Tomasz Prusek: Ceny CO2 biją rekordy. Mamy problem

Po raz pierwszy w historii notowania giełdowe uprawnień do emisji CO2 pokonały psychologiczną barierę 100 euro za tonę, co jest fatalną wiadomością nie tylko dla krajowej energetyki, ale także branż energochłonnych, np. cementowni czy hut. Jeśli taki pochód cen się utrzyma, to grozi nam czarny scenariusz, czyli niekontrolowana dekarbonizacja nadal silnie emisyjnej gospodarki. Z drugiej strony, rząd zarabia krocie na sprzedaży swojej puli uprawnień do emisji...

W cieniu tragicznej wojny na Ukrainie na europejskich rynkach dzieją się rzeczy, które mrożą krew w żyłach niejednemu krajowemu przedsiębiorcy, jeśli firma w procesach technologicznych emituje CO2 lub inne zanieczyszczenia, bo obecnie musi płacić za nie bajońskie sumy, które jeszcze kilka lat temu widziano by raczej w kategoriach science fiction. W mijającym tygodniu notowania uprawnień do emisji CO2 zaliczyły rajd i pokonały chwilowo granicę 100 euro za tonę. Tym samym znalazły się na poziomie wyższym niż przed rozpoczęciem wojny, kiedy kosztowały ok. 95 euro. Warto przypomnieć, że na wieść o inwazji rosyjskiej - na fali paniki giełdowej - potaniały do zaledwie 55 euro.

Reklama

Zatem ani wojna w Ukrainie, ani wcześniej pandemia COVID-19 nie spełniły na dłuższą metę roli hamulca dla notowań CO2, na co po cichu mieli nadzieję zwolennicy odtrąbienia zawieszenia procesu dekarbonizacji europejskiej gospodarki. Używając literackiego porównania z "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego, prawa do emisji CO2 niczym "Chińczyki trzymają się mocno". A właściwie coraz mocniej, mając sobie za nic potężne zawirowania gospodarcze związane z pandemią i geopolityczne z powodu wojny w Ukrainie. Warto przeanalizować przyczyny tak wysokich notowań i określić skutki, jakie może mieć utrzymanie takiej tendencji szczególnie dla Polski, która pomimo ponad trzech dekad transformacji gospodarczej nadal należy w Unii Europejskiej do krajów najmniej zdekarbonizowanych, a symbolem jest z grubsza 70 proc. uzależnienie energetyki od węgla.

System ETS miał przyspieszyć odejście od "brudnej" gospodarki

Europejski system handlu emisjami (ETS) został ponad dekadę temu pomyślany tak, aby prowadził do stopniowego zmniejszania emisji zanieczyszczeń i sprzyjał przestawianiu się ze źródeł wysokoemisyjnych (np. elektrownie węglowe) na nisko- i zeroemisyjne (bloki gazowe, odnawialne źródła energii - OZE, atom). Po co? Unia Europejska jest w awangardzie walki o klimat i nie patrząc na inne państwa (USA, Chiny, Indie) postanowiła wprowadzić własne narzędzie, które będzie motywowało państwa unijne i przedsiębiorców do odchodzenia od emisyjnych form produkcji. Mowa o uprawnieniach do emisji CO2, które obciążają koszty wytwarzania energii i produkcji np. cementu, stali czy nawozów. Bo jeśli ktoś chce to robić w Unii, nikt mu nie zabrania, ale jeśli staje się biznesowo nieopłacalne z powodu dodatkowego kosztu CO2, to najkrótsza droga albo do zaniechania "brudnej" produkcji, albo zainwestowania w modernizację instalacji lub zaopatrzenia w zieloną energię np. z wiatru czy słońca. Taki scenariusz jest łatwy do realizacji, skoro do kosztów ponoszonych np. na spalane paliwa kopalne trzeba doliczyć jeszcze koszty związane z emisjami CO2, które pokrywa się żywą gotówką kupując na giełdach uprawnienia do emisji. Właśnie to narzędzie ma służyć realizacji Europejskiego Zielonego Ładu i zapewnić osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 roku, który jest jednym z podstawowych celów władz unijnych, a europejskie społeczeństwa - co warto podkreślić - generalnie dały im taki mandat podczas ostatnich eurowyborów w 2019 roku, co oznacza, że dekarbonizacja nie jest jedynie wymysłem brukselskich urzędników, lecz ma realne poparcie polityczne.

Patrząc po historii notowań praw do emisji CO2 widać jak na dłoni, że właśnie ich cena determinuje tempo i kierunek dekarbonizacji w Europie. W uproszczeniu: gdy uprawnienia tanieją - spada chęć do przestawiania się na gospodarkę nisko- i zeroemisyjną, gdy drożeją - rośnie. Przedsiębiorstwa niskie koszty CO2 mogą unieść albo przerzucić na kontrahentów i konsumentów, ale wysokie mogą po prostu je wykończyć, czyniąc produkcję nierentowną, a dodatkowo będą mieć problemy z pozyskaniem finansowania w bankach i na rynku kapitałowym, gdzie coraz bardziej niechętnie patrzy się na działalność obciążającą klimat. Dlatego gdy ceny uprawnień przez długie lata oscylowały wokół poziomu 4-6 euro za tonę, motywacja do dekarbonizacji gospodarek była - można zaryzykować twierdzenie - prawie zerowa.

Skokowy wzrost cen CO2

Sytuacja zmieniła się diametralnie od połowy 2017 roku, kiedy notowania zupełnie jakby dostały "siedmiomilowych butów" i doszły do obecnego poziomu ok. 100 euro za tonę. Z grubsza dwudziestokrotny skok notowań można by traktować spekulacyjnie z przymrużeniem oka (według zasady: "ktoś zarobił, ktoś stracił"), ale tutaj nie chodzi tylko o czystą spekulację lecz przemożny wpływ notowań na konkurencyjność gospodarek, a co jeszcze ważniejsze - dobrobyt całych społeczeństw. Mechanizm widać szczególnie w okresie kryzysu energetycznego na skutek pandemii COVID-19 i wojny w Ukrainie, kiedy oszalały ceny energii nie tylko dla przemysłu, ale i gospodarstw domowych. Kto potrafi zapewnić energię nie obciążoną "śladem węglowym" np. z atomu czy wiatru, ten zapewnia ją tańszą niż z siłowni opalanych węglem kamiennym, brunatnym czy gazem ziemnym. Sęk w tym, że z powodu sankcji nałożonych na Rosję mamy przynajmniej chwilowy powrót do wytwarzania energii z węgla (na rynku jest mniej gazu) i zwiększone zapotrzebowanie właśnie z tego źródła, co przekłada się na większy popyt na uprawnienia. Jednak skala wzrostu notowań CO2 (15 proc. w skali miesiąca) jest tak duża, że ten realny wzrost zapotrzebowania bardziej wygląda na pretekst do nasilonych działań spekulacyjnych.

Dlatego w obliczu kryzysu energetycznego ceny uprawnień do emisji stają się nie tylko problemem ekonomicznym, ale również politycznym, ponieważ wyborcy mogą rozliczać polityków z drogiej energii. Stąd na forum unijnym debata na temat przyszłości i reformy systemu ETS, która jednak jest dość jałowa i nie przynosi na razie przełomowych efektów. W państwach jak Polska, patrzących z przerażeniem na szybujące ceny CO2, pojawiają się głosy o konieczności zawieszenia systemu ETS, albo ograniczenia roli lub wręcz wyeliminowania inwestorów finansowych z giełd, gdzie handluje się uprawnieniami. Według zasady, że powinni być tam obecni tylko ci uczestnicy, którzy realnie potrzebują uprawnień, bo np. produkują energię, cement czy stal, a nie fundusze inwestycyjne zainteresowane wyłącznie w zarabianiu na różnicy cen instrumentów finansowych, bo za takie kilka lat temu uznane zostały uprawnienia do emisji CO2. Dla funduszy spekulacja CO2 to spekulacja jak każda inna, dla firm realnie potrzebujących CO2 do swojej podstawowej działalności to kwestia biznesowego życia i śmierci. Niemniej można obrazowo powiedzieć, że skoro finansowy lis został wpuszczony do kurnika, to bardzo trudno będzie go stamtąd się pozbyć, tym bardziej, że Bruksela zdaje się bagatelizować także spekulacyjny charakter rynku CO2, a podejrzenia manipulacji cenami nikt się jeszcze nie dopatrzył. Akurat taka postawa mało dziwi, wszak rękami instytucji finansowych tak naprawdę załatwiana jest sprawa dekarbonizacji gospodarek unijnych.

Przyspieszona dekarbonizacja? Nie wszyscy to wytrzymają

Podstawowym problemem jest jednak szaleńcze tempo, jakie narzuca dekarbonizacja pod dyktando notowań giełdowych. Owszem, prognozowano, że notowania dojdą do granicy 100 euro za tonę, ale dopiero... w okolicach 2030 roku. Zatem można powiedzieć, że przy takim tempie wzrostu cen i rozminięciu się z nawet najbardziej wyśrubowanymi prognozami "sky is the limit", a rynek będzie zdany na łaskę i niełaskę inwestorów finansowych i polityki podaży uprawnień. Co dalej? Pojawiają się głosy, że notowania mogą dojść do granicy 150 euro, i to wcale nie w 2030 roku, ale już w przyszłym, co oznaczałoby dla wielu sektorów naszej gospodarki łabędzi śpiew. Dlatego debata polityczna o reformie rynku ETS powinna przynieść konkretne rozwiązania, bo inaczej konkurencyjność naszej gospodarki stanie pod wielkim znakiem zapytania, a dla konsumentów oznaczać będzie jeszcze droższą energię, a co za tym idzie - presję inflacyjną. To bardziej niż pilna sprawa także w kontekście jak na razie nie zagrożonych planów wprowadzenia systemu ETS-2 (od 2027 r.), czyli objęcia handlem emisjami także budynków i transportu drogowego odpowiadających za 40 proc. emisji ("stary" system ETS dotyczy jedynie energetyki i przemysłu i odpowiada za drugie 40 proc. emisji CO2 w UE). Zatem uprawnień będą potrzebować także np. producenci i importerzy paliw, czy dostawcy ciepła do budynków. Co prawda dla ETS-2 wbudowano bezpiecznik w postaci maksymalnej ceny uprawnień (45 euro), ale zobaczymy jak będzie on działać w praktyce.

Oczywiście można by w tym miejscu wiele napisać o politycznych zaniechaniach w Polsce jeśli chodzi o dekarbonizację, bo obiektywnie rzecz biorąc w dużej mierze jesteśmy sami sobie winni, że gospodarka nadal jest tak bardzo emisyjna. Przez lata karty rozdawało mocne politycznie lobby węglowe, a rozwój OZE został zahamowany przez nieszczęsną ustawę odległościową tzw. 10H. Niemniej obecnie kurs 100 euro za tonę CO2 stał się faktem i zamiast rozliczać za polityczne dekarbonizacyjne zaniechania i błędy warto się zastanowić jakie podjąć działania, aby trend wzrostu cen zahamować albo... przyśpieszyć dekarbonizację. Tym bardziej, że mamy się trwale uniezależnić od rosyjskich węglowodorów nie po to, aby kupować je gdzie indziej, ale aby kupować ich jak najmniej.

Na koniec warto wspomnieć jeszcze o jednej sprawie, która w oficjalnym przekazie krytykującym Unię Europejską za politykę klimatyczną i system ETS jakoś dziwnie jest pomijana. Otóż rząd co roku zarabia grube miliardy złotych na sprzedaży swojej puli uprawnień na giełdach, tym samym korzystając pełnymi garściami z bardzo wysokich notowań. Zatem nie jest wcale tak, że tylko wykładamy w Polsce na zakupy uprawnień do emisji CO2, bo do drugiej kieszeni płyną miliardy złotych. Tym więcej, im droższe są uprawnienia...

Tomasz Prusek
publicysta ekonomiczny
prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu przedstawia własne opinie

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Zobacz także:

Felietony Interia.pl Biznes

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »