Reklama

Turystyka. Hotel, pensjonat, camping czy letni obóz?

Krajowa branża turystyczna otworzyła się na klientów w nowej, pandemicznej rzeczywistości. Już teraz widać, które formy wypoczynku cieszą się największą popularnością, a przed kim jeszcze daleka droga do normalności. Jakie zatem będą tegoroczne wakacje?

Hotel, pensjonat, camping czy letni obóz? Turyści już "zagłosowali", rezerwując urlopowe wyjazdy. Poziom zainteresowania ofertą wypoczynkową jest duży, ale zróżnicowany. Kto może czekać na zyski, a kto liczyć straty?

Kłopoty hotelarzy

Reklama

W ciągu pierwszych dwóch tygodni od zniesienia restrykcji dla hotelarzy, otworzyła się niespełna jedna czwarta hoteli w Polsce. - W większości przypadków hotele planują rozpocząć przyjmowanie gości na przełomie maja i czerwca i przed długim weekendem czerwcowym - mówi Interii Marek Łuczyński, prezes Polskiej Izby Hotelarstwa.

Sytuacja jest bardzo trudna i przedstawia się odmiennie w zależności od rodzaju hotelu. - W przypadku hoteli typu wellness i spa czy medical spa brak możliwości korzystania z działu spa wstrzymywał przed rozpoczęciem działalności. Są to w zdecydowanej większości hotele pobytowe poza dużymi aglomeracjami miejskimi i trudno sobie wyobrazić, żeby klient przyjechał tylko po nocleg, bo jedzie tam po usługę - wskazuje Łuczyński. Jak dodaje, w tragicznej sytuacji znalazły się także hotele konferencyjne i eventowe, które nie otworzą się na indywidualnego gościa.

Beneficjentami kryzysu mogą być za to aparthotele i condohotele, które łączą w sobie cechy apartamentu i hotelu, a są przy tym wyposażone w aneks kuchenny. - Człowiek inwestuje w lokal, ma określoną stopę zwrotu, może się zatrzymać w swoim apartamencie na kilka tygodni, a przez resztę roku jest on wynajmowany gościom - wyjaśnia prezes PIH. I dodaje, że deweloperzy intensywnie wypychają tego typu inwestycyjne na rynek, a w samym kwietniu ukończono ich około dziesięciu na terenie całego kraju. - Kwestia najmu krótkoterminowego to wróg tradycyjnych hoteli. Tradycyjne hotele w starciu z takimi obiektami mogą być teraz na straconej pozycji - mówi Łuczyński. Beneficjentami mogą czuć się także właściciele kwater prywatnych i agroturystyki. To kierunek, który - zdaniem prezesa PIH - może dobić tradycyjne hotelarstwo.

Z perspektywy hotelarzy bardzo istotny jest również termin otwarcia granic, bo część obiektów bazuje na klientach przyjezdnych. - To na przykład Karkonosze, rejon Kołobrzegu, Międzyzdrojów, gdzie 80-90 proc. to klient niemiecki. Więc jeżeli kraje ścigają się teraz na otwieranie granic, a Polska nadal będzie zamknięta, to ci klienci - na przykład na południu - mogą wybrać ofertę czeską, a nie polską. Już są takie sygnały od grup turystów niemieckich. Kto pierwszy ten lepszy - ostrzega Łuczyński.

Szykuje się wojna cenowa

Jednym z ważnych aspektów działania branży hotelarskiej będzie teraz zapewnienie bezpieczeństwa sanitarnego, co w praktyce może nastręczać pewnych trudności. - Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo, to hotelarze niestety nie mają możliwości prawnych kontrolowania swoich klientów. Nie mogą wylegitymować gości, którzy siedzą przy stoliku i sprawdzać, czy są oni rodziną albo mieszkają razem. Hotelarz nie jest policją, ani strażą miejską. Nie może nakazać się rozejść, może co najwyżej sugerować - wskazuje Łuczyński. Jak podkreśla, hotelarze nie mają argumentów prawnych, żeby egzekwować restrykcje sanitarne. - Można ułożyć swój prywatny regulamin dla hotelu, ale jeżeli będzie on bardzo restrykcyjny, to pojawia się ryzyko, że klient wybierze inny hotel, którego wewnętrzny regulamin nie posiada mocnych obostrzeń. Jeżeli ktoś nie nosi maseczki, nie zachowuje dystansu, to hotelarz ma go wygonić? Nie jest to unormowane - wskazuje prezes PIH.

Problemem dla branży może okazać się także wojna cenowa, do której - zdaniem Łuczyńskiego - dojdzie, a nawet już dochodzi. - Wydaje się, że wcześniejsza solidarność pomiędzy hotelarzami, nie będzie respektowana. Wiele hoteli będzie dawało bardzo zaniżoną ofertę cenową. Dla klienta to jest dobre, ale hotelarze muszą skalkulować, czy to jest odpowiednie zachowanie. Oni też są pod ścianą, muszą spłacać kredyty, płacić pracownikom. Na pewno na tym polu pojawi się walka o klienta - wyjaśnia. I dodaje, że już teraz jedna z większych grup sieciowych hoteli w Polsce ogłosiła, że obniży swoją ofertę cenową o ponad 40 proc.  - Ci więksi mogą na to sobie pozwolić, a mały rodzinny hotelarz niekoniecznie. Tutaj chodzi o zachowanie podaży, bo nie wiadomo, ile hoteli przetrwa ten kryzys. Bo popyt będzie - ocenia prezes PIH.

Właśnie dlatego Polska Izba Hotelarstwa pracuje nad rozwiązaniem, które ma być deską ratunkową dla hoteli. - Dostrzegamy możliwość pomocy dla hoteli, poprze stworzenie wewnętrznego, internetowego portalu rezerwacyjnego, który ominie pośredników hotelarskich, którzy zbierają haracze od hotelarzy. Za każdą transakcję taki pośrednik bierze nawet kilkanaście procent. Chcemy zaoferować nonprofitowe rozwiązanie i stworzyć platformę rezerwacyjną dla polskich hoteli bez konieczności ponoszenia przez hotelarzy opłat za reklamę i dokonane na platformie rezerwacje. Teraz szukamy finansowania - mówi Łuczyński.

Oblężenie campingów

Nowe zwyczaje turystyczne mogą okazać się motorem rozwoju dla campingów. Zwłaszcza, że klienci szukają wypoczynku blisko natury, a obostrzenia okazały się mniej restrykcyjne niż przewidywano.  - Na początku wydawało się, że będzie gorzej niż jest w chwili obecnej. Zajęte miało być co drugie miejsce postojowe na campingu i obowiązywać miały ostrzejsze reżimy przebywania. Teraz okazuje się, że nie ma takiego problemu. Zajęta może być każda parcela pod warunkiem, że przebywają na niej członkowie rodziny. A więc jedna parcela - jedna rodzina - wyjaśnia Interii Sebastian Klauz, redaktor naczelny portalu Polski Caravaning i wiceprezes Stowarzyszenia Polska Grupa Caravaningowa.

Obowiązują jednak pewne obostrzeni dotyczące na przykład sanitariatów. Wykorzystywany może być co drugi prysznic, umywalka czy toaleta. W recepcji może przebywać tylko jedna osoba, a na całym campingu tylko osoby zarejestrowane na recepcji. Nie ma imprez wewnątrz obiektów, na przykład na salach bankietowych, ale mogą się odbywać pikniki, ogniska czy spływy kajakowej. Oprócz tego obowiązują takie same zasady i obostrzenia jak w przestrzeni publicznej.

Zainteresowanie turystów jest ogromne. - Od 4 maja campingi przeżywają istne oblężenie w rezerwacjach. Ludzie zaczęli przyjeżdżaj już w pierwszy weekend po zniesieniu obostrzeń. Uważam, że w tym roku campingi będą się cieszyć olbrzymią popularnością - ocenia Klauz. Jak dodaje, z tym wiąże się pewne zadanie, które pojawiło się przed właścicielami campingów. - Trzeba je odpowiednio przygotować, aby klienci zostawili sobie dobre wspomnienia na przyszły rok. Dużo zależy od tego jak campingi przygotują się na zupełnie nowych klientów - mówi.

W Polsce mamy ok. 230 kategoryzowanych campingów i ok. 450 obiektów campingowych. Ale to nie wszystko. - Są też miejsca postojowe dla kamperów, gdzie można stanąć na noc, czasami podłączyć się do prądu, dokonać serwisu kampera. Sieć takich miejsc postojowych w Polsce jest teraz na etapie tworzenia. Obecnie jest ich kilkadziesiąt, ale szacujemy, że w przyszłości będzie ich około tysiąca. To coś co odciąża camping, kiedy ktoś przejeżdża przez dany region - tłumaczy Klauz. I dodaje, że teraz sieć postojowa może zacząć się zdecydowanie szybciej rozwijać.

Co z tymi, którzy chcieli wyjechać na camping do innego kraju? Na razie granice są zamknięte, ale turyści nie zapomnieli o ulubionych kierunkach podróży. W przypadku Polaków były to campingi we Włoszech, Chorwacji, Francji i Hiszpanii. - Wydajemy katalog campingów z kartą rabatową, która jest wykorzystywana po sezonie. I ten katalog cieszy się dużym zainteresowanie, co świadczy o tym, że Polacy myślą o tym, żeby w późniejszym okresie odwiedzać zachód i południe Europy. W Chorwacji i we Włoszech campingi są już otwarte. Jeżeli sytuacja pandemiczna się wyklaruje, na pewno turyści również wyruszą w te rejony, ale musi być wyraźny sygnał, że jest bezpiecznie. My rekomendujemy polskie campingi i pozostanie w Polsce ze względów bezpieczeństwa - mówi Klauz.

Kolonie mogą podrożeć

Zainteresowanie obozami dla dzieci jest mniejsze niż w poprzednich latach, ale nadal nie wygasło. Decyzja rządu na temat tego, co z letnimi koloniami powinna zapaść w ciągu najbliższych dwóch tygodni. - Trochę późno ten komunikat ma się pojawić - mówi nam organizator letnich obozów dla dzieci, który chce pozostać anonimowy.

Jak dodaje: - Klienci pytają o to, czy obozy będą się odbywać. Na razie nie ma jeszcze zapytań o ich formę. Ciężko przygotować się konkretną ofertę, kiedy nie wiemy, co tak naprawdę okaże się koniecznie. Pojawiają się informacje o możliwych ograniczeniach ilości dzieci na metry kwadratowe czy o dzieleniu dzieci na grupy podczas posiłków, ale na razie nie wiemy, jakie będą zasady. Otrzymujemy wytyczne ze stowarzyszeń turystycznych, ale ostateczną decyzję o tym jak będzie wyglądało to lato, będziemy podejmować po decyzji ministra. 

Spadku cen obozów i kolonii dla dzieci i młodzieży nie należy się spodziewać. - To będą wręcz podwyżki a nie obniżki cen, jeżeli pojawią się ograniczenia ilościowe, bo tym samym wzrośnie koszt na jednego uczestnika - mówi organizator obozów.

Dominika Pietrzyk

HOTELE OTWARTE W PEŁNI

Dowiedz się więcej na temat: turystyka | hotele | pensjonaty | camping

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »