Reklama

Wysoka inflacja rozpisana na długie lata

Jeśli istotnie jesteśmy dopiero w połowie okresu bolesnej inflacji i zostanie ona sprowadzona do celu banku centralnego dopiero w końcówce 2023 roku, to przed nami jeszcze dwa lata życia z drożyzną. Aby nie trwało to jeszcze dłużej, potrzebujemy adekwatnego poziomu stóp procentowych, splotu korzystnych globalnych trendów i pohamowania socjalnej rozrzutności, której będą sprzyjać zbliżające się wybory.

Konsumenci i przedsiębiorcy są wystraszeni, ale także zmęczeni szalejącą inflacją, która doszła do 7,7 proc. Zmęczeni, bo nieakceptowalnie rosnące ceny wcale nie są związane jedynie z ostatnimi miesiącami, ale towarzyszą nam już, z przerwami, od dwóch lat. Pochód cen nad Wisłą rozpoczął się jeszcze zanim pandemia COVID-19 rozlała się na cały świat. Pomruki inflacji słyszeliśmy już w końcówce 2019 roku, który zakończyliśmy na poziomie 3,4 proc. Był dosłownie o włos od przekroczenia dopuszczalnego pasma wahań - przypomnijmy, że cel inflacyjny w Polsce wynosi 2,5 proc. plus/minus 1 pkt proc. Już wówczas powinno być to poważnym ostrzeżeniem przed eksplozją cen i wywołać odpowiednią reakcję sterników polityki pieniężnej, czyli podwyżkę stóp procentowych, a przynajmniej zasygnalizowanie takiej możliwości.

Reklama

Nic takiego się nie stało, pomimo że, w styczniu 2020 roku wskoczyliśmy na poziom aż 4,3 proc., czyli cel inflacyjny - mówiąc kolokwialnie - poszedł się bujać. I gdyby nie lockdown gospodarki związany z walką ze skutkami pandemii, to mogło wcale nie dojść do chwilowego odwrotu inflacji. Po okresie cenowej ulgi, podczas którego straszono nas nawet groźbą deflacji (odwrotność inflacji), drożyzna znowu pokazała swój pazur i tak doszusowaliśmy do 7,7 proc. Zatem można przyjąć, że z drożyzną - z przerwami - żyjemy już od dwóch lat. W polityce pieniężnej dopiero ostatnio  porzucono retorykę "przejściowej" inflacji i rozpoczęto spóźnione podwyżki stóp  procentowych. Jak na razie wystarczyły zaledwie trzy miesiące, aby główna podskoczyła z 0,1 proc. do 1,75 proc. Warto zwrócić uwagę, że osiągnęła już poziom przewyższający okres przedpandemiczny (od 2015 roku wynosiła 1,5 proc.).

Niestety, nikt nie ma czarodziejskiej różdżki, którą można by rozhuśtane ceny sprowadzić szybko w dół. Wiele wskazuje na to, że szczyt wzrostu cen mamy jeszcze przed nami, a skutki dotychczasowych podwyżek stóp zobaczymy w pełni dopiero za ładnych kilka kwartałów. Na razie rządowe prognozy mówią, że przygotowany naprędce pakiet antyinflacyjny (np. obniżki VAT i akcyzy) zbije inflację o 1-1,5  pkt proc. Nawet jeśli tak się stanie, to będzie to niewiele jak na tak rozbuchany wzrost cen. Według przewidywań banku centralnego średnioroczna inflacja w przyszłym roku wyniesie ok. 5 proc., a zejście do celu inflacyjnego prognozowane jest na ostatni kwartał 2023 roku. Zatem skoro powrót do inflacyjnej normalności będzie wymagał kolejnych dwóch lat, to warto przeanalizować warunki spełnienia się takiego scenariusza, aby zdać sobie sprawę z wyzwania, jakim jest zduszenie inflacji.

Zacznijmy od tego, co najłatwiejsze, i co się już dzieje. Chodzi o podwyżki stóp procentowych. Pomimo trzech z rzędu takich decyzji, oficjalnie komunikowana jest możliwość kolejnej podwyżki lub nawet podwyżek. To totalny zwrot w polityce monetarnej, o którym można powiedzieć jedynie: "Lepiej późno, niż wcale". Dalsze decyzje będą podejmowane w oparciu o kolejne dane z gospodarki i prognozy, więc niewiadomą pozostaje poziom stóp, który okaże się adekwatny nie tylko do efektywności walki z inflacją, ale także utrzymania wzrostu gospodarczego. Bo chodzi o to, aby nie wylać dziecka z kąpielą i nie podnieść stóp zbyt wysoko. Droższy kredyt to nie tylko finansowe wyzwanie dla konsumentów, ale także przedsiębiorców. Dlatego stopy powinny dojść do poziomu uzasadnionego kondycją gospodarki, jak i dbałością o stabilność pieniądza.

Przyszły rok przyniesie także niewiadome związane ze skutkami zmian podatkowych w Polskim Ładzie oraz tarczy antyinflacyjnej, która zakłada także osłony idące w miliardy złotych dla najbardziej dotkniętych wzrostami cen. A warto podkreślić, że ofiarami inflacji są przede wszystkim najuboższe gospodarstwa domowe, bo właśnie one wydają relatywnie najwięcej na żywność i energię. W praktyce to kolejny transfer socjalny, tyle że ukryty pod płaszczykiem działań antyinflacyjnych. Można się tylko domyślać, co zrobią obdarowani socjalnymi dodatkami: przeznaczą je na konsumpcję, i to bez odkładania w czasie, i opłacanie podwyższonych rachunków np. za energię. Taki sam scenariusz będzie zapewne dominujący także wśród podatkowych beneficjentów Polskiego Ładu - jeśli zwiększy im się dochód rozporządzalny, to pokusa konsumpcji przeważy nad inwestycjami. A to dlatego, że nasze społeczeństwo jest nastawione mocno konsumpcyjnie, co - z jednej strony - sprzyja wzrostowi gospodarczemu (konsumpcja jest głównym motorem PKB), ale z drugiej to czynnik inflacjogenny.

Problem z utrzymaniem inflacji w ryzach już pod koniec 2019 wziął się w dużej mierze z gigantycznych transferów socjalnych, jakie wlewały się do gospodarki i podbijały konsumpcję (np. rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko w połowie 2019). Ostatni festiwal kosztownych prezentów socjalnych mieliśmy przy okazji poprzedniego cyklu wyborczego. Rzucanie tzw. kiełbasy wyborczej jest stare jak świat w celu zjednania sobie przychylności wyborców i utrzymania władzy. Sęk w tym, że w okresie zbliżających się kolejnych wyborów nowe pomysły na rozdawnictwo generowałyby zagrożenie inflacyjne. Polityczne odkręcenie kurka z pieniędzmi niweczyłoby próby okiełznania inflacji, a także zwiększyłoby - i tak już pęczniejący - dług publiczny, bo proste rezerwy (np. domknięcie luki vatowskiej) zostały już rozwiązane. Niestety, takiego scenariusza nie da się wykluczyć, co jest kolejnym czynnikiem ryzyka w ostatecznym sukcesie, jakim byłoby sprowadzenie inflacji do celu pod koniec 2023.

Kolosalne znaczenie dla dalszego rozwoju sytuacji inflacyjnej będzie miała spirala płacowo-cenowa, która właśnie się rozkręca. Wystarczy spojrzeć, jakie żądania płacowe wysuwają np. pracownicy branży górniczej, aby nie traktować tej spirali jako czegoś zupełnie teoretycznego. To naturalne, że pracownicy chcą podwyżek, skoro widzą we własnym portfelu jak zmniejsza im się siła nabywcza i coraz więcej płacą za towary i usługi. I potrafią świetnie powoływać się na argument "inflacji", z którym trudno polemizować państwowemu czy prywatnemu właścicielowi, bo jest po prostu obiektywny, a dane są oficjalne z GUS. Co więcej, przewidując dalszy wzrost cen, mogą żądać podwyżki z zakładką, aby dodatkowo się zabezpieczyć (zabójcze zjawisko rozbudzonych na dobre oczekiwań inflacyjnych).

Rośnie poziom edukacji ekonomicznej, skoro ludzie zaczynają odróżniać realną podwyżkę (powyżej stopy inflacji) od jedynie utrzymania realnej wartości wynagrodzenia, do czego tak naprawdę sprowadza się rewaloryzacyjna podwyżka zgodna z wielkością inflacji. Zasadne jest postawienie tezy, że skutki presji płacowej będą w przyszłym roku jednym z najważniejszych czynników proinflacyjnych. Ciekawe, jak zachowa się szczególnie państwowy właściciel i ile zapłaci załogom pod politycznym hasłem utrzymania "spokoju społecznego" np. w spółkach górniczych. Prywatni właściciele też będą mieć twardy orzech do zgryzienia, bo brak podwyżek, przynajmniej urealniających wartość płac, może grozić utratą pracowników. A nic nie wskazuje na to, aby "rynek pracownika" miał się skończyć w 2022 albo 2023 roku. I znowu: podwyżki płac w dużej mierze zostaną przejedzone, czyli staną się wsparciem dla inflacji.

Jak widać, wiele w dwuletniej w walce z inflacją zależeć będzie od wydarzeń na krajowym podwórku i decyzji nie tylko ekonomicznych, ale także czysto politycznej kalkulacji, skoro wkrótce wkroczymy w okres przedwyborczy. Ale wielkie niewiadome wpływające na ceny kryją się także zagranicą. Przede wszystkim chodzi o zahamowanie pochodu cen energii i surowców (np. gazu). Drożejąca energia nie tylko podbija inflację, ale także zmniejsza konkurencyjność naszej gospodarki. Przedsiębiorcy muszą się mierzyć ze skutkami podwyżek cen energii, przerzucając koszty np. na konsumentów. Ci ostatni płacą coraz drożej, co znowu gra na korzyść inflacji.

Jak na razie z frontu walki z energetyczną drożyzną nie ma dobrych wieści, szczególnie w Europie, bo ceny uprawnień do emisji CO2 rosną jak oszalałe i doszły do 90 euro za tonę. Rynek handlu emisjami ETS będzie wymagał zmian (i będzie to decyzja polityczna związana z tempem zielonej transformacji w Unii), aby - pośrednio - nie generował coraz większego impulsu inflacyjnego. Energetyka i firmy energochłonne, kupując coraz droższe uprawnienia, dokładają kolejne cegiełki do inflacji, bo przekłada się to na ceny, które na koniec dnia płacą konsumenci lub kontrahenci.

Dla rozwoju sytuacji na rynku CO2 oraz surowców kapitalne znaczenie będą miały decyzje największych banków centralnych, aby ograniczać lub kończyć dodruk pieniędzy (poprzez skup aktywów, np. obligacji) i przeprowadzić podwyżki stóp procentowych. Bez tych działań światowe giełdy będą nadal zalewane tanim pieniądzem, co sprzyja spekulacjom na CO2, a także surowcach energetycznych i żywności.

Zagranica będzie miała także potężny wpływ na kurs złotego. Jego gwałtowne osłabienie, z jakim mieliśmy do czynienia w listopadzie, także generuje ryzyka inflacyjne, ponieważ wiele z tego, co konsumujemy sprowadzamy z zagranicy płacąc w dolarach czy euro. Im słabszy złoty, tym lepszą jest pożywką dla inflacji. Warto uważnie patrzeć na notowania dolara, i to nie tylko w stosunku do złotego, ponieważ właśnie w dolarach handluje się na świecie surowcami. Kwestie walutowe i decyzje banków centralnych będą prawdziwymi "jokerami" w rozgrywce o niższą inflację, która odbywać się będzie w skali globalnej, z lokalnymi skutkami dla nas. Jak dodamy do tego niewiadomą związaną z pytaniem kiedy zostaną odbudowane globalne łańcuchy dostaw, mamy prawdziwy miks czynników, które przesądzą o tym kiedy i w jakim stopniu da się zdławić inflację.

Podsumowując: z wysoką inflacją przyjdzie nam żyć prawdopodobnie długo, a scenariusz skutecznej walki z nią zależy od wielu czynników zarówno w kraju, jak i zagranicą. I oby wszystko poszło jak należy, bo inaczej walka przedłuży się na 2024 rok albo i dłużej...

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie

******

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »