Reklama

Wielkie pieniądze leżą na murawie

Aż strach pomyśleć, jakie byłyby konsekwencje, gdyby okazało się, że polskie kluby piłkarskie, związek je zrzeszający, a być może nawet sama UEFA muszą się stosować do obowiązującego prawa - pisze w dzisiejszym newsletterze Businesstoday.pl Bartłomiej Mayer, dziennikarz "Bloomberg Businessweek Polska".

Brazylia nie leży w Europie. Gdyby leżała, zajmowałaby ponad cztery piąte kontynentu i niewiele miejsca pozostałoby na inne kraje. Również Japonia nie znajduje się na Starym Kontynencie (nie znajduje się zresztą na żadnym innym kontynencie, jest bowiem krajem wyspiarskim). Ergo ani Brazylia, ani Japonia nie leżą na terytorium Polski.

Niektórym przytoczone powyżej fakty mogą być znane. Wydaje mi się jednak, że nie wszystkim. W szczególności niewiele o położeniu Brazylii i Japonii, a być może także Polski, może wiedzieć Grzegorz Lato (choć odebrał staranne wykształcenie w Szkole Trenerów PZPN). Do wysnucia takiego wniosku skłania mnie reakcja wyżej wymienionego na zapowiedź rozegrania we Wrocławiu towarzyskiego meczu pomiędzy Brazylią a Japonią właśnie. Szef Polskiego Związku Piłki Nożnej (zwracam uwagę głównie na pierwszy człon nazwy tej organizacji) uznał, że to do niego należy ostatnie słowo w tej kwestii, i postanowił zablokować możliwość zorganizowania przez Wrocław spotkania obu zagranicznych reprezentacji.

Reklama

Powodów może być kilka. Po pierwsze, władze stolicy Dolnego Śląska, organizując spotkanie pięciokrotnych mistrzów świata z czterokrotnymi mistrzami Azji, mogłyby się przyczynić do popularyzacji piłki nożnej w naszym kraju. Tym samym wkroczyłyby bezczelnie na poletko PZPN, bowiem jednym z zadań związku jest właśnie popularyzowanie tej dyscypliny.

Po drugie, Wrocław dzięki zorganizowaniu międzykontynentalnego meczu mógłby również poszerzyć wiedzę o naszym kraju w futbolowym świecie. A w tej dziedzinie PZPN ma przecież absolutny monopol.

Jest zatem oczywiste, że Grzegorz Lato poczuł się jednocześnie urażony, obrażony i zagrożony. Najpewniej właśnie to było powodem jego zdenerwowania, któremu dał wyraz, mówiąc, że "musi sprawę przemyśleć". Termin 16 października, kiedy miałby się odbyć ów mecz, może być w tej sytuacji zagrożony.

Jest jeszcze powód trzeci i - być może - najważniejszy: miasto organizujące spotkanie Brazylia-Japonia mogłoby na tym zarobić, a co najgorsze, PZPN nie miałby nad tym żadnej kontroli. O ile na kwestie popularyzacji futbolu w Polsce i Polski w świecie futbolu związek mógłby przymknąć oko, o tyle w sprawach finansowych nie może sobie na to pozwolić. Prawdziwie wielkie pieniądze leżą przecież na murawie. To naprawdę mogłoby zachwiać pozycją nie tylko samego PZPN, ale także UEFA.

Jakie byłyby tego konsekwencje, aż strach pomyśleć. Mogłoby się np. okazać, że polskie kluby piłkarskie, związek je zrzeszający, a być może nawet sama UEFA muszą się stosować do przepisów prawa.

Być może regulamin rozgrywania meczów podczas mistrzostw Europy byłby oparty na zgodnych z prawem zasadach (UOKiK, sprawdzając reguły dotyczące EURO 2012, naliczył się aż 25 tzw. klauzul niedozwolonych i dlatego pozwał UEFA). Być może UEFA musiałaby wziąć na siebie odpowiedzialność np. za to, że sprzedawane przez nią bilety trafią do nabywców z opóźnieniem. Być może kluby piłkarskie musiałyby oddawać posiadaczom karnetów pieniądze za odwołane mecze.

Jestem pewien, że gdyby do tego wszystkiego doszło, swoją działalność zalegalizowałyby niedługo potem także włoska Cosa Nostra i japońska Yakuza.

Opr. KM

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »