jacek Ramotowski

Dowiedz się więcej na temat: lockdown | pandemia | koronawirus | recesja | kryzys gospodarczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »