Reklama

Powszechny dochód podstawowy - idea nie warta zachodu

Wygląda pięknie, lecz jest jak wiedźma zrobiona na księżniczkę. Mowa o idei powszechnego dochodu podstawowego wyrosłej wśród zachodnich pięknoduchów, po angielsku - Universal Basic Income, w skrócie UBI (od red.: podstawowy lub bezwarunkowy dochód podstawowy). Od 500 lat nic z niej nie wychodzi i nadal nie warta jest zachodu.

500 lat UBI to nie przesada. Zaczyn idei przypisuje się Tomaszowi More, twórcy "Utopii". Za jej właściwego praojca uważa się jednak mniej znanego od Morusa współprekursora humanizmu. Był nim pochodzący z Walencji, osiadły we Flandrii Żyd-konwertyta, profesor Johannes Ludovicus Vives. W szczegółowym memoriale "De Subventione Pauperum" ("O pomocy dla ubogich") przekazanym burmistrzowi Brugii, Vives dowodził w 1526 r. potrzeby zapewnienia każdemu jakiegoś dochodu. Dalsze ślady prowadzą do angielskich Poor Laws skodyfikowanych w końcu XVI wieku i uchwalanych z myślą o biednych, chorych oraz dzieciach bez opieki.

Reklama

Amerykański prekursor liberalizmu Thomas Paine postulował w 1797 r. w broszurze "Agrarian Justice" obdarowywanie każdego na jego 21. urodziny kwotą 15 funtów (dziś: ok. 1500 funtów) oraz dziesięcioma funtami rocznej emerytury, gdy przekroczy 50. rok życia (angielski robotnik rolny zarabiał wtedy 23 funty rocznie). Środki zapewniałby podatek od własności ziemskiej. Nazwał to rentą gruntową (groundrent), bo było to przed rewolucją przemysłową i ówczesny PKB powstawał głównie na wsi. Pomysł Paine'a przemyśliwał wdrożyć Napoleon Bonaparte, ale nie zdołał, bo głównie wojował, a mniej rządził. Naśladowców było potem wielu. W czasach nieodległych zwraca uwagę inicjatywa prezydenta Richarda Nixona pn. Family Assistance Plan, bardzo podobna do polskiego 500 plus. Projekt ustawy z 1969 r., który przeszedł gładko przez Izbę Reprezentantów, lecz poległ w Senacie, zakładał przekazywanie równowartości dzisiejszych 10 600 dolarów rocznie każdej rodzinie z dziećmi, przy czym wypłaty miały być jednak uzależnione od dochodów rodzin.

Po dłuższej chwili neoliberalnego wytchnienia w ekonomii od czarów-marów i zaklęć, wbrew tysięcznym przesłankom wskazującym, że rolą i przeznaczeniem człowieka jest praca, dziś znów wracają głosy, że przedsionek do szczęścia otworzyć można za pomocą czarodziejskiej różdżki. Autorzy obecnej wersji zwanej dochodem gwarantowanym, bezwarunkowym lub powszechnym tu i ówdzie zdołali przebić się z nim do praktyki. Przykre to, ponieważ pomysłów do luftu są tysiące, lecz giną na szczęście równie masowo jak jętki jednodniówki, ten zaś uparcie nie chce zginąć.

Mrzonka Andrew Yanga

UBI miałby być lekarstwem na biedę, na strach przed utratą pracy, na nerwice i depresje związane z kieratem zawodowym, ale także specyfikiem ułatwiającym osiągnięcie takiego czy innego poziomu szczęścia. Do listy argumentów "za" dopisać można dziesiątki kolejnych domniemanych pozytywów, ale szkoda sił, bo i tak dojdzie się do wniosku, że najlepiej być młodym, zdrowym i bogatym. To zapewne z tego powodu z eksperymentów z UBI wycofał się rakiem rząd Finlandii, a niedawno także władze kanadyjskiej prowincji Ontario.

Ale porażki nie odstraszają. Wśród świeżych zwolenników UBI wyróżnia się Andrew Yang, amerykański prawnik, biznesmen, a od niedawna polityk ubiegający się u Demokratów o nominację do najbliższych wyborów prezydenckich. Yang uczynił dochód gwarantowany kluczem swojej kampanii, a szczegóły wyłożył w książce o "Wojnie przeciw zwykłym ludziom" ("The War on Normal People").

W wersji Yanga UBI w wysokości 1000 dolarów miesięcznie, a więc 12 tysięcy rocznie należałby się każdemu obywatelowi USA w wieku ponad 18 lat. Finansowanie polegałoby na likwidacji większości federalnych programów socjalno-pomocowych oraz wprowadzeniu w Stanach Zjednoczonych 10-procentowego VAT.

Po to, żeby przydać sprawie i swemu zaangażowaniu nieco wiarygodności Yang postanowił wydać własnych 120 tysięcy dolarów na sfinansowanie "stypendiów" w wysokości 1000 dolarów miesięcznie dla wybranych 10 amerykańskich rodzin. Już sam fakt, że wybrał rodziny, a nie osoby jest znaczący, ponieważ zwiększył zasięg promocji, osłabiając jednocześnie wielokrotnie siłę i zarazem koszt swego osobistego wsparcia. Czyżby zatem zmierzył siły na zamiary?

Powiedzieć, że szanse wprowadzenia ogólnokrajowego UBI w Stanach i gdziekolwiek indziej są zerowe, to powiedzieć mało, bo właściwsza jest ocena, że szanse na coś takiego są wręcz ujemne, cokolwiek miałoby to znaczyć. Mimo to warto jednak zmitrężyć trochę czasu na odpowiedź dlaczego UBI jest pomysłem kiepskim.

Siły na zamiary czy zamiary na siły

Przede wszystkim, odciąga wielu poważnych ludzi od poszukiwania hipotetycznych, wykonalnych rozwiązań problemu biedy i odtrącenia z braku pracy. Rozwiązań, które przystawałyby zarówno do zakorzenionych od tysiącleci postaw indywidualnych oraz relacji społecznych, jak i do możliwości ekonomicznych.

Ludzie nie chcą być równi i tacy nie są. Powoduje nimi interes własny, a w interesie ogółu działają wtedy, gdy w jakiejś perspektywie widzą w tym ten pierwszy. Są oczywiście wyjątki, ale potwierdzają one wyłącznie regułę. Warto w przytoczonym kontekście znać cztery krótkie zdania z dzieła Yuvala Noaha Harari pt. "Sapiens, od zwierząt do bogów". Światowej już sławy historyk napisał: "Podobnie jak przedstawiciele elit starożytnego Egiptu w większości kultur ludzie poświęcają życie na budowanie piramid. Zmieniają się tylko nazwy, kształty i rozmiary tych piramid. Mogą na przykład przybierać postać podmiejskiej rezydencji z basenem i wiecznie zielonym trawnikiem albo luksusowego penthouse'u z zapierającym pierś widokiem. Niewielu kwestionuje mity, które sprawiają, że w ogóle pragniemy piramidy".

Z perspektywy natury ludzkiej, UBI w tej czy innej nieśmiesznej wysokości będzie zawsze za mały w relacji do kosztów wymarzonej osobistej "piramidy", jak również stanowczo zbyt duży w relacji do możliwości wytwórczych społeczeństw i w ogóle świata.

Gdy przejść do strony finansowej, wystarczy liczydło. Amerykańskie Biuro Spisów szacowało, że w połowie 2018 r. ludność USA liczyła 327 milionów, z czego 22,4 proc. to dzieci i niedorostki. Amerykanów w wieku powyżej 18 lat jest zatem w okolicach 254 milionów. Wobec tego, UBI Andrew Yanga dla wszystkich dorosłych kosztowałby rocznie 3000 miliardów z kawałkiem, czyli 3 biliony dolarów plus coś tam (254 miliony osób razy 1000 dolarów miesięcznie razy 12 miesięcy).

Tymczasem wszystkie wydatki budżetu federalnego zapreliminowane na rok finansowy 2020 mają wynieść prawie 4,75 bilionów dolarów. Podatków i wszelkich innych danin na to nie wystarczy, bo dochody budżetowe osiągnąć mają 3,64 bilionów. Różnica 1,1 biliona dolarów między wydatkami a dochodami pokryta zostanie długiem do ewentualnej spłaty przez potomnych, czyli sprzedażą rządowych obligacji.

W ujęciu istotnym dla pomysłu UBI wiedzieć trzeba również, że na wypłaty z tytułu tzw. Social Security, Medicare i Medicaid oraz na liczne mniejsze programy pójdzie w USA prawie 60 proc. wydatków federalnych. W roku budżetowym 2020 wydatki na zabezpieczenie z tytułu Social Security mają wynieść 1 102 mld dol., a więc tyle, ile ma mieć zaplanowany deficyt budżetowy. Medicare (ubezpieczenie medyczne dla osób powyżej 65 lat) to 679 mld, a Medicaid (to samo dla osób ubogich) - 418 mld dol. Źródłem finansowania tych trzech tytułów są podatki obciążające wynagrodzenia, które mają wynieść niespełna 1,3 biliona dolarów. W części socjalnej budżetu amerykańskiego jeszcze przed hipotetycznym UBI Yanga wystąpi zatem deficyt w wysokości ok. 900 mld dolarów, który pokryty będzie z innych wpływów.

Na UBI stać jedynie Luksemburg oraz Danię i Finlandię

Świadom olbrzymiego ciężaru 1000-dolarowego UBI dla każdego Amerykanina Yang założył likwidację całego dotychczasowego "socjalu". Nawet wtedy potrzebowałby jednak do pokrycia całości kosztów powszechnego dochodu gwarantowanego dodatkowych - jak sam podaje - 1,3 biliona dolarów. Wydaje się, że brakowałoby znacznie więcej, ale mniejsza o to. Na ratunek przyjść miałby więc kolejny podatek, czyli niestosowany w Stanach Zjednoczonych VAT.

1000 dolarów to w amerykańskich warunkach niedużo, ale po tysiącu dla żony i męża to już całkiem, całkiem. Punktem odniesienia mogą być koszty mieszkaniowe. Wg ostatniego badania pn. American Housing Survey, w 2015 r. mediana kosztów mieszkaniowych wynosiła 1030 dolarów miesięcznie, w tym 853 dolary z tytułu spłaty kapitału i odsetek od kredytu hipotecznego, a reszta to podatki i ubezpieczenie kredytu. Uznać zatem można, że propozycja Yanga nie mieści się w kategoriach byle jakiej jałmużny. I to jest jej największy minus - na bezwarunkowy dochód powszechny w odczuwalnej wysokości nie stać nawet narodu tak bogatego jak amerykański.

Riposta na takie dictum jest natychmiastowa - jak to nie stać? Wystarczy podnieść podatki dla majętnych, a przede wszystkim oskrobać z pozłoty najbogatszych. W praktyce, istotna podwyżka podatków nie jest możliwa w żadnej demokracji zachodniej. Wymagałaby rewolucji lub zmiany ustroju w wyniku serii wojen domowych, co na razie Zachodowi nie grozi.

W raporcie OECD z maja 2017 r. sformułowany został trzeźwy wniosek, że finansowanie powszechnego dochodu gwarantowanego w odczuwalnej wysokości wymagałoby "dalszego podniesienia wskaźników udziału podatków w PKB (tax-to-GDP), które już teraz są w strefie OECD na rekordowo wysokim poziomie." W przypadku USA i UBI Andrew Yanga wskaźnik ten musiałby zostać podniesiony o 10 punktów procentowych.

W 2016 r. The Economist szacował, że gdyby skreślić wszystkie wydatki socjalne poza tymi na ochronę zdrowia, to odsuwając na bok Luksemburg z jego wulgarnym bogactwem, jedynie w Danii i Finlandii starczyłoby na UBI w odczuwalnej wysokości odpowiednio 10,9 tys. dol. i 10,5 tys. dol. rocznie na osobę. W Stanach Zjednoczonych starczyłoby na 6,3 tys. dol. na osobę, a w Meksyku na 900 dolarów. Notabene, przykład meksykański odsłania Himalaje hipokryzji skrywanej przez zachodnich zwolenników UBI, którzy ronią krokodyle łzy nad niedolą atlantyckiej "quasi-biedoty", lecz nie zająkną się ani słowem o 7 miliardach prawdziwych biedaków z naprawdę ubogich kontynentów.

Rozkułaczenie Gatesa nie pomoże

Po to, żeby UBI mógł osiągnąć wysokości nie wywołujące śmiechu, gospodarki musiałyby podkręcić tempo, żeby było co miesiąc na znacznie wyższy podatek dochodowy lub na podatki pośrednie w rodzaju VAT lub na składkę podobną do rodzimej zusowskiej. Innymi słowy, masz tu swoje 1000 dolarów co miesiąc tylko dlatego, że tu jesteś, mieszkasz i żyjesz, ale wracaj lub idź natychmiast do pracy, bo musisz zwrócić mi ten tysiąc w podatkach. Jak zawsze i wszędzie, gros wpływów podatkowych zapewniają biedniacy i średniacy, bo jest ich najwięcej. Sto lub dwieście tysięcy bogaczy nie jest po prostu w stanie opłacić stałych wypłat sowitych pieniędzy dla paru setek milionów.

Przykład: z najnowszych rankingów wynika, że majątek Billa Gatesa, drugiego na liście najbogatszych ludzi świata, wynosi netto, czyli po odjęciu ciążących na nim zobowiązań, 104 mld dolarów. Aż tyle choć przecież "przepuścił" już wcześniej aż kilkadziesiąt miliardów na cele charytatywne. A gdyby tak zostawić mu tylko jeden miliard, a resztę potraktować domiarem podatkowym i wydać na UBI? Majątku Gatesa starczyłoby na jeden rok wyłącznie dla mieszkańców Nowego Jorku, a co z resztą Ameryki i co z UBI na następne lata?

Załóżmy zatem odważnie, że z jednorazowego domiaru nałożonego również na pomniejszych bogaczy uzyska się nie 103 miliardy, jak z hipotetycznego "rozkułaczenia" twórcy Microsoftu, lecz np. jakieś 2 biliony. Odwaga w snuciu takich wizji jest potrzebna, bo gotówka i jej ekwiwalenty w posiadaniu 1 proc. najbogatszych gospodarstw domowych Ameryki to wg Bloomberga "jedynie" 304 mld dol., zaś o spieniężaniu bilionowych aktywów produkcyjnych w celach socjalnych strach jakoś myśleć. Bez kasowania obecnego systemu zabezpieczenia społecznego, co jest całkowicie nierealne, dwa biliony przeznaczone na 1000 dolarów miesięcznie na wypłaty na rzecz ogółu dorosłych Amerykanów starczyłyby wprawdzie dla wszystkich uprawnionych, ale nie na cały rok, ale na 8 miesięcy. I co potem? Koniec z UBI?

Bogacze bogaczami, ale są przecież jeszcze korporacje. Według rządowego Bureau of Economic Analysis, łączne zyski wszystkich firm amerykańskich wyniosły 2,3 bilionów dolarów przed opodatkowaniem i 1,83 biliona po podatkach. I dużo to, i mało, a przyszłość to inwestycje.

Zbiorcza aktywność inwestycyjna rozumiana jako uruchamianie nowych przedsięwzięć produkcyjnych i usługowych jest w Stanach, tak jak w Europie i Polsce, mniejsza niż kiedyś. Jednak inwestycje są nadal potężne. Tzw. capex (capital expenditures), czyli wydatki na środki trwałe poniesione przez ogół amerykańskich przedsiębiorstw, łącznie z sektorem finansowym, wyniosły w 2018 r. prawie 5,7 bilionów dol. Źródłem finansowania były środki własne pochodzące z gromadzonych przez lata zysków oraz kredyty i pożyczki. Osłabienie siły finansowej amerykańskich korporacji poprzez grabieżcze opodatkowanie w celu uruchomienia UBI autorstwa Andrew Yanga, byłoby strzałem w stopę.

Przedstawione powyżej wartości są wyrwane z bardzo szerokiego kontekstu i nie są jakimkolwiek dowodem na cokolwiek. Przytoczone zostały jedynie po to, żeby uświadomić, że zasoby najbogatszych państw są wielkie, ale też i bardzo małe, zwłaszcza w relacji do marzeń i wygórowanych roszczeń.

Tegoroczne nagroda noblowska z ekonomii wyróżniła ekonomistów za dobre podejście do rugowania globalnego ubóstwa. W uzasadnieniu werdyktu napisano, że dobra jest metoda podziału problemu na mniejsze obszary. W Polsce rozsądnie uniknięto pułapki UBI i wprowadzono program 500 plus głównie z myślą o dzieciach. Jest chwalony i miejmy nadzieję, że będzie trwał długo, nie z nadzieją, że dzieci będzie więcej, bo teza o katastrofie demograficznej jest z gruntu fałszywa, a na to, że dzięki dobrze wydanemu wsparciu będą zdrowsze i silniejsze, a przed wszystkim mądrzejsze, więc lepiej niż obecne pokolenia poradzą sobie z przyszłością.

Mnóstwo ludzie wierzy, że znajdzie się kiedyś jeden uniwersalny lek "na całe zło". Stąd idee w rodzaju UBI. W ekonomii, gospodarce i biznesie, podobnie jak w medycynie, w której także poruszamy się często po omacku, powinna obowiązywać zasada - przede wszystkim nie szkodzić. UBI byłby zaś jak taca z ciastem - słodkim i pysznym, ale też bardzo niezdrowym. A co zamiast? Może ruch i praca?

Jan Cipiur
Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »