Reklama

Wiemy kto zapłaci za "piątkę Kaczyńskiego"

Za spełnienie obietnic wyborczych PiS zapłacą oświata, nauka i badania. Tylko czekać, aż rząd podniesie kolejne podatki, żeby sfinansować nową "piątkę" zapowiedzianą niedawno przez prezesa PiS - uważają ekonomiści FOR. To uniemożliwi reformę systemu podatkowego i obniżki podatków tam, gdzie to konieczne.

Skąd wiemy, jakie rząd ma plany podnoszenia podatków. Mówi o tym Wieloletni Plan Finansowy Państwa. Rząd musi co roku sporządzać taki plan na trzy lata w przód i przedstawiać go Komisji Europejskiej, żeby zapewnić, że zamierza przestrzegać dyscypliny w finansach publicznych i nie będzie łamać wspólnotowych traktatów.

- Wieloletni Plan Finansowy Państwa pokazuje, jak naprawdę będzie finansowana "piątka Kaczyńskiego" - powiedział na konferencji prasowej główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju Aleksander Łaszek.

Reklama

Przyjrzyjmy się najpierw, co dla finansów państwa może znaczyć spełnianie obietnic przez PiS. Jak pamiętamy, w kampanii wyborczej idąca do władzy partia rozrzucała je na prawo i lewo. Miało być 500 zł na każde dziecko, obniżka wieku emerytalnego, darmowe leki dla seniorów, przewalutowanie kredytów we frankach po kursie z dnia ich zaciągnięcia, podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł, obniżka podatku VAT do 22 proc.

Większości tych obietnic PiS nie spełnił, bo być może zrozumiał, że rozsadziłyby one finanse publiczne nawet wtedy, gdy gospodarka zbliżała się do szczytu koniunktury. W 100 proc. zrealizował tylko obniżkę wieku emerytalnego, być może dlatego, że wiadomo, iż największe jej koszty poniesie nasze społeczeństwo dopiero w przyszłości.

Znakomita koniunktura i powściągliwość w dotrzymywaniu słowa przez rządzących spowodowały, że deficyt finansów publicznych spadł w 2018 roku do 0,4 proc. PKB. Gdyby obietnice zrealizowano w całości byłby o ok. 30 mld zł, czyli ok. 1,5 proc. PKB większy. I to nie licząc "pomocy" dla zadłużonych we frankach. Ta - w proponowanych dotąd przez polityków wersjach - dla polskiego systemu finansowego byłaby katastrofą.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński rzucił w lutym na stół nową stawkę, mająca zapewnić partii utrzymanie władzy w jesiennych wyborach parlamentarnych. Na "piątkę" składają się 500 zł już na każde dziecko, uchwalona już "trzynasta" emerytura, "zerowy" PIT dla zatrudnionych poniżej 26. roku życia, obniżka podatku od dochodów osobistych z 18 do 17 proc. i podniesienie kosztów uzyskania przychodu dla pracujących. Szacunki mówią, że będzie kosztowała budżet ok. 40 mld zł w przyszłym roku.

Dodajmy, że PiS z nową "piątką" postępuje podobnie jak z poprzednimi obietnicami. Bo "trzynasta" emerytura ma być wypłacona tylko w tym roku. W ten sposób "piątka" zamienia się właściwie w "czwórkę". W dodatku emerytury dla żołnierzy mają być płacone z budżetu MON, a więc z pieniędzy zaplanowanych na czołgi i haubice. Partia stara się tu i ówdzie na obietnicach zaoszczędzić.

To tylko w małym stopniu zmienia fakt, że nowe i wcześniejsze obietnice się kumulują. Już wcześniej PiS nie ukrywał, że podatki będzie podnosił. Wprowadził na przykład podatek bankowy, próbował opodatkować sklepy. O tym mówiono głośno, ale wiele podwyżek wprowadzano po cichu. Tak na przykład było z zamrożeniem skali PIT.

- Zamrażanie progów PIT, podatek bankowy przy dobrej koniunkturze pozwoliły "zmieścić" wydatki bez destabilizacji finansów publicznych - mówił Aleksander Łaszek.

Do tego rząd PiS oczywiście ograniczał wzrost płac w całej budżetówce, czego skutkiem były jesienią masowe "zwolnienia lekarskie" policjantów, a teraz strajk nauczycieli. Ciął też inne wydatki. Na szkolnictwo wyższe oraz na badania w latach 205-2017 wydano mniej o 0,3 proc. PKB od planów, a na inwestycje publiczne o 0,7 proc. mniej.

- Do tej pory rząd ograniczał wydatki na inne cele - mówił Aleksander Łaszek.

Tak będzie dalej, z tym tylko, że skoro przybywa obietnic, cięcia innych wydatków muszą być jeszcze większe, a podatki wyższe - mówią ekonomiści FOR. Według ich wyliczeń kumulacja realizowanych już zapowiedzi z kampanii wyborczej (ale bez pomocy dla frankowiczów) oraz nowej "piątki" będzie kosztować 50,8 mld zł w 2020 roku.

Część finansowania da się zebrać z uszczelniania systemy podatkowego i cichych podwyżek podatków, jak do tej pory.

- Granicą miedzy uszczelnianiem a podwyżkami podatków jest płynna. Działania czysto uszczelniające dadzą w 2020 roku ok. 11,6 mld zł dochodów, a ok. 16,2 mld zł stanowią różne podwyżki - powiedział Aleksander Łaszek.

To jednak nie wystarczy. W Wieloletnim Planie Finansowym Państwa rząd zakłada, że duża część wydatków wzrośnie tylko w tym, wyborczym roku. Tak jest np. z "trzynastą" emeryturą, czy też minimalny wzrostem wynagrodzeń w budżetówce. W kolejnych latach wydatki na oświatę, policję, naukę mają systematycznie spadać.

Na pierwszej linii frontu płacących za spełnianie "obietnic" będą więc pracownicy sektora publicznego - wynika z WPFP. Fundusz płac w sferze budżetowej ma w tym roku wzrosnąć do 10,2 proc. PKB, w przyszłym roku zmniejszy się już do 10 proc. PKB, a w 2022 do 9,5 proc. PKB.

Całe wydatki publiczne mają być najwyższe w roku wyborczym i osiągnąć 43,3 proc. PKB, a potem stopniowo spaść do 42,1 proc. w 2021 roku. Choć w przyszłym roku "piątka" przekształci się w "czwórkę", to i tak nie zostawi miejsca na wzrost innych wydatków budżetu. Pojawi się w dodatku inflacja, która spowoduje, że realnie mogą one nawet spadać.

- Podwyżki podatków pozwalają zmieścić "czwórkę Kaczyńskiego", ale wszystkie inne wydatki musza spadać - mówił Aleksander Łaszek,

Na cięciach wydatków się skończyć się nie może. W latach 2020-2021 będą rosły podatki i składki ubezpieczeniowe. Łącznie rząd planuje je zwiększyć z 36 proc. PKB w 2018 roku do 37,8 proc. PKB w 2021 roku - zapowiada w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa.

Ekonomiści FOR argumentują, że spełnianie obietnic nie ma nic wspólnego z rozwiązywaniem rzeczywistych społecznych problemów. Nie pozostawią też miejsca w przyszłości na zmiany w systemie podatkowym. Są one konieczne, bo mamy za wysokie opodatkowanie niskich dochodów, a w przypadku wyższych znacznie bardziej opłaca się samozatrudnienie niż praca na etacie.

"Trzynasta" emerytura to nie sposób na walkę z ubóstwem emerytów i rencistów, bo trafi zarówno do zamożnych i ubogich. Nie zachęca też do dłuższej pracy, gdyż nie jest powiązana ze stażem pracy.

Rozszerzenie 500+ na pierwsze dziecko też nie jest dobrym sposobem na walkę z ubóstwem. Świadczenia kierowane do najuboższych znacznie lepiej by się tu sprawdziły. Dzietność lepiej wspiera dostępność wysokiej jakości usług, jak żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale, niż transfery pieniężne. Słowem - "polityka obietnic" wychodzi na opak.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »