Reklama

Zapnijcie pasy, bądźcie gotowi!

Skala reakcji niezbędnej do utrzymania przy życiu gospodarki pokazuje nam, że pod względem ekonomicznym świat jechał na oparach - mówi Steen Jakobsen, główny ekonomista i CIO Saxo Banku.

Stanisław Koczot, Gazeta Bankowa: Co takiego się stało, że pandemia stała się katalizatorem globalnego kryzysu gospodarczego? Poprzednie kryzysy miały zwykle jakiś punkt krytyczny, np. upadek Lehman Brothers we wrześniu 2008 r. - ale tak naprawdę ujawniały one choroby istniejące już od dłuższego czasu. Co ujawnił koronawirus?

Reklama

Steen Jakobsen: Pandemia COVID-19 zadała światowej gospodarce podwójny cios, a równocześnie Rosja i Arabia Saudyjska rozpoczęły wojnę energetyczną. Podwójny cios oznaczał z jednej strony całkowitą izolację czy też dystans społeczny, uniemożliwiający ludziom zakupy, pracę i aktywność społeczną, a z drugiej strony zatrzymanie - z tych samych powodów - globalnego łańcucha dostaw. W wielu miejscach aktywność spadła o 50-90 proc. i to w czasie, gdy światowa gospodarka była osłabiona w efekcie wojny handlowej pomiędzy Chinami a Stanami Zjednoczonymi oraz ogólnie słabego wzrostu gospodarczego. Skala reakcji niezbędnej do utrzymania przy życiu gospodarki pokazuje nam, że pod względem ekonomicznym świat jechał na oparach. Globalizacja jest atakowana i umiera, podobnie jak współpraca międzynarodowa i skoordynowane działania. Pokazało nam to również, że przyjęty przez nas "tryb kapitalizmu państwowego", tworzony przez banki centralne i polityków po 2008 r., nie jest w stanie zapewnić odpowiedniego ustalania poziomu cen (price discovery) i alokacji zasobów. Zasadniczo zatraciliśmy "system zorientowany na rynek", zastępując go rządami twardej ręki i interwencjami banków centralnych, aby można było w dalszym ciągu udawać, że mamy "jakiś model"... Innymi słowy, najprawdopodobniej dotarliśmy do samego końca obecnego modelu "kapitalizmu państwowego". To to, co nastąpi później, zostanie zdefiniowane przede wszystkim poziomem światowego bezrobocia i niedoborem produktywnego kapitału wynikającego z oszczędności, ponieważ świat zadecydował, że uratuje nas wzrost długu. Jest to oczywiście całkowicie błędne - w przeciwnym przypadku Japonia odnotowywałaby wzrost przekraczający 5 proc., a nie recesję, biorąc pod uwagę fakt, że realizuje się tam ten model już od dwudziestu lat i nie przynosi on większych efektów.

Jak się wydaje, siła rażenia kryzysu wywołana pandemią jest znacznie większa, niż kryzysu z lat 2008-2009. Dlaczego? Co tak naprawdę zaatakowała pandemia? Poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji, i to nie tylko ekonomicznej?

- Ludzie oczekują od rządu ochrony pomimo faktu, iż wirus stanowi zagrożenie globalne, a tym samym wymaga reakcji na poziomie międzynarodowym. Nastąpił masowy zwrot w kierunku nacjonalizmu i nawet Unia Europejska odkłada obecnie środki w ramach kolejnych wieloletnich ram finansowych, czyli unijnego budżetu długoterminowego, by zminimalizować ryzyko strategiczne - co w skrócie oznacza zabezpieczenie dostępności leków, opieki zdrowotnej, żywności i innych kluczowych zasobów dzięki wykorzystaniu produkcji lokalnej a nie globalnego łańcucha dostaw.

Czy sytuacja jest pod kontrolą? Czy politycy przejmują stery nie tylko nad społeczeństwami, ale i nad gospodarką? Ale przecież tak już było po globalnym kryzysie finansowym 2008 - powstały ostre regulacje dla sektora finansowego, stworzono mechanizmy ograniczające ryzyko krachu do minimum... Kontrolę polityki nad gospodarką już przerabialiśmy. Czy ten etap różni się od poprzedniego?

- Istotne ataki na prawa konstytucyjne miały miejsce wszędzie, w tym również w Skandynawii. Ewolucja uczy nas, że dla polityków wyjątkowo trudne jest oddanie władzy uzyskanej w czasach kryzysu. Zaryzykowałbym wręcz twierdzenie, że politycy uwielbiają "dobry kryzys"... Do końca kryzysu jest jeszcze daleko - giełda to przecież nie realna gospodarka. W Stanach Zjednoczonych 30 mln ludzi straciło pracę i naiwnością byłoby twierdzenie, że nie będzie to miało istotnego wpływu ekonomicznego. Na rynku dostrzegamy nową tendencję, jesteśmy pewni kolejnych bodźców fiskalnych, więcej "sztuczek" banków centralnych, aby wykupywać rynki, a nawet spodziewamy się jeszcze większego obniżania stóp procentowych.

Czy to jedyny problem?

- Wszystko to sprawi, że świat stanie się gorszym miejscem. W krótkiej perspektywie może pozwolić nam to kupić czas, jednak pamiętajmy, że gospodarka napędzana jest przez demografię i produktywność. A każdy z tych czynników jest albo zerowy, albo ujemny, a zatem zanim jeszcze rozpoczniemy inwestowanie w dobra kapitałowe i w koncepcje o dodatnim zwrocie, nasza pozycja zostanie zredukowana, generując więcej kredytu. Kredyt definiujemy jako przesunięcie przyszłych wydatków na dziś. W efekcie coraz więcej wydajemy na naszą przyszłość bez jakichkolwiek oznak, że ktokolwiek kwestionuje nasz modus operandi. Można powiedzieć, że zaczyna to przypominać upadek Cesarstwa Rzymskiego.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Kto w obecnym porządku rzeczy będzie siłą kreatywną, nadającą kierunek procesom gospodarczym: politycy i rządy, banki centralne, a może rynek?

- Wiara w to, że kredyt może generować popyt, jest fałszywa. Owszem, może poprawić płynność, jednak nie wypłacalność. Żyjemy w świecie finansowym, który cechuje płynna niewypłacalność: przedsiębiorstwa utrzymują się przy życiu dzięki wsparciu, a nie dzięki zyskom. Z tego powodu w miarę upływu czasu coraz więcej spółek i banków stanie się niewypłacalnych. Na razie jednak rządy i banki centralne są do tego stopnia krótkowzroczne, że nie dostrzegają szkód wyrządzonych zdolności rynków do rozliczania cen, towarów i pozycji rynkowych. Po prostu straciliśmy rynek lub - jak mawiają ekonomiści - straciliśmy "odkrywanie cen" - price discovery: popyt i podaż na większości rynków finansowych i towarowych dyktują rządy. Wchodzą one w posiadanie coraz większej liczby przedsiębiorstw w każdym kraju. Socjalizm wkracza tylnymi drzwiami, i wszyscy to akceptują...

Wspomina pan w swoich analizach o podobieństwach obecnego kryzysu ze zjawiskami społeczno-gospodarczymi z przeszłości. Twierdzi pan, że "w ciągu następnych dziesięciu lat sytuacja będzie przypominać warunki z lat 70.: rosnący udział skarbu państwa w strukturze własnościowej przedsiębiorstw, dyktowanie decyzji biznesowych i należących do zarządu, coraz mniejszy zwrot z zainwestowanego kapitału, ale także znacznie wyższe opodatkowanie". Ale jeszcze bardziej niepokoi pana to, że pojawiają się analogie do okresu po I wojnie światowej. Co jest tak bardzo niepokojącego w obecnych wydarzeniach, że nasuwają się skojarzenia z okresem sprzed wybuchu II wojny światowej?

- Chodzi o jubileusz zadłużenia. W 1934 r. nastąpiło masowe "przeprofilowanie długu", w ramach którego największe kraje, takie jak Francja czy Wielka Brytania, obcięły 40-70 proc. Obecnie wiele rządów nie będzie w stanie udźwignąć dużych deficytów ani nawet ich obsłużyć pomimo niskich stóp procentowych ze względu na spadek globalnych przychodów podatkowych. Pamiętajmy, że cały dług skarbowy opiera się na zdolności rządu do nieograniczonego opodatkowania swoich obywateli i przedsiębiorstw. Obecnie zarówno przedsiębiorstwa, jak i obywatele nie mają nic albo mają niewiele do opodatkowania, i to w sytuacji, gdy konieczna jest większa pomoc niż kiedykolwiek wcześniej. Przewiduję, że pojawi się istotny brak zaufania do obligacji skarbowych, w pierwszej kolejności w krajach o podwójnym deficycie - fiskalnym i na rachunku bieżącym, a przede wszystkim w krajach bez niezależnego banku centralnego, który mógłby dodrukować pieniądze. Jednak, w ujęciu ogólnym, brak zaufania pojawi się wobec wszystkich rządów. Zastanówmy się nad tym: rząd chce od nas pożyczki na 30 lat przy zerowym oprocentowaniu... Co to w ogóle za propozycja? Niewątpliwie niekorzystna.

Czy jest jednak jakieś pozytywne wyjście z obecnej sytuacji? Twierdzi pan, że struktury gospodarczo-polityczne są najsłabsze od lat 30. ubiegłego wieku, ale czy to znaczy, że zmiana musi przyjść gdzieś spoza nich, a może po ich rozpadzie?

- Oczywiście, że może się wydarzyć coś pozytywnego. Możemy to powiedzieć inaczej: historia ludzkości uczy nas, że zmiany są wyłącznie wynikiem porażek. W tym momencie przegrywamy na wszystkich możliwych frontach, a zatem to, co nastąpi dalej, potencjalnie może zapoczątkować nowy model, w mniejszym stopniu nastawiony na wzrost, a w większym na jakość. Takie problemy, jak ochrona środowiska itp. nie znikną. Uważam, że wiąże się z tym wiele przyszłych światowych zysków w zakresie produktywności. Weźmy na przykład największe obecnie światowe firmy - gigantów technologicznych, które wydobywają dane od konsumentów, a zaledwie 15 lat temu największymi podmiotami były spółki energetyczne, wydobywające energię kopalną. Za 15 lat podejrzewam, że to rozwiązania dotyczące realnego świata zapewnią nam czystą żywność, powietrze i wodę w świecie zamieszkanym przez ponad 12 mld ludzi. Ludzkość musi ponieść porażkę, aby się zmienić, jednak po tej porażce podniesie się i stanie się silniejsza. Co do przyszłości jestem optymistą - mieliśmy wiele falstartów, wahadło wychylało się w jedną i w drugą stronę, jednak liczba wyzwań, jakie nas czekają sprawi, że weźmiemy sobie tę konieczność do serca, kiedy przestaniemy udawać, że kryzys można rozwiązać za pomocą kredytów, a giełda jest odzwierciedleniem realnej gospodarki. Żadne z tych twierdzeń nie jest prawdziwe, jednak musimy do tego dojść i to właśnie jest zadanie na najbliższe pięć lat. Zapnijcie pasy, bądźcie gotowi.

Rozmawiał Stanisław Koczot

Dowiedz się więcej na temat: koronakryzys | Covid-19

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »