Reklama

Unijna gra w zielone: Polska potrzebuje daty odejścia od węgla

Komisja Europejska przedstawiła propozycję zwiększenia celu redukcji emisji CO2 do 2030 roku z obecnych 40 proc. do 55 proc. w stosunku do roku 1990. Polskie Ministerstwo Klimatu przyjęło propozycję Ursuli von der Leyen "z niepokojem", wskazując, że nie są znane skutki takiego działania dla gospodarek i społeczeństw poszczególnych państw członkowskich. Czy Polska jest w stanie sprostać ambicjom klimatycznym Komisji Europejskiej?

- Propozycja Ursuli von der Leyen to element "negocjacji presji", normalnie stosowany w negocjacjach, w których stroną jest Komisja Europejska. Ma to na celu poprawienie pozycji negocjacyjnej KE. Możemy założyć cel nawet 100 proc. redukcji, ale trzeba wziąć pod uwagę ryzyka, które się z tym wiążą. Sytuacja sprzed wystąpienia pandemii była inna niż ta obecna. Należałoby bardzo dokładnie zbadać poziom ryzyka takich działań - ocenia dr Krzysztof Księżopolski, prezes Instytutu Badań nad Bezpieczeństwem, Energią i Klimatem. - Według mnie jest tak dużo ryzyk i niewiadomych, że obecnie Polska nie jest w stanie sprostać podwyższonemu celowi redukcji. Żeby sprostać takiemu poziomowi redukcji, to w Polsce trzeba byłoby dokonać rewolucji - dodaje.

Reklama

Zdaniem Ilony Jędrasik, kierowniczki Projektu Polska Energia w Fundacji ClientEarth, Prawnicy dla Ziemi, Polska jest w stanie osiągnąć cel redukcji emisji do 55 proc. w 2030 roku, gdyby mądrze wykorzystała środki unijne i zdecydowała się na wyznaczenie daty odejścia od węgla. - Właściwy moment to 2030 rok. To będzie wymagało pewnego wysiłku, ale pod koniec lat 20. węgiel i tak będzie już dużym obciążeniem dla firm energetycznym. Rozumiem niepokój górników i dylematy stojące przed regionami górniczymi, ale możliwości transformacji energetycznej są teraz większe niż kiedykolwiek i środki, które otrzyma Polska powinny być wykorzystane na transformację regionów górniczych - wskazuje ekspertka.

Węgiel się nie opłaca

Jak wyjaśnia Ilona Jędrasik, cel redukcji emisji do 55 proc. dotyczy nie tylko polskiej gospodarki, ale całej Unii Europejskiej. Oznacza to, że jeżeli chodzi o system handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS), który obejmuje obecnie energetykę, przemysł, lotnictwo, a niebawem obejmie transport i budownictwo, ten cel będzie taki sam dla wszystkich emitentów. Jeżeli chodzi o sektory non-ETS, czyli nieobjęte systemem handlu uprawnieniami, np. rolnictwo i odpady, to ten cel może być łagodniejszy dla Polski, tak jak było przy ustalaniu celu na 2020 rok i aktualnego celu na 2030 rok. - Komisja Europejska daje tutaj Polsce pewne ulgi ze względu na zapóźnienie technologiczne - mówi Jędrasik.

- Nie zmienia to jednak faktu, że Polska nie może wiecznie grać na taryfie ulgowej - dodaje. I wskazuje, że mamy bardzo dużo niepotrzebnych emisji, które nie tylko nie przynoszą korzyści gospodarczych i poprawy jakości życia, ale wręcz odwrotne skutki. Polski sektor elektroenergetyczny jest drugim, po estońskim, najbardziej emisyjnym w Europie, a niedługo znajdzie się na pierwszym miejscu, bo Estonia zobowiązała się do redukcji emisji o 70 proc. w ciągu nadchodzącej dekady. Jest także dwukrotnie bardziej emisyjny niż średnia światowa. To efekt udziału węgla w miksie energetycznym, który odpowiada za wytwarzanie 70 proc. energii elektrycznej.

Według szacunków Centrum Analiz Klimatyczno-Energetycznych, podwyższenie celu redukcji emisji do 55 proc., podniesie ceny za jednostkę CO2 w systemie EU ETS do 71 euro. W tej chwili ceny te przebiły 30 euro. - To jest poziom, przy którym żadna polska elektrownia oparta na węglu nie będzie opłacalna. Firmy energetyczne dobrze o tym wiedzą, dlatego sygnalizują zamiar odejść od węgla. Zdecydowanie bardziej opieszały jest rząd, który nie wyznacza jasno kierunku, w jakim powinny iść zmiany - ocenia Ilona Jędrasik.

Redukcje w innych sektorach

Węgiel staje się surowcem nieopłacalnym nie tylko ekonomicznie, ale także ze względu na koszty społeczne, np. zanieczyszczenie środowiska, czy negatywny wpływ na jakość powietrza - Żeby przyspieszyć odejście od węgla, Komisja Europejska przygotowała Fundusz Sprawiedliwej Transformacji, w ramach którego Polska może otrzymać 3,5 mld euro na transformację energetyczną w perspektywie budżetowej 2021-2027 - podkreśla ekspertka ClientEarth Polska.

- Przy tej skali redukcji emisji rezygnacja z węgla nie załatwi sprawy - ocenia Krzysztof Księżopolski. Jak wyjaśnia, to czy Polska byłaby w stanie sprostać podwyższonemu celowi redukcji emisji, zależy od kilku czynników: od tego jak szybko dokonywałyby się zmiany, jak również od tego, czy Polska będzie posiadać odpowiednie technologie i czy będzie w stanie przezwyciężyć bariery związane z OZE. - Część obszarów redukcyjnych nie ma odpowiednich technologii - mówi Księżopolski i wskazuje, że chodzi tu także redukcje emisji w transporcie, czy w ciepłownictwie.

Na problem emisji w transporcie i ciepłownictwie zwraca uwagę również Ilona Jędrasik. - Transport może być wydajniejszy pod warunkiem, że postawimy na rozwój kolei, promocję transportu rowerowego w miastach oraz na zmianę jakości silników, co wiąże się z elektryfikacją w transporcie publicznym i indywidualnym. Ostatni sektor, który wymaga zmian, to ciepłownictwo i konieczność wymiany pieców - wskazuje.

Alternatywne rozwiązania

Na nową propozycję Komisji Europejskiej w zakresie redukcji emisji CO2 można spojrzeć szerzej. - Jeżeli Komisja Europejska dąży do tego, żeby podnieść cel redukcji emisji, a następnie ograniczyć wypłatę środków dla Polski w związku z mechanizmem praworządności, to jest to być może chęć wypchnięcia Polski z UE przez najsilniejsze państwa. A Komisja jest tu narzędziem, bo Polska stała się zbyt mocnym graczem gospodarczym dla Niemiec i Francji - mówi Księżopolski.

Jego zdaniem, propozycja Ursuli von der Leyen może doprowadzić do budowy Europy wielu prędkości i w tym kontekście, to nie jest dobry pomysł, bo najważniejszą sprawą jest teraz utrzymanie jedności Unii Europejskiej w obliczu wyzwania, jakim jest pandemia koronawirusa. - Pytanie, na ile te propozycje doprowadziłyby do tego, że Europa byłaby podzielona. Na koniec dnia my wszyscy zapłacilibyśmy za to rachunek - ocenia ekspert. Jak dodaje, chwalebne jest to, że Komisja Europejska dba o klimat i chce redukcji emisji, ale w takim wypadku, dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie podatku od śladu węglowego dla każdego Europejczyka, którego wysokość zależałaby od poziomu konsumpcji.

- Przed ogłoszeniem tak dalekosiężnych propozycji, warto byłoby wrócić do wcześniejszych pomysłów zbudowania wspólnego, europejskiego rynku energii elektrycznej i gazu oraz zwiększenia upodmiotowienia obywateli na rynku energii, mianowicie zwiększenia konkurencji na rynku energii - podsumowuje Księżopolski.

Dominika Pietrzyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »