Reklama

Dezaktywizacja zawodowa i inne bajeczki

Nie, 500 plus nie zniechęca do pracy! Jeśli już, to pozwala zmniejszyć zbyt duże obciążenia pracą. Zwłaszcza wśród przepracowanych kobiet-matek, tyrających (jak to się kiedyś mówiło) "na dwóch etatach". Dlaczego tak trudno to zrozumieć?

Pamiętacie, jak nas straszono, gdy wchodził w życie program 500 plus? Budżet miał się zawalić, gospodarka spowolnić, społeczeństwo zbiednieć, a obywatele  pogrążyć się w ogólnej gnuśności. Nie mówiąc już nawet o kobietach pozamykanych w kuchniach jakiegoś wyimaginowanego neopatriarchatu. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło.

Spójrzmy choćby na tę ostatnią kwestię. Niezliczeni eksperci i lobbyści wieszczyli, że jak tylko Polacy zainkasują swoje pięćsetki "na dziecko", to odechce im się pracować. Zamiast tego ruszą gremialnie do monopolowego. Straszenie to arcyneoliberalny FOR Leszka Balcerowicza martwiący się, co to będzie, gdy Polakom poprzewraca się w głowach od nadmiaru pieniędzy. Po lewicę zatroskaną "utrwaleniem patriarchalnych struktur". 

Reklama

Tylko, że fakty okazały się zupełnie inne. Weźmy najpierw ogólny wskaźnik tzw. aktywności zawodowej Polek i Polaków. Współczynnik ten to nic innego, jak procentowy udział aktywnych zawodowo w ogólnej liczbie ludności w wieku powyżej 15 lat. Za osoby pracujące uważa się ludzi wykonujących pracę przynoszącą zarobek, osoby prowadzące działalność gospodarczą, właścicieli i współwłaścicieli gospodarstw rolnych, a nawet duchownych. Do pracujących nie wlicza się za to osób wykonujących pracę na umowę o dzieło czy umowę zlecenie. Czyli tych wszystkich, którzy pracują na umowach cywilnoprawnych. Czyli mówiąc wprost - na śmieciówkach. Oznacza to tyle, że współczynnik aktywności zawodowej w kraju takim jak Polska (gdzie pracy śmieciowej mamy wciąż dużo) jest oficjalnie niższy niż rzeczywista liczba faktycznie pracujących. O czym warto pamiętać. 

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Wróćmy jednak do samych danych. GUS bada ten współczynnik (dane powstają zgodnie z zaleceniami Międzynarodowej Organizacji Pracy i Eurostatu) od roku 1992. Dysponujemy więc liczbami pozwalającymi nam porównać, jak to z tą aktywnością zawodową nad Wisłą bywało. Początkowo - siłą rozpędu po PRL-owskim pełnym zatrudnieniu - współczynnik aktywności zawodowej utrzymywał się więc na poziomie ponad 60 proc. Około 1994 roku zaczął spadać. Jego historyczny dołek to rok 2007, gdy spadł do 53 proc. Potem zaczął powoli, ale jednak, rosnąć.

I teraz najważniejsze: gdyby rację mieli ci wszyscy, którzy wieszczyli, że 500 plus zdezaktywizuje Polaków na amen, to zgodnie z takim tokiem rozumowania powinniśmy mieć kolejne załamanie wskaźnika po roku 2016, gdy program wszedł w życie. Prawda? Ale w rzeczywistości nic takiego jednak nie nastąpiło. Przeciwnie: tak naprawdę w pierwszym kwartale 2021 roku pracowało 57,3 proc. To oznacza wzrost od czasów historycznego dołka o 4 punkty procentowe. A od roku 2016 (początek programu 500 plus) mamy z kolei o 1 pp. więcej pracujących Polaków. 

Krytycy powiedzą pewnie, że to zbyt ogólna miara. I że trzeba wejść w temat głębiej. Bo przecież zbiorczy poziom aktywności zawodowej zależy także od innych czynników - takich jak choćby ogólna gospodarcza koniunktura. Spójrzmy więc głębiej. Na przykład do nowej pracy "Evaluating the 500+ child support program in Poland" (Ocena programu 500 plus w Polsce) autorstwa ekonomisty Filipa Premika z University of Minnesota. 

Kto ma ochotę, może zapoznać się z nią w całości. https://grape.org.pl/WP/53_Premik_website.pdf 

Wnioski płynące z tej pracy można podsumować w sposób następujący.

Po pierwsze: ekonomista nie stwierdza znaczącego wpływu na spadek podaży pracy w Polsce po roku 2016. Jedyne, co widać (i to jest wniosek drugi) to "lekki" spadek podaży pracy kobiet. Tak, właśnie "lekki". Czyli nie żaden "kolosalny", "diametralny" czy "ogromny". Przesunięcie dotyczy ok. 2-3 punktów procentowych. Oznacza to tyle, że pewna (bardzo niewielka) grupa kobiet ograniczyła swoją zawodowa aktywność. Najpewniej dlatego, że dzięki 500 plus mogły sobie na to pozwolić. I że tego niszczącego wyboru "praca czy dziecko" mogło być w ich życiu trochę mniej. 

Ten ostatni element jest zresztą przez liberalnych (i niestety także lewicowych) krytyków 500 plus kompletnie niedostrzegany. Nie widzą oni, że w tak przepracowanym społeczeństwie, jak to nasze, pięćsetka dała wielu ludziom możliwość postawienia tamy rozlewającej się na inne dziedziny życia pracy i konieczności łączenia (słabo płatnej) aktywności zawodowej w wielu miejscach jednocześnie. 

Ograniczenie to (jak pokazują przytoczone tu dane) nie jest na tyle dramatyczne, by zagrozić ciągłości produkcji przemysłowej czy dynamice gospodarki. Umożliwia jednak drobne zmiany w poziomie zmniejszenia obciążenia pracą po stronie pracownika. 

Ale tego dogmatycy nie chcą przyjąć do wiadomości. Bo dla nich człowiek (a kobieta w szczególności) zdaje się być wyłącznie maszyną do pracy. Maszynie tej nie wolno zaś mieć innych życiowych pragnień. Na przykład nie może chcieć poświęcić więcej czasu wychowaniu dzieci. Bo to stawia ją od razu na pozycjach wstecznych i nadających się tylko do wyszydzenia. 

Te wszystkie fakty nie przeszkadzają jednak dogmatykom upierać się przy tezie o zgubnym wpływie pięćsetki. Powtarzają więc slogany o dezaktywizacji, katastrofie itd. A że rzeczywistość nie zgadza się z ich tezami? Tym gorzej dla rzeczywistości. 

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »