Reklama

ZUS, czy OFE - oto jest pytanie!

Jesteśmy skazani na starość. Większość z nas jedną czwartą życia przeżyje będąc po 60-tce i na emeryturze. Jakiej? Tego nikt do końca nie wie. Przyszłym emerytom cierpnie skóra, a obecni zacierają ręce - okazuje się, że mają "wypasione" emerytury: aż 60 proc. między 1000 a 2000 zł.

Reklama

ZUS co roku wypłaca ok. 5 mln emerytur (średnia 1600 zł) i potrzebuje na to ponad 120 mld zł. Zmniejszenie w 2009 r. dzięki (lub na skutek) likwidacji wcześniejszych emerytur liczby nowych emerytów o 100 tys. oznacza dla budżetu oszczędności rzędu 2 mld zł. Jednak składki od pracujących i tak nie wystarczają na wypłatę bieżących emerytur i rent. W tym roku dotacja do ZUS ma wynieść ponad 37 mld zł (do KRUS 15 mld zł). Zwiększa to deficyt sektora finansów publicznych i groźbę przekroczenia już w tym lub w przyszłym roku progu ostrożnościowego dotyczącego długu publicznego, czyli 55 proc. PKB. Wtedy nieodzowne były drakońskie cięcia wydatków, włącznie w cięciami płac i emerytur. Problem, jak zmniejszyć deficyt spędza sen z oczu rządowej ekipie i wywołuje nieskoordynowane ruchy. Dowodzi tego wywołany odgórnie "szum emerytalny" związany z propozycją obniżenia z 7,3 proc. do 3 proc. składki emerytalnej do OFE (przedstawiła ją na początku listopada ub. r. minister pracy Jolanta Fedak i minister finansów Jacek Rostkowski), a następnie propozycjami szerszych zmian w ustawie o emeryturach kapitałowych (11 stycznia na konferencji prasowej).

Już pierwsza propozycja dotycząca tylko składki omawiana m.in. w zespole Trójstronnej Komisji wywołała burzę - zaprotestowali przedsiębiorcy i "S", wahały się dwie inne, reprezentowane w TK centrale związkowe: PZZ i OPZZ, zróżnicowane były opinie ekspertów i przedstawicieli rządu. Niektórzy uznali, że obniżenie składki nie jest samo w sobie złe, a 7,3 proc. dla OFE to za wysoko (np. w Szwecji wynosi ona 2,5 proc.). Inni, w tym współtwórcy reformy (prof. Marek Góra) i znawcy rynków finansowych (prof. Krzysztof Rybiński), wysłali natychmiast list do premiera sygnalizując, że "rząd podejmuje próby kreatywnego budżetowania na skalę niespotykaną po 1989 r.".

Michał Boni, szef jego doradców pierwszą propozycję komentował publicznie ostrożnie: "(...) to pomysł, nad którym musimy się poważnie zastanowić, bo efektywność OFE musi być większa". Wicepremier Waldemar Pawlak uznał, że zwiększenie ZUS-owskiej części emerytury to dobre rozwiązanie, może odciążyć budżet i zwiększyć świadczenia. - ZUS-owska część stanowiła tę pewniejszą część emerytury, która ma większe gwarancje zachowania dobrej wartości - mówił w rozmowie z PAP (4 listopada). - Instytucje finansowe całkiem nieźle zarabiają na naszych pieniądzach - dodał. Premier prosił media, by nie przywiązywały się do tych konkretnych propozycji, które płyną z różnych stron. Zapowiedział, że ministrowie będą musieli włożyć jeszcze trochę wysiłku, by - jak to ujął - "przygotować lepszy niż do tej pory proponowany przez nich mechanizm".

SKOK na KASĘ?

Wysiłek został włożony, ale wspomniany mechanizm obniżenia składki nie został zmieniony, a konkretne rozwiązania dotyczące zmian ustawowych spotkały się niemal z totalną krytyką płynącą także z samego centrum rządu. Minister Boni tym razem poszedł na całość uznając, że proponowane zapisy "(...) pozostają w sprzeczności zarówno z interesami przyszłych emerytów, jak i podatników". Jego zdaniem ich wprowadzenie oznaczałoby odejście od kompromisu zawartego z partnerami społecznymi w okresie tworzenia reformy w latach 1997-1998 oraz podważyło zaufanie do nowego systemu emerytalnego. Istniejące obecnie problemy należy rozwiązywać "innymi sposobami".

Jak wygrać z ZUS-em? Dołącz do dyskusji

Analizując jego uwagi zastanawiam się jednak, czy pan minister nie wziął na siebie, jak w kryminałach, roli dobrego policjanta, skazując panią minister na rolę tego złego, bezwzględnego i brutalnego. Broni on w swym piśmie podatników, przyszłych emerytów i kompromisu sprzed 11 lat, zasad czystości reformy i ubezpieczeniowych reguł. I chwała mu za to, ale co z deficytem budżetowym i dziurą w ZUS - czy jej "zatkanie" obniżeniem składki do OFE to pomysł naganny, czy wymuszony sytuacją?

W tej kwestii wystawia się na sztych tylko zły policjant (wiadomo, kobieta wytrzyma), dobry omawia problem teoretycznie, skrzeczącą rzeczywistość dyskretnie pomija. Przypomina, że istniejący podział składki między ZUS (12,2 proc. podstawy wymiaru), a OFE (7,3 proc.) jest elementem bezpieczeństwa systemu. Okresom pogorszenia wyników osiąganych przez OFE towarzyszy wyższa stopa waloryzacji środków w ramach FUS i odwrotnie. Zmniejszenie składki do OFE, podkreśla, może też mieć negatywne konsekwencje dla procesów prywatyzacyjnych - spowodować ograniczenie środków kierowanych na ten cel. Skądinąd wiadomo, że w tegorocznym planie prywatyzacyjnym, który ma przynieść 25 mld zł, udział funduszy mógłby wynieść ponad 8 mld. Takie są przewidywania ministra skarbu Aleksandra Grada, który spotkał się z przedstawicielami funduszy. W ramach rywalizacji - do kasy OFE - z minister Fedak? Pani minister oczekuje bowiem więcej - 13 mld zł.

Co roku budżet państwa refunduje wchodzącemu w skład ZUS Funduszowi Ubezpieczeń Społecznych część składek, którą ten przekazuje OFE. Gdyby obniżono składkę emerytalną dla OFE do 3 proc., budżet mógłby w tym roku zmniejszyć refundację o 13 mld zł. Dlatego, zdaniem resortu pracy, trzeba zweryfikować przyjętą na starcie reformę w 1999 r. bardzo optymistyczną proporcją, która pozwala OFE zarządzać aż 1/3 składki. "Tak wysoka proporcja rodzi nie tylko ryzyko utraty części środków w okresach dekoniunktury (czego byliśmy ostatnio świadkami - przyp. red.), ale również obciążą przyszłe pokolenia spłatą olbrzymiego zadłużenia skarbu państwa wynikającego z konieczności dofinansowywania środków na wypłatę dzisiejszych emerytur (...). Obecna wysokość składek do OFE zwiększa deficyt sektora finansów publicznych i powoduje wzrost kosztów obsługi długu publicznego. Obciążenie przyszłych pokoleń z tego tytułu jest większe niż w przypadku finansowania systemu repartycyjnego (finansowania emerytur z bieżących składek). Dodatkowo istniejący system jest w zbyt dużym stopniu uzależniony od kaprysów rynków finansowych".

Te "kaprysy" mocno ubodły ekspertów finansowych związanych z OFE. Fundusze zarabiają dla nas pieniądze (że kiepsko, to inna sprawa) inwestując nasze składki np. w akcje giełdowych spółek, a na giełdzie - wiadomo - raz w górę, raz w dół.

Czarna wizja...

Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych uważa, że zmiana podziału składki to de facto zaciąganie pożyczki od obecnych członków OFE na podreperowanie stanu finansów bieżących. Jej ekspert ekonomiczny, prof. K. Rybiński (SGH) dowodzi, że związek między wysokością składki do OFE, a wielkością zadłużenia skarbu państwa wynikającego z konieczności wypłat bieżących emerytur jest pozorny. Na wysokość długu emerytalnego wpływa proces starzenia się społeczeństwa, poziom bezrobocia oraz regulacje określające wiek emerytalny i wysokość przyszłych emerytur. Wysokość składki może mieć tylko wpływ na wcześniejsze lub późniejsze ujawnienie się istniejącego długu emerytalnego. Propozycje MPiPS problemu długu nie rozwiązują, a jedynie starają się przesunąć jego ujawnienie w przyszłość, poza kadencję obecnego rządu - uważa profesor. Oznacza to, jego zdaniem, że "dla osiągnięcia krótkotrwałego celu politycznego proponuje się radykalne zmiany w systemie emerytalnym".

Kropkę nad "i" stawiają pracodawcy. KPP uważa, że pomysły dotyczące OFE tak naprawdę przekreślają reformę i powodują całkowity powrót do systemu repertycyjnego. PKPP Lewiatan uważa, że zabranie pieniędzy z OFE do ZUS uchroni rząd przed koniecznością zmiany definicji długu publicznego i przekroczeniem progów, ale narazi przyszłych emerytów na straty. "Może to prowadzić do upadku OFE i obniżenia emerytur (...), demontażu jednej z najbardziej udanych reform okresu transformacji".

Jedynie BCC nie wyklucza zmian poparcia, o ile byłyby wprowadzone okresowo.

Realistycznie na sprawę patrzą niektórzy bankowcy, rządowe propozycje pozytywnie ocenił londyński oddział banku J. P. Morgan (9 listopada 2009 r.). Jego analitycy wprawdzie przyznają, że te zmiany przekształcają po prostu obecne zobowiązania na przyszłe zobowiązania, ale "powinny one redukować ryzyko przekroczenia progu 55 proc., a łączny wpływ zmian byłby pozytywny dla obligacji". Zamiast więc odsądzać od czci i wiary minister Fedak, może warto byłoby spokojnie rozważyć, czym grozi przekroczenie progu i w efekcie pospieszne i groźne równoważenie finansów publicznych, a czym odsunięcie w czasie długu emerytalnego i wynikających stąd zobowiązań. Być może ta "sztuczka księgowa", jak nazwał prof. M. Gora (SGH) propozycję zmniejszenia składki do OFE, pozwoli doczekać lepszych czasów i złapać oddech.

Profesor, wraz z dr Agnieszką Chłoń-Domińczak (b. wiceminister pracy, obecnie w SGH) i dr Maciejem Bukowskim (zespół doradców strategicznych premiera) przygotowali raport o drogach wyjścia z obecnej, nieco patowej sytuacji. "Raport trzech", tak go nazwijmy dla uproszczenia, przyznaje, że "sztuczka księgowa odsuwa zagrożenie przekroczenia długu publicznego o kilka lat, dając ministrowi finansów przestrzeń, która być może (nie wiemy tego) zostanie wykorzystana na podjęcie kilku przedsięwzięć w rzeczywistości równoważących bieżące dochody z bieżącymi wydatkami publicznymi". Ale zdaniem jego autorów dużo więcej czasu na dokonanie sensownych reform strukturalnych mogłaby ministrowi dostarczyć zmiana definicji i inne ujęcie długu publicznego.

Trzeba przede wszystkim oddzielić dług, którego źródłem jest system emerytalny, od innych długów państwa. Stąd propozycje podziału długu na cztery kategorie, w tym na nieemerytalny dług publiczny, który - najkrócej mówiąc - ujawniałby te zobowiązania skarbu państwa, które nie są długoterminowymi zobowiązaniami emerytalnymi. Tylko ten dług powinien być przedmiotem oceny progów ostrożnościowych, zobowiązania emerytalne mają co do zasady inny cel, horyzont i charakter. Nie będzie to miało żadnych skutków dla emerytów, ale pokaże tak naprawdę, ile kosztuje system emerytalny - przekonują autorzy raportu.

Inną klasyfikację długu publicznego, rozdzielającą dług emerytalny państwa od nieemerytalnego, będącego efektem bieżących decyzji politycznych, proponuje także minister Boni.

Jednak dla przyszłych emerytów ważniejsze niż redefinicja długu publicznego czy łatanie dziury w ZUS-ie są inne, dla ekspertów także kontrowersyjne propozycje resortu pracy.

  • Najbardziej rewolucyjna to możliwość wyjścia z OFE na pięć lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Ubezpieczona w OFE 55-letnia kobieta bądź 60-letni mężczyzna będą mogli zdecydować, czy pieniądze uzbierane w OFE cofnąć - w całości bądź części, do ZUS. W tym roku, według szacunków resortu pracy, może ewentualnie z tego skorzystać 370 tys. osób. - To emeryt, a nie rządzący zdecyduje co mu się bardziej opłaca i komu bardziej wierzy: ZUS, czy OFE - mówiła na seminarium emerytalnym Magdalena Janczewska, ekspert KPP. - Taka perspektywa może zmobilizować fundusze do większej efektywności zarządzania naszymi pieniędzmi - dodała.
  • Druga zmiana dotyczy osób, które ukończą 65 lat. Będą one mogły jednorazowo wypłacić wszystkie swoje środki zgromadzone w OFE i przeznaczyć na dowolny cel, przehulać, przejeść, dać wnukom albo kochance. Ale pod jednym warunkiem - ubezpieczony musi mieć zgromadzony w ZUS kapitał umożliwiający uzyskanie emerytury w wysokości co najmniej dwóch minimalnych świadczeń emerytalnych (obecnie byłoby to 1350 zł). Według ministerialnych szacunków osoba zarabiająca na poziomie średniej pensji i pracująca 40 lat będzie mogła wybrać z OFE ok. 40 tys. zł, ta która zarabia dwa i pół średniej, prawie 100 tys. zł. Jeśli emeryt przekaże te pieniądze na indywidualne konto emerytalne (IKE) i zdecyduje, aby wypłacać je w ratach przez co najmniej 10 lat - nie zapłaci podatku od zysków kapitałowych. Zdaniem ekspertów, jeśli ministerstwo przyjmie takie założenie, że w obowiązkowym systemie emerytalnym powinno się wypracować środki wystarczające na emeryturę nie wyższą niż dwukrotność minimalnej, a pozostałą część kapitału można dowolnie wykorzystać, to powinno raczej obniżyć składkę emerytalną, a nadwyżkę pozostawić obywatelom już w okresie ich aktywności zawodowej, a nie dopiero na starość.

Wiadomo już, że w nowym systemie emerytury dla wielu osób mogą być nawet o 30 proc. niższe niż w starym. Słuszna, skądinąd (choć nie do końca) zasada "ile odłożysz, tyle dostaniesz" nie zaowocuje przyzwoitą emeryturą, jeśli z jednej strony będziemy wcześnie przechodzić na emeryturę i mało zarabiać, a z drugiej - kiepsko zarządzać funduszami. Stąd ich efektywność to zadanie nr 1.

Ekonomiści w liście do premiera dowodzą, że trzeba zmniejszyć koszty akwizycji i wprowadzić prawdziwy benchmark (portfel porównawczy), trzeba wprowadzić profesjonalne metody strategicznej alokacji aktywów i oceny ryzyka, zwiększyć możliwości inwestowania w instrumenty inne niż obligacje rządowe, wprowadzić różne rodzaje funduszy, dostosowane do wieku uczestników systemu, obniżyć koszty funkcjonowania OFE i zmienić wiele innych parametrów systemu, który po 10 latach dojrzał do takich zmian.

Trzeba też, jak sądzę, publicznej debaty, ale przedtem rząd musi podebatować sam ze sobą, bo zabawa w dobrego i złego policjanta (koalicjanta?) to trochę za mało. W grę wchodzi interes ponad 14 milionów ubezpieczonych w OFE i 173 mld zł. Taki poziom, mimo 14 proc. spadku w kryzysie, osiągnęły aktywa netto funduszy emerytalnych.

Irena Dryll

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »