Reklama

Widmo zabójczej spirali płacowo-cenowej

Tolerowanie wysokiej inflacji pod nośnym politycznym hasłem "bo płace rosną szybciej" to prosta droga do nakręcenia zabójczej spirali płacowo-cenowej, która z jednej strony utrwalać będzie inflację, a z drugiej obniżać konkurencyjność polskiej gospodarki, bo w pewnym momencie za kosztami pracy nie nadąży wydajność. Założenie, że płace powinny rosnąć szybciej od wzrostu cen jest słuszne, ale nadmierne rozbudzenie oczekiwań płacowych, a z tym mamy teraz do czynienia, przedsiębiorcy mogą nie wytrzymać.

Inflacja 5,4 proc. w sierpniu jest na najwyższym poziomie od dwudziestu lat i nic dziwnego, że rozbudziła gorącą dyskusję nie tylko na temat jej przyczyn i pilnej potrzeby podwyżki stóp procentowych, ale także zjawisk mogących ją nie tylko utrwalić, ale wręcz jeszcze dodatkowo podbić. Chodzi z jednej strony o rozbudzone oczekiwania inflacyjne konsumentów i przedsiębiorców (pierwsi kupują, bo w powszechnym przekonaniu ma być jeszcze drożej, drudzy z tego samego powodu podnoszą ceny swoich usług i towarów), a z drugiej o groźbę nakręcenia spirali płacowo-cenowej, czyli - w uproszczeniu - rosnącej presji pracowników na podwyżki płac, aby zneutralizować, dostosować do budżetów domowych skutki szalejących cen. 

Reklama

Takie dostosowanie przełoży się na utrwalenie inflacji, a nawet jej podgrzanie, to w ten sposób otrzymujemy efekt błędnego koła. Bo jeśli przy inflacji 5-proc. pracownik żąda od szefa 8-9 proc. podwyżki (oczywiście z górką, aby zabezpieczyć się przed kolejnym przewidywanym wzrostem cen), to ile zażąda przy inflacji 6- albo 7-proc.? Odpowiednio więcej, znowu z zakładką, aby przez kolejne miesiące mieć na drożejący chleb czy usługi i żyć bez poczucia, że był frajerem, który tylko utrzymał swoją realną siłę nabywczą, a przecież chce żyć lepiej i za większe pieniądze, kupić mieszkanie na kredyt czy nowy samochód, wyjechać na drożejące wakacje itd.

Co prawda bank centralny zapewnia, że teraz nie ma mowy jeszcze o takiej spirali płacowo-cenowej w Polsce, a gdyby takie zagrożenie się pojawiło, to będzie przeciwdziałać. Jednak można postawić tezę, że na tak rozbujanym rynku pracownika, z jakim mamy u nas do czynienia, spirala taka może się łatwo rozkręcić. Tym bardziej, że pojawiają się częste polityczne głosy z gremiów rządowych, że inflacja wcale nie jest taka zła dla konsumentów, skoro gospodarka się rozwija, a ich płace rosną w szybszym tempie. Taka sprytna polityczna retoryka, aby złagodzić inflacyjne lęki społeczeństwa, może jednak odnieść przeciwny skutek, bowiem może zostać odczytana jako wręcz zachęta do coraz ostrzejszych żądań płacowych, popartych nawet groźbami strajków. W ostatnich latach przećwiczyliśmy taki scenariusz w niektórych spółkach państwowych, gdzie płace i zgoda na ich podniesienie jest elementem gry o tzw. spokój społeczny, czyli w praktyce głosy w kolejnych wyborach. Ale ostatnio groźby strajkowe na tle płacowych zaczynają się także w sektorze prywatnym. Dlatego argument, że płace rosną szybciej od inflacji, więc tak naprawdę nie ma się czym przejmować, jest chybiony i w dłuższej perspektywie może przynieść opłakane skutki dla całej gospodarki.

Oczywiście, statystycznie w liczbach wszystko wygląda w porządku: przy 5,4 proc. mamy wzrost płac rzędu 8-9 proc., więc nawet uwzględniając wysoką realną utratę wartości pieniądza, nie powinniśmy narzekać. Jednak jak ktoś trafnie powiedział, statystyki nie da się włożyć do garnka, więc pracownicy liczą, liczą i coraz bardziej łapią się za głowę. Wszak nie każdy jest managerem w prywatnej czy państwowej firmie, specjalistą IT albo... politykiem (też ostatnio urosły tam pensje), tylko miliony pracują na mniej eksponowanych stanowiskach, gdzie zarabia się słabo, koszty są pod ścisłą kontrolą i nie łatwo dostać podwyżkę. Nie mówiąc już o budżetówce, która zdążyła się przyzwyczaić do zamrażanie płac i jedyne na co może liczyć, to tak naprawdę nagrody. A nagrody, szczególnie przez ich uznaniowość, to nie to samo, co stałe dochody.

Gdy spojrzymy bliżej na argumentację "bo płace rosną szybciej", to jest ona niebezpieczna jeszcze z jednego powodu, ponieważ stosuje się ją do uspakajania społeczeństwa w sprawie wzrostu cen... nieruchomości. Według politycznej retoryki ma być tak - skoro rosną płace, to chętni na mieszkanie mają coraz większą zdolność kredytową i stać na coraz większy kredyt mieszkaniowy. Więc o co chodzi? Ano o to, że dla chętnych na własne lokum, szczególnie młodych, to argumentacja jak z kosmosu. Bo po pierwsze, dopiero rozpoczynają pracę, więc ich zarobki raczej nie należą do wysokich, po drugie ceny mieszkań tak odjechały m.in. z powodu utrzymywania prawie zerowych stóp procentowych, że wyzwaniem staje się nie tylko zorganizowanie kredytu, ale nawet zgromadzenie wystarczającego wkładu własnego. 

Po trzecie, warto nie zapominać, że kredyty hipoteczne to długoterminowe zobowiązanie, często na 30 lat i przez ten czas wszystko może się wydarzyć - od utraty pracy lub obniżkę płacy, po recesję lub stagnację w gospodarce. W takim negatywnym scenariuszu ten, kto rzekomo dziś "może więcej", bo dostał podwyżkę, znajdzie się w pułapce kredytowej, tyle że złotowej, a nie frankowej. Przygnieciony długiem z lat prosperity i nakręcającej się spirali płacowej będzie mógł tylko z rozpaczą wspominać, że z powodu nadmuchania bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości był zmuszony kupić mieszkanie za pół miliona złotych, a nie np. 350 tys. zł. Dlatego używanie argumentu "bo przecież rosną płace" do lekceważenia przyczyn i skutków szoku cenowego na rynku nieruchomości może fatalnie się skończyć dla teraz zaciągających kredyty.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Argumentacyjny wytrych "bo przecież rosną płace" łatwiej pasuje do firm państwowych niż prywatnych. Nie jest tajemnicą, że w dużo gorszej sytuacji otrzymania podwyżek masowych, a nie indywidualnych, są pracownicy sektora prywatnego niż państwowego. Owszem, całe załogi mogą żądać podwyżek, używać straszaka strajkowego, ale są pewne granice, których prywatny właściciel nie pozwoli przekroczyć pod względem kosztów. W ekstremalnym wypadku, może po prostu zamknąć firmę i przenieść ją do innego kraju. 

Pracownicy w prywatnych firmach pod względem możliwości walki o dostosowanie płac do inflacji (czytaj podnoszenia) stoją na dużo gorszej pozycji, niż w firmach państwowych, bo w tych ostatnich dochodzi komponent polityczny. Załogi wielkich państwowych koncernów nie raz pokazały, że potrafią się postawić nominowanym politycznie zarządom, a jak tylko coś idzie nie po ich myśli, albo firma tłumaczy, że na takie podwyżki jej nie stać, to z mety żądają przyjazdu odpowiedzialnego ministra, jeśli nie samego premiera. Oczywiście dymisji władz firmy, które nie rozumieją słusznych postulatów płacowych, nawet jeśli w firmie naprawdę źle się dzieje finansowo. 

Dlatego warto obserwować tej jesieni załogi wielkich państwowych firm, które nie są ślepe na wysoką inflację, bo o drożyźnie rozmawia się już umownie "u cioci na imieninach", tak  samo jak o pogodzie czy piłce nożnej. Ustępstwa płacowe w wielkich firmach państwowych stały się w ostatnich latach regułą, nawet jeśli było widmo tarapatów finansowych (jak w Polskiej Grupie Górniczej) i to właśnie może być zapalnik w rozkręceniu spirali płacowej, która podgrzeje ceny i ostatecznie - inflację. Zatem przydałoby się mniej uspokajania, a więcej zimnej kalkulacji w jakim kierunku idą płace w Polsce i czy nadąży za nimi wydajność pracy. Bo jeśli będziemy istotnie zbliżać się nominalnie do wynagrodzeń zachodnich, a pod względem wydajności pracy odstawać, to w końcu gospodarka stanie się niekonkurencyjna - jej towary i usługi zbyt drogie dla zagranicznych odbiorców. 

Taki smutny może być finał lekceważenia wysokiej inflacji, która jest katalizatorem presji płacowej, bo nadmiernie rozhuśtane wyjdą ostatecznie wszystkim bokiem. Spirala płacowo-cenowa to nie żadna fatamorgana i straszenie, tylko realne zagrożenie. Nawet jeśli oficjalnie jej jeszcze w Polsce decydenci nie widzą, to czai się tuż za rogiem... A polityczne hasła w stylu "bo przecież rosną pensje" tylko dolewają oliwy do oczekiwań pracowników.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »