Reklama

Emilian Kamiński, dyrektor Teatru Kamienica: Skorzystaliśmy z rządowej tarczy

Tak jak większość przedsiębiorców skorzystaliśmy z rządowej tarczy. Na szczęście też mieliśmy wyśmienitą pierwszą połowę sezonu. Na początku pandemii obiecałem sobie, że nie zwolnię żadnego pracownika. Obietnicy dotrzymałem, udało się przetrwać najgorsze - mówi Emilian Kamiński, dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Kamienica w Warszawie w rozmowie z Moniką Borkowską.

Monika Borkowska, Interia: Czy czas kwarantanny był czasem straconym?
Emilian Kamiński, dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Kamienica: Czy czas jest stracony czy nie zależy tylko od człowieka, od jego pomysłu na życie. To był dobry moment na refleksję, okazja do uporządkowania pewnych spraw. Jeśli chodzi o teatr, przeprowadziliśmy prace porządkowe, pracowaliśmy nad nową sztuką "Metoda na wnuczka". Staraliśmy się w miarę możliwości zachować jakąś aktywność.

Reklama

Kolejny etap rozmrażania gospodarki umożliwił otwarcie teatrów od 6 czerwca. Kiedy działalność wznowi Teatr Kamienica?

Jeszcze chwilę się wstrzymamy. Chcemy zobaczyć, jak będzie przebiegał ten proces w początkowym stadium. Rozpoczniemy działalność w połowie lipca. Będziemy grali przez całe wakacje, oczywiście w wymaganym reżymie sanitarnym - widownia zapełniona w połowie, widzowie w maseczkach, udostępnione płyny dezynfekcyjne. Nie będziemy otwierać szatni, ale biorąc pod uwagę, że na widowni co drugie miejsce będzie wolne, nie będzie problemu z odłożeniem płaszcza. Zamierzamy serwować w przerwach kawę, herbatę, napoje. Wszystko zgodnie z zaleceniami.

A aktorzy? Jakie obostrzenia czekają pracowników teatru?

Będziemy grali sztuki w mniejszych obsadach, by nie narażać aktorów na nadmierny kontakt z innymi. Aktorzy i pracownicy pracujący przy spektaklu będą mieli mierzoną gorączkę, będą podpisywane oświadczenia, że są zdrowi.

Goście nie będą takich deklaracji podpisywać? Dyrekcja Teatru Narodowego zapowiedziała, że widzowie będą musieli przynosić ze sobą oświadczenia.  

Wciąż jest dużo pytań i niepewności, między innymi dlatego przesuwamy otwarcie na połowę lipca. Kwestie bezpieczeństwa są dla nas priorytetowe. Zamierzamy dokładnie przyjrzeć się obecnym realiom, sprawdzić, jak z bieżącymi wyzwaniami poradzą sobie inni. Ludzie, którzy idą do kina, niczego nie muszą podpisywać, podobnie ci, którzy wybierają się na basen czy na siłownię. Jeśli jednak będzie to uzasadnione, to oczywiście wdrożymy kolejne procedury związane z RODO.

Widzowie sygnalizują chęć powrotu?

Tak, mamy wspaniałych widzów, z którymi jesteśmy ciągle w kontakcie. Większość z nich poprzesuwała terminy biletów, za co z całego serca dziękuję. Nasza publiczność jest bardzo lojalna.

Jaki jest miesięczny koszt utrzymania teatru?

W normalnej rzeczywistości to około 470 tys. zł, łącznie z płacami aktorów. Mamy zatrudnionych na stałe blisko 50 pracowników, aktorzy pracują na umowy zlecenie.

Jak poradziliście sobie finansowo w czasie kwarantanny? Otrzymaliście jakieś wsparcie?

Tak jak większość przedsiębiorców skorzystaliśmy z rządowej tarczy. Na szczęście też mieliśmy wyśmienitą pierwszą połowę sezonu, po raz pierwszy mieliśmy uniknąć kredytu na wakacje tak, jak to bywało do tej pory. Bardzo odpowiedzialnie podchodzimy do finansów, nie jesteśmy rozrzutni, szanujemy pieniądze, które zarobiliśmy. Każde sto złotych przed wydaniem oglądam z obu stron - tak mam od dziecka. Najważniejsze jest jednak dla mnie, że na początku pandemii obiecałem sobie, że nie zwolnię żadnego pracownika. Obietnicy dotrzymałem, udało się przetrwać najgorsze.

Sytuacja się poprawia, ale do normalności daleko. Na widowni zajęta będzie tylko połowa miejsc. Czy to spina się finansowo?

Największa ze scen Teatru Kamienica liczy 319 miejsc. Zapełnienie połowy w najlepszym wypadku zaledwie pokryje koszty.  O opłacalności biznesu możemy mówić, gdy sprzedamy dwie trzecie biletów na spektakl.

Co będzie jeśli jesienią przyjdzie druga fala zachorowań? Udźwigniecie kolejny kryzys? 

Kiedyś pewna starsza pani, którą spytałem, co u niej, powiedziała mi: "Mam za dużo, żeby umrzeć, a za mało, żeby żyć". Na ten moment, mogę tylko powtórzyć jej słowa. Sytuacja jest ciężka, ale muszę dalej funkcjonować, szukać rozwiązań, rozwijać działalność dodatkową, żeby przetrwać kryzys. Mamy do wynajęcia wspaniałe profesjonalne studio nagrań, organizujemy eventy. Wielkie znaczenie mają tu też ludzie - mam bardzo silną drużynę, wierzę że razem to udźwigniemy.

Czternaście prywatnych teatrów postanowiło mówić wspólnym głosem, zawiązując Unię Teatrów Niezależnych. Czy to pokłosie ostatniego kryzysu? Jaki cel chcecie osiągnąć?

Próbujemy zasygnalizować władzom, że istniejemy, w kwestiach szerzenia kultury nie różnimy się niczym od teatrów państwowych czy miejskich. Mój teatr działa jedenaście lat. Krzewimy kulturę, mamy bardzo wielu widzów, zatrudniamy dużo ludzi. Płacimy podatki, jesteśmy normalnym bytem ekonomicznym, a przy tym realizujemy spektakle misyjne związane z historią Polski, Warszawy, czy poświęcone problemom młodzieży, jak "My dzieci z dworca ZOO", "Dopalacze", "Wszechmocni w sieci". Misja nie jest komercyjna, trzeba ją jakoś wspierać. Liczę na to, że kiedyś również teatry prywatne będą wspierane przez władze. W Paryżu na przykład teatr, który działa trzy lata i jest teatrem repertuarowym, wchodzi do puli miejskiej, trafia do niego część środków przeznaczonych na kulturę.

U nas wsparciem są jedynie sponsorzy. Bez nich nie byłoby szans na prowadzenie teatru?

Rosną koszty, wszystko drożeje - każdy przedsiębiorca wie, o czym mówię. A jest pewna granica ceny biletu. Zależy nam na tym, by jak najwięcej ludzi do nas przychodziło, nie możemy i nie chcemy podnosić cen. Teatr musi być dostępny dla wszystkich ludzi, nie tylko dla wybranych, dobrze sytuowanych. O tej ekonomii trzeba pamiętać. Nas głównie utrzymują widzowie, kupując bilety.

W dobie koronawirusa wiele projektów kulturalnych, w tym również teatralnych, przeniosło się do internetu. Czy internet może stać się konkurencją dla tradycyjnych teatrów?

Nie, to są dwie zupełnie różne rzeczy. Internet jest zimny, ubogi w uczucia. Bo uczucia są wtedy, gdy jest energia, gdy są uruchomione zmysły, gdy tworzy się pewna wspólnota. Wymieniamy się energią. Aktorzy oddają ją w trakcie spektaklu, a widzowie chłoną. W internecie tego nie ma. Uczucia przez szybę nie istnieją.

Jakie ma pan plany na najbliższy czas, poza mocnym wejściem w popandemiczną rzeczywistość?

We wrześniu zeszłego roku otworzyliśmy szkołę rzemiosł artystycznych, KamArti. Bardzo zależy mi na tym, by ten projekt rozwijać. To dwuletnia szkoła policealna kształcąca specjalistów realizacji światła dźwięku, multimediów. Na rynku brakuje ekspertów w tej dziedzinie, a nasi absolwenci będą mogli swobodnie poruszać się w każdym z tych obszarów. Mamy swoje pomieszczenia, nauczycieli, sprzęt, studio nagrań. Właśnie prowadzimy rekrutację na kolejny rok.

Czy ciągła walka o byt, o pieniądze, przy zachowaniu jakości i poziomu sztuki nie wyczerpuje? Nie wygodniej byłoby panu na ciepłej posadzie w którymś z państwowych teatrów?

Ktoś kiedyś porównał mój teatr do piekarni. Bardzo trudno jest wyprodukować chleb - trzeba wysiłku, cierpliwości, ale nic tak nie smakuje jak ten bochenek. To najlepszy smak na świecie. Będę to robił dla tego smaku, dla smaku życia. Trudno, trzeba się zjechać, trzeba się zużyć, przejść przez kolejne nieprzespane noce, ale satysfakcja jest ogromna. Do tego dochodzi poczucie, że robi się coś wartościowego i potrzebnego.

Rozmawiała Monika Borkowska

                                                                                                                                                                     

Dowiedz się więcej na temat: Emilian Kamiński | teatr | Teatr Kamienica
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »