Reklama

Niemcy: Błąd kosztował ją utratę dobrej pracy

- Dzień wyglądał jak każdy inny. Wstałam rano, przygotowałam dla Thomasa dwie kromki z szynką, ale bez masła - wspomina pechowy lipcowy dzień Jolanta Sikorska, która przez trzy lata nielegalnie pracowała u naszych zachodnich sąsiadów jako opiekunka starszego mężczyzny.

53-letnia Jolanta z małej miejscowości w pobliżu Zielonej Góry swoją pracę znalazła trzy lata temu, po tym jak zwolniono ją z etatu w lokalnym ośrodku kultury, gdzie była sprzątaczką. Pytała wszystkich znajomych, czy nie mają dla niej jakiejkolwiek oferty. Pomocna okazała się koleżanka. - Dostałam esemesa od Doroty - "Jolka mam robotę. Pakuj się na piątek". Był poniedziałek. Zadzwoniłam i umówiłam się na kawę.

Wyjazd do Niemiec

Reklama

Na spotkaniu dowiedziała się od Doroty, że ta pracuje jako opiekunka starszego Niemca - Thomasa. Miał 80 lat i poruszał się o własnych siłach. Do jej obowiązków należało przygotowanie posiłków, zrobienie zakupów, prania i podania leków - tabletek na nadciśnienie i insuliny. Dziennie przyjmował około czternastu innych tabletek o odpowiednich porach. Potrzebowała kogoś na zmiany. Trzy miesiące w Garnish Partenkirchen, trzy w kraju.

- A ile można zarobić? Co z umową? - dopytywała Jola Doroty. - Umowy nie ma, ale rodzina bardzo fajna. Traktują cię jak swojego. Skuś się - przekonywała ją koleżanka.

Bez chwili zastanowienia powiedziała dorosłej córce, że wyjeżdża. Spakowała różową walizkę, w internecie znalazła busa, który wiózł tam ludzi. Z dworca, gdzie wysiadła, odebrała ją jej rówieśniczka - Agata - córka Thomasa.

Nicht verstehe

Po przyjeździe pokazała jej pokój oraz zaprezentowała co i gdzie znajdzie. Pojawił się pierwszy problem - Jola nie znała dobrze niemieckiego. Umiała się przedstawić, zawołać kogoś i zapytać o godzinę. Znała też parę słówek - chleb, kawa, herbata, ciepłe, zimne oraz dni tygodnia.

Na większość pytań Niemki odpowiadała nicht verstehe. Agata nie poddała się. Zależało jej na dobrym pracowniku. Zabrała więc ją do supermarketu. Kupiła za kilka eurocentów żółte samoprzylepne kartki. Okleiła wszystkie przedmioty w domu karteczkami z odpowiednimi napisami. I tak na przykład na drzwiach od łazienki pojawił się napis badezimmer, a na lodówce - kühlschrank. W ciągu paru godzin dom był cały oznaczony. - Bardzo mi to pomogło. Dziś śmiało mówię po niemiecku - przyznaje Jolanta Sikorska.

W progach domu powiedziała jej wolno i z przesadnym akcentem, że gdyby sąsiedzi dociekali kim jest ma odpowiedzieć, że kuzynką z Polski, która opiekuje się wujkiem, a i również zwiedza malowniczą okolicę. Bali się policyjnej kontroli.

1200 euro miesięcznie

Jola zarabiała 1200 euro miesięcznie. To wygórowana stawka, jak na tamte okolice. Polki, które poznała na zakupach zarabiały 850-1000 euro, a warunki w jakich żyły były o wiele gorsze.

- W pokoju miałam telewizję po polsku, komputer z internetem i kamerą! Przez Skype rozmawiałam z córką i przyjaciółkami. Po obiedzie mogłam wychodzić, albo zostać w domu, poleżeć, poczytać książkę. Rodzina była bardzo miła. Gdy gdzieś jechali proponowali mi wspólny wyjazd. Byliśmy na nartach, nauczyli mnie jeździć. Było fajnie, a do tego zarabiałam! - opowiada 53-latka. W czasie wyjazdów starszego Niemca odwiedzał syn z wnukami.

Thomas, którym się opiekowała, polubił ją. W pewnym momencie aż za bardzo. Jednego zimowego wieczora poprosił ją, aby podała mu kasetę wideo, z dolnej półki, gdyż bolały go mięśnie brzuszne po insulinowych nakłuciach. Jolanta podeszła do szafki i gdy sięgała po kasetę poczuła jak Thomas chwyta ją za pośladki. - Szybko się wyprostowałam, chwyciłam leżący na stoliku Bild Zeitung (niemiecki brukowiec) i odwinęłam mu w twarz - relacjonuje. Pobiegła do Agaty, która wróciła właśnie z pracy. Powiedziała jej o incydencie. Ta poszła do swojego ojca i zaczęła go wyzywać po niemiecku. Kazała mu się ubierać. Gdzieś pojechali. - Pół godziny później wrócił z ogromnym bukietem róż i czekoladkami. Podszedł skruszony i wydusił z siebie tylko: entschuldigung. Widać było, że mu głupio. Prócz tego w ramach przeprosin w tym miesiącu dostałem 100 euro premii - wspomina.

Co trzy miesiące przyjeżdżała do kraju. Zostawała tu przez trzy miesiące. Bilet na busa, który jechał z podnóża Alp do Zielonej Góry kosztował 90 euro. Będąc w Polsce wyrównywała zaległości w opłatach składek KRUS, gdzie była ubezpieczona.

Śmierć podopiecznego

U Thomasa pracowała trzy lata, aż do lipca tego roku. - Był upał, w domu włączona była klimatyzacja. Zadzwoniła Agata, że będzie za kilkanaście minut i mogę już wyjść. Poczekałam do godziny 14, bo Thomas brał tabletki na nadciśnienie. Podałam mu je, nałożyłam obiad i wyszłam na zakupy. Rozglądałam się za prezentem ślubnym dla córki, bo prócz pieniędzy, które odkładałam na ten cel, chciałam znaleźć jej jakiś upominek - wspomina. W tym czasie wróciła Agata, która myślała, że Jola wyszła z domu nie czekając na godzinę 14, kiedy to dziadkowi podawało się leki. Umyła ręce, chwyciła za paczkę z tabletkami i podała je Thomasowi. Godzinę później pod dom na sygnale przyjechała karetka. Lekarz stwierdził, że pacjent nie żyje. Jola w tym czasie stała w kolejce przy kasie w markecie Aldi przy Bahnhofstraße (ul. Dworcowej). Zadzwoniła jej komórka z niemieckim numerem w Tmobile. Na wyświetlaczu migał napis "Agata ruft an", czyli komunikat: Agata dzwoni. - Odebrałam telefon i usłyszałam zapłakaną Agatę. Powiedziała: tato nie żyje - relacjonuje Jolanta.

Zostawiła zakupy i zaczęła biec w kierunku domu. Płakała. Przez trzy lata zżyła się z Thomasem. Nie wiedziała co się stało. Po 15 minutach, w upalny dzień, była już w domu. Akurat lekarze wynosili na noszach ciało jej podopiecznego. - Agata mocno mnie objęła. Płakałyśmy obie. Żadna z nas nie wiedziała co się stało - opowiada 53-latka z okolic Zielonej Góry. Nie wiedziała co ma ze sobą począć. Poszła się pakować. Do pokoju wbiegła Agata - córka Thomasa, który kilkanaście minut wcześniej zasnął na wieki wieków. Krzyknęła do niej, łamaną polszczyzną: hej! Ty tu być! Widocznie podłapała słówka, gdy Jolanta rozmawiała przez Skype. Czemu miała zostać? Kazała poczekać opiekunce na pogrzeb i pomóc przygotować stypę.

Po trzech dniach do domu zadzwoniono ze szpitala. Lekarze mieli problem z ustaleniem przyczyny śmierci. Zrobili badania krwi. Stwierdzono przedawkowanie leków. - Agata zaczęła obarczać się winą za śmierć ojca, a ja zostałam bez pracy - mówi Jolanta. Wróciła do Polski z portfelem pełnym euro. Miała zrobić sobie wolne, ale po tygodniu zadzwoniła Agata z ofertą pracy u koleżanki. Miałam mieszkać dalej z nią, ale od 8 do 15 pilnować ojca jej sąsiadki. - Nie zgodziłam się, bo Hans bierze leki - żartuje Jolanta.

Adrian Grochowiak

Imię i nazwisko bohaterki zostało zmienione na jej prośbę.

Dowiedz się więcej na temat: praca na czarno | praca za granicą | Niemcy | "Ja | Ale | opiekunka | emigracja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »