Reklama

Telenowela LTE bez happy endu

Aukcja LTE, czyli częstotliwości do tzw. szybkiego internetu w telefonach komórkowych zakończyła się skandalem. Albo klienci będą mieć szybki internet w komórce, ale bardzo drogi, albo państwo zapłaci telekomom wysokie odszkodowania.

Do rozstrzygnięcia prowadzonej przez Urząd Komunikacji Elektronicznej aukcji LTE sytuacja na polskim rynku wyglądała tak, że szybki internet w smartfonach na większą skalę mógł oferować jedynie Polkomtel. Bo tylko on miał do tego odpowiednie częstotliwości.

Reklama

Firma Zygmunta Solorza-Żaka, jednego z trzech najbogatszych Polaków, skwapliwie z tego handicapu korzystała. Jednocześnie alarmowała, że Orange i T-Mobile chcą wspólnie zmonopolizować polski rynek, wypychając z niego Polkomtel i Play. Chodziło o spółkę NetWorkS, którą założyły w Polsce Orange i T-Mobile. Owa spółka miała zbudować infrastrukturę do szybkiego komórkowego internetu, z której korzystałyby wspólnie oba telekomy, dzieląc się także przyznanymi im częstotliwościami. Mając razem około 60 proc. polskiego rynku, a także bardzo zasobnych właścicieli, mogłyby dyktować na nim warunki. Podejrzenia Solorza nie były więc bezpodstawne.

Właściciel Polkomtela zwracał przy tym uwagę, że jego spółki telekomunikacyjne w przetargach na kolejne pasma komórkowe są traktowane przez Urząd Komunikacji Elektronicznej jak jedna grupa, ale UKE nie obchodzi się tak samo z T-Mobile i Orange, choć te firmy ściśle ze sobą współpracują. Zygmunt Solorz domagał się więc, żeby wszystkim operatorom przyznać po tyle samo częstotliwości i zapewnić takie same warunki budowy sieci. Pojawiał się nawet postulat, by to państwo lub jedna wskazana przez nie firma wybudowała infrastrukturę do LTE i udostępniała ją na tych samych zasadach wszystkim operatorom komórkowym, którzy chcieliby z niej skorzystać. Nie był to wcale zły pomysł.

Minister zmienia reguły w trakcie gry

Jednak rząd PO-PSL jakoś nie spieszył się, by tę zagmatwaną sytuację uporządkować. Rozporządzenie Ministra Administracji i Cyfryzacji określające zasady aukcji LTE zostało wydane w lipcu 2013 r. Sama aukcja ruszyła jednak dopiero w październiku 2014 r. Niestety, od początku była wadliwie skonstruowana, bo pozwalała, nie określając maksymalnego czasu trwania aukcji, na podbijanie w nieskończoność ofert cenowych za wystawione na sprzedaż częstotliwości. Dlaczego było to niebezpieczne? Po pierwsze groziło tym, że większość częstotliwości zgarną na 15 lat (na taki okres miały być one przyznane) firmy największe i najsilniejsze kapitałowo. Czyli dwa zachodnie, telekomunikacyjne giganty: francuski Orange i niemiecki T-Mobile. One bowiem byłyby w stanie licytować najwyżej. Po drugie, im drożej sprzedano by częstotliwości na LTE, tym droższy musiałby być oferowany przy ich użyciu internet. Bo telekomom nakłady na ich zakup muszą się przecież zwrócić.

Przeciągająca się w nieskończoność aukcja zdawała się potwierdzać te obawy. Na początku września tego roku wylicytowane w przeprowadzonych już rundach aukcyjnych oferty cenowe doszły do rekordowych poziomów. Wtedy ówczesny minister administracji i cyfryzacji, Andrzej Halicki, ogłosił, że zmienia swe rozporządzenie, określające zasady aukcji na LTE. W taki sposób, żeby można ją było zakończyć po 116 dniach aukcyjnych. Decyzja ministra Halickiego wywołała burzę. Zaprotestowały Polkomtel i Play, twierdząc, że to zmiana reguł w trakcie gry. Jeden z udziałowców firmy P4 (Play) zagroził polskiemu rządowi międzynarodowym sądem arbitrażowym. Oba telekomy napisały w tej sprawie list do prezydenta RP, apelując do niego, by zbadał zgodność z konstytucją takiej nowelizacji rozporządzenia ministra administracji i cyfryzacji. Podobne stanowisko, jak Polkomtel i Play, zajęła Rada ds. Cyfryzacji, doradcze ciało resortu administracji, złożone z ekspertów. Stwierdziła ona m.in., że zaproponowane przez ministra Halickiego rozwiązanie jest zbyt ryzykowne. W największym uproszczeniu chodziło o to, że prawomocność w taki sposób zakończonej aukcji można by bez trudu podważyć i na tej podstawie zażądać jej powtórzenia lub odszkodowania. Jednak mimo negatywnego stanowiska Rady ds. Cyfryzacji, minister Halicki nie zmienił swej decyzji. Tym samym, tuż przed wyborami parlamentarnymi, które odbyły się 25 października, aukcja dobiegła końca.

Bez zwycięzców? Bez przegranych?

Jakie były jej wyniki? Wszystkie wystawione na aukcji częstotliwości (łącznie było ich 19) sprzedano za łączną kwotę 9,2 mld zł. Najwięcej wydał Orange, bo aż 3,17 mld zł. W przypadku bloków częstotliwości z zakresu 800 MHz, Orange kupił dwa, a P4, T-Mobile i Netnet (spółka należąca do syna Hieronima Ruty, bliskiego współpracownika Zygmunta Solorza i największego obok niego udziałowca Cyfrowego Polsatu) po jednym. Spośród bloków częstotliwości 2,6 GHz, po cztery kupiły Polkomtel i P4 (Play), a Orange i T-Mobile po trzy. Wynik aukcji był dość zaskakujący, bo na pierwszy rzut oka nie było ani zdecydowanych zwycięzców, ani wielkich przegranych. Choć np. Witold Tomaszewski, szef portalu telekomunikacyjnego Telepolis.pl, przekonuje w jednym ze swych felietonów, że aukcję wyraźnie wygrał Orange, zdobywając "najwięcej pasma za jedną z najniższych cen". Kolejnym wygranym według szefa Telepolis.pl jest Play, ponieważ "też tanio kupił jeden blok, na dwa i tak by nie starczyło mu pieniędzy, a jeden pozwala mu na "bycie w grze" i rozmowie o budowie wspólnej sieci".

Za przegranych z kolei Tomaszewski uważa T-Mobile i grupę Solorza-Żaka. T-Mobile dlatego, że chciał kupić więcej bloków i stać go było na to. Kupił mniej niż zamierzał, a do tego drogo. Tak samo było w przypadku Polkomtela.

Będzie drogo, klient zapłaci podwójnie

Zadowolona z wyniku aukcji była Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Komentując go tak: "Ostateczny rozkład bloków pomiędzy uczestników aukcji w mojej ocenie jest bardzo efektywny i gwarantuje dalszy rozwój konkurencji, której efektem będą zadowoleni klienci. Myślę, że aukcja zakończyła się bardzo dobrym efektem rynkowym, a o to przede wszystkim chodziło. Wynik gwarantuje równowagę i konkurencyjność, zapewnia podmiotom możliwość świadczenia równoważnych usług".

Innego zdania jest Witold Tomaszewski z Telepolis.pl. Twierdzi on, że tak duże sumy wylicytowane podczas aukcji LTE najprawdopodobniej pociągną za sobą pełzające podwyżki cen komórkowego internetu i ewentualnie "obniżenie jakości sieci czy obsługi klienta". Innymi słowy, telekomy gdzieś te wydatki będą musiały sobie odbić i np. ograniczą swe dotychczasowe promocje oraz bonusy, wygaszając chociażby oferty komórkowego internetu bez limitu przesyłu danych.

Mogą sobie próbować to odbić także w inny sposób. Procesując się z państwem polskim o wysokie odszkodowania za zmianę reguł aukcji LTE w czasie jej trwania. T-Mobile już zasugerował, że może na taki proces się zdecydować, pisząc w specjalnym oświadczeniu: "Wysokie ceny pasma 800 MHz stanowią poważne obciążenie dla operatorów, którzy teraz muszą przeznaczyć znaczne środki finansowe na budowę infrastruktury. Analizujemy cały czas przebieg aukcji z uwagi na przyjęte budzące wątpliwości rozwiązania prawne. W zależności od wyników tej analizy oraz dalszego przebiegu czynności w procesie rezerwacyjnym, zastrzegamy możliwość podjęcia niezbędnych kroków prawnych".

Na drugim biegunie jest Orange, który, tak jak UKE, podkreśla m.in., że w wyniku aukcji telekomy rozszerzą zasięg szybkiego internetu w komórce na tereny wiejskie. Orange zasugerował też, że jest gotów podzielić się kupionymi przezeń częstotliwościami z innymi operatorami. Pytanie, na jakich warunkach i czy będzie to tylko, tak jak dotychczas, niemiecki T-Mobile?

Jacek Krzemiński

Dowiedz się więcej na temat: Ale | LTE

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »