Reklama

Rafał Woś: Zagadka unijnej płacy minimalnej

Unia powinna mieć płacę minimalną. Na przykład w ustawowej wysokości 50-60 procent średniego wynagrodzenia w danym kraju. Europie by to nie zaszkodziło. Przeciwnie. Jednak - jak dotąd - Unia nie ma wspólnej płacy minimalnej. Dlaczego?

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Dziś jest tak, że Unia Europejska z jednej strony wydaje się podobna do wścibskiej sąsiadki. Takiej, co to przyjdzie i zajrzy do każdego garnka i jeszcze skrytykuje brak porządku w szafie. Przez lata Bruksela bardzo uważnie pilnowała na przykład, by dług publiczny oraz deficyt budżetowy nie przekraczały dopuszczalnych limitów. Co zajmuje ważne miejsce w eurotraktatach. Unijnej kontroli oraz zatwierdzaniu podlegają także wszelkie próby udzielania pomocy publicznej. Nie mówiąc już o tym, jak mają wyglądać polityka klimatyczna albo energetyczna.

Reklama

Tylko tak się jakoś dziwnie składa, że gdy idzie o koordynację kwestii płacy minimalnej, to Unia zachowuje się jak swoje własne przeciwieństwo. Od lat rozkłada ręce i mówi, że... się nie da. Dlatego mamy w zasadzie tyle modeli, co krajów członkowskich. A wszelkie próby rozmowy o unijnej "minimum wage" są od lat blokowane przez lobby pracodawców oraz jedzących im z ręki polityków. Przy niemal jednogłośnym poparciu mediów, które o unijnej płacy minimalnej albo milczą. Albo twierdzą usłużnie, że "to się przecież nie uda".

Efekt? W roku 2021 między Bułgarią a Luksemburgiem wysokość płacy minimalnej (nominalnie) różniła się... siedmiokrotnie. I prawie cztery razy, jeśli mierzyć wedle parytetu siły nabywczej. A przecież to dopiero początek różnic. W niektórych krajach stawka minimalna jest wszak ustalana ustawowo. Gdzie indziej drogą branżowych układów zbiorowych. Są wreszcie i takie kraje, w których płacy minimalnej nie ma wcale. Obecnie mamy taką sytuację aż w sześciu krajach członkowskich.

Czy Europa na tym korzysta? Oczywiście, że nie! To oczywiste, że tak wielkie różnice otwierają wręcz ogromne pole do płacowego arbitrażu pomiędzy krajami. Wygrywa na tym kapitał, który albo idzie tam, gdzie jest taniej. Albo straszy, że sobie pójdzie jeśli pracownikom uda się zbyt wiele wywalczyć. Te różnice da się perfekcyjnie rozgrywać pogłębiając  nieufność między pracownikami. Między wschodem a zachodem. Między tanimi a drogimi pracownikami. Zachód widzi we wschodnich pracownikach nieuczciwych konkurentów. Nasi pracodawcy ciągle straszą, że jeśli tempo wzrostu płacy minimalnej będzie utrzymane, to uciekną do innego kraju, który płaci mniej. To kompromituje ideę europejską. Wydaje się, że sto razy bardziej niż np. obecny polski spór o sądownictwo.

Na szczęście to nie jest tak, że nikt o tym nie mówi. Sprawę od lat próbują pchać do przodu europejskie związki zawodowe. W tym gronie bardzo aktywna jest nasza Solidarność. To oni młotkują europosłów, by przynajmniej Parlament Europejski - było nie było najbardziej demokratyczny z unijnych organów - nie porzucał tematu. Jest więc rezolucja Parlamentu Europejskiego z 2019 wzywająca Komisję do zaproponowania odpowiedniego instrumentu w sprawie "minimum wage". Są też sprawozdania Europarlamentu o tym, że warto wspierać układy zbiorowe oraz wstępny projekt dyrektywy o adekwatności płac minimalnych. W listopadzie Parlament Europejski przegłosował przekazanie sprawy do dalszych prac.

A przecież tu nie chodzi o żadną rewolucję. Tylko raczej o to, by wykonać przynajmniej pierwszy krok naprzód. Na początek przyjmując, że w żadnym kraju Unii najsłabszy zatrudniony nie może zarabiać mniej niż 50-60 proc. średniej krajowej. To już by było coś. W międzyczasie Unia powinna stworzyć mechanizmy ujednolicania sposobów dochodzenia do takiej płacy i jej stałego utrzymywania. Jakoś kiedy chodziło o kontrolę długu publicznego czy deficytu budżetowego Bruksela potrafiła wymuszać swoją wolę na państwach członkowskich. Podobnie jest dziś z polityką klimatyczną. Czemu płaca minimalna traktowana jest po macoszemu?

Taki kierunek to dla Unii wielka szansa. Szansa na to, by uciec z pułapki eurointegracji neoliberalnej, w którą się w minionych dekadach zapędziła. I na oparcie Unii na tym, co było kiedyś jej wielką siłą. Na ponadnarodowej solidarności. W interesie zwykłych ludzi. A nie tylko ku uciesze bogatego kapitału oraz jego stronników w mediach oraz polityce.

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »