Reklama

To nie amerykański dług jest źródłem problemów

Obecny tak zwany "kryzys" skutkuje kolejnymi dziwacznymi decyzjami, u podłoża których leży panika. Reakcje azjatyckich rynków na tak zwany amerykański kryzys zadłużenia sprowadzają się do mieszanki konsternacji i hipokryzji.

Obawa przed efektem domina w regionie idzie w parze z założeniem, że Azjaci w żaden sposób nie przyczynili się do obecnych problemów.

Szczególnie głośno lamentują Chińczycy. Chińskie media strofują rząd USA za uzależnienie od finansowania dłużnego, a państwowa agencja ratingowa Dagong nie tylko dała sygnał do umniejszenia wiarygodności finansowej Stanów Zjednoczonych, ale oznajmiła wręcz, że Waszyngton już jest niewypłacalny.

Tymczasem tak, jak świat zachodni (a przynajmniej tamtejsze banki) walnie przyczynił się do tego, że azjatycki kryzys płynności przekształcił się w kryzys wypłacalności, tak i Azja ignoruje obecnie fakt, że istotą problemu USA jest nie tyle zadłużenie rządu, co utrzymująca się na światowych rynkach nierównowaga handlowa, za sprawą której Ameryka stała się państwem-dłużnikiem. A do zaistnienia tego problemu przyczyniła się właśnie polityka krajów azjatyckich.

Reklama

W świetle standardów wielu państw - w tym także Chin, jeśli do zadłużenia rządu centralnego dodać zadłużenie banków państwowych i administracji lokalnej - zadłużenie rządu USA nie jest jakieś wyjątkowe. O wiele większy jest chociażby dług Japonii, a mimo to jen stał się jedną z bezpiecznych przystani dla tych, którzy uciekają od dolara. W istocie, za amerykański "kryzys" zadłużenia w dużej mierze odpowiadają błazeństwa amerykańskich kongresmenów.

Podstawowym problemem w USA jest nie tyle rozmiar deficytu sektora rządowego, co chroniczny deficyt handlowy, co oznacza, że Waszyngton - inaczej niż Tokio - od jakiegoś czasu był mocno uzależniony od zagranicznych nabywców swojego długu.

Zdolność USA do łatwego zaciągania pożyczek (wynikająca z faktu, że amerykański dolar cieszy się statusem głównej waluty rezerwowej) w połowie tylko wyjaśnia istotę sytuacji. Nikt nie zmuszał Chin, Korei Południowej i innych azjatyckich państw do kupowania amerykańskich papierów dłużnych w takich ilościach. Podobnie, jak nikt nie zmuszał innych państw do ustalania kursu swoich walut w odniesieniu do dolara. Nikt nie zmuszał ich do tego, by starały się uzyskać konkurencyjną przewagę w handlu międzynarodowym, pozbawiając jednocześnie swoich własnych obywateli siły nabywczej na skutek manipulacji walutami. Nikt nie zmuszał ich do przeczekiwania inflacji - mogły podnosić stopy procentowe i pozwolić swoim walutom znacznie zyskać na wartości.

Kurs dolara w stosunku do niektórych azjatyckich walut musi spaść jeszcze bardziej. Tym sposobem Stany Zjednoczone wrócą do równowagi w bilansie handlowym, a kraje wykazujące nadwyżkę będą zmuszone zamienić popyt krajowy na zewnętrzny, chcąc utrzymać wzrost i, na dłuższą metę, zabezpieczyć długoterminową wartość tak dolara, jak i swoich ogromnych zasobów obligacji skarbowych USA.

"Pogróżki" o niekupowaniu tychże obligacji, jeśli Waszyngton nie usprawni działania swojego systemu finansowego, nie są żadnymi pogróżkami. Wartość dolara będzie spadać, ale Fed będzie nadal kupował obligacje, a Chiny i reszta będą musieli znaleźć sobie inne aktywa do kupowania - na przykład obligacje swoich sąsiadów, jeśli sytuacja im na to pozwoli.

Krótko mówiąc obecny tak zwany "kryzys" skutkuje kolejnymi dziwacznymi decyzjami, u podłoża których leży panika.

Koreański rząd wybrał właśnie ten moment, by zakupić złoto po cenie sześć razy wyższej od tej z sierpnia 2001 - i z perspektywą powtórzenia krótkotrwałego rekordu ceny tego kruszcu z 1980 r. (po uwzględnieniu inflacji). Azjatyccy inwestorzy uparcie wierzą, że kraje takie, jak Australia czy Nowa Zelandia to bezpieczne przystanie, nawet jeśli ich zagraniczne zadłużenie (w stosunku do ich gospodarek) jest kilkakrotnie większe, niż zadłużenie USA. Dług zagraniczny Nowej Zelandii wynosi obecnie 130 proc. jej PKB, w przypadku Australii jest to 60 proc. - tymczasem oba te kraje wciąż dostają najwyższe noty od agencji ratingowych, a ich waluty są bardzo mocne mimo wzrostu cen produktów ich eksportowych, który zaowocował deficytem zewnętrznym.

Jednocześnie kursy walut, które powinny być o wiele silniejsze - jak południowokoreański won, dolar tajwański i hongkoński czy chińskie renminbi - są na siłę obniżane.

Chiny mogą sobie ubolewać nad spadkiem wiarygodności kredytowej USA, ale ich własna wiarygodność może zostać sprawdzona tylko wtedy, jeśli otworzą się one na rynek walutowy. Azjatyckie waluty tylko wtedy mogą odgrywać większą rolę w skali globalnej (na której ponoć zależy tym krajom), jeśli handel nimi będzie odbywać się w sposób mniej restrykcyjny. Dotyczy to zwłaszcza transakcji dokonywanych przez tamtejszych obywateli.

Podsumowując, wygląda na to, że recesja lat 2008-2009 była zbyt krótka, by USA i Azja mogły wyciągnąć z niej niezbędne wnioski: u podłoża niestabilności światowych rynków cały czas leży nierównowaga handlowa i polityka walutowa, a także potrzeba regulacji zarówno na rynkach azjatyckich, jak i w Ameryce.

Philip Bowring

New York Times / International Herald Tribune

Tłum. Katarzyna Kasińska

Inflacja, bezrobocie, PKB - zobacz dane z Polski i ze świata w Biznes INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »