Reklama

Felieton Gwiazdowskiego: Podatek dochodowy musi odejść!

Dziś 30 kwietnia. Właśnie mija termin złożenia na siebie donosu do urzędu skarbowego. Jego niezłożenie jest karane.

Reklama

Dlaczego donosu? Mamy wyznać, jakie osiągnęliśmy przychody i jakie ponieśliśmy koszty. Jaki mamy przychód, to raczej każdy wie. Jakie koszty są kosztami, które można odjąć od przychodu, to już nie jest takie pewne. Dlatego przepisy podatkowe świetnie ilustrują powiedzenie stalinowskiego prokuratora Andreja Wyszyńskiego "dajcie mi człowieka, a znajdę mu paragraf". W gąszczu przepisów podatkowych o to naprawdę nietrudno.

Reklama

Przekonały się o tym choćby tak zwane ofiary ulgi meldunkowej, które były de facto ofiarami PO-PiS-u, bo obie te partie w taki sposób zmieniały przepisy w 2006, a później w 2008 roku, że podatnicy powpadali w zastawioną na nich pułapkę. Jak byli zameldowani w mieszkaniu, które sprzedawali przed upływem pięciu lat od jego nabycia, to nie wykazywali w "zeznaniu" podatkowym przychodu z tego tytułu, gdyż z podatku byli zwolnieni. 

To samo w sobie ciekawe, bo przecież jak kupili to mieszkanie za 100 i sprzedali za 100 to też żadnego dochodu nie uzyskiwali - ale ten absurd już tu onegdaj opisywałem. Musieli jednak złożyć urzędowi oświadczenie, że byli zameldowani, choć urząd o tym i tak wiedział. O tym, że mają złożyć takie oświadczenie nie mogli przeczytać w ustawie podatkowej obowiązującej w roku podatkowym, w którym składali zeznanie, bo w tej ustawie przepisu takiego nie było. Był w innej - wcześniejszej, o czym też już tu pisałem.

Co ciekawe, twórcy tego naszego "państwa prawnego" i podatku dochodowego (bo to ci sami) nie ukrywali nawet swoich intencji i nie posłużyli się pojęciem "deklaracja", tylko właśnie "zeznanie". W sumie dobrze, że deklaracji PIT-11 o naszych zarobkach, którą nasi pracodawcy muszą przesyłać do organów tego "państwa prawnego", nie nazwali donosem. Bo przecież mogli. Przed esbekami też się składało zeznania, a niektórzy pisali do nich donosy na sąsiadów i znajomych.

To wszystko uczyniła swoim obywatelom Rzeczpospolita Polska, która jest - zgodnie z art. 2 konstytucji - "demokratycznym państwem prawnym urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej". 

Przekaż 1% na pomoc dzieciom - darmowy program TUTAJ

W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej depczącej prawa człowieka i obywatela, jak jakiś "esbek" (ze Służby Bezpieczeństwa - "SB") chciał się dowiedzieć, gdzie ktoś pracuje, ile zarabia, na co wydaje, to się musiał za nim nachodzić, o niego ludzi wypytać. Jak chodził, to mogliśmy go zauważyć, jak o nas wypytywał, a o to pytani zazwyczaj nam mówili. Dziś przyciska klawisz na komputerze. I wie. Dzięki telefonii komórkowej wie nawet, gdzie aktualnie jesteśmy, z kim rozmawiamy. Łatwo się może dowiedzieć nawet o czym rozmawiamy. Ale to wszystko za naszym cichym przyzwoleniem. Niby wiemy, że nas mogą inwigilować, ale z używania środków do tego służących nie chcemy zrezygnować. Natomiast ze złożenia "zeznania" podatkowego PIT zrezygnować nie możemy, nawet jakbyśmy chcieli.

Ostatnio popularność zyskuje postulat, by te autodonosy, które każdy musi składać na siebie były... jawne. Co ciekawe, osoby postulat ten wspierające, walczą też o prawa obywateli - między innymi o prawo do prywatności i ochrony danych osobowych. No cóż - twórcy idei sprawiedliwości społecznej posługiwali się dialektyką, bo im nie za bardzo szło posługiwanie się logiką. Zresztą samej klasycznej dialektyki (tej stworzonej przez Arystotelesa) też za bardzo nie kumali, więc sięgnęli do jej postaci zwulgaryzowanej przez Marksa i Hegla. 

Urzędy skarbowe i urzędy kontroli skarbowej pełnią dziś funkcje podobne do tych, jakie pełniła kiedyś Służba Bezpieczeństwa. Ma tylko znacznie lepsze - nowocześniejsze - środki do tego. Różnica jest taka, że esbecy mieli zwalczać tych, którzy zagrażali ustrojowi socjalistycznemu, a kontrolerzy skarbowi tych, którzy nie złożyli "zeznania" podatkowego, lub złożyli zeznanie błędne i pomylili się o 10 złotych.

O ile jednak za "komuny" ludziska "szemrali", że esbecy kogoś inwigilują, o tyle za "państwa prawnego urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej" przyjmują dalej idącą inwigilację ze nadzwyczajnym zrozumieniem i spokojem. Może dlatego, że jest to "demokratyczne" państwo prawne - więc sami sobie mogą wybrać, kto ich będzie inwigilować. Bo, że będzie, to pewne. 

Mamy przecież podatek dochodowy, który bez inwigilacji podatników nie mógłby funkcjonować. A politycy spierają się o religię w szkołach, krzyże w urzędach, aborcję, związki partnerskie, ale nie spierają się o podatek dochodowy. Większość uznaje go niemalże za najważniejszą zdobycz cywilizacji. Jego krytyka uważana jest co najmniej - mówiąc elegancko z francuska - za faux pas, albo - mniej elegancko - za "foliarstwo". Można zostać porównanym z płaskoziemianinem, denialistą czy antyszczepionkowcem. Trudno! Napiszę po raz kolejny: "dochodowy musi odejść".

Przy okazji, jednym z najczęściej używanych argumentów w dyskusji zalegalizowaniu związków partnerskich osób jednej płci jest to, że nie mogą one skorzystać ze wspólnego opodatkowania przysługującemu małżonkom. Bardzo łatwo można zlikwidować tę dyskryminację - likwidując donosy PIT.

Robert Gwiazdowski

Autor felietonu wyraża własne opinie.

Dowiedz się więcej na temat: podatek dochodowy | Robert Gwiazdowski | podatki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »