Ale nie tylko my tak mamy. Na całym świecie szaleje patriotyzm. W obszarze gospodarki narzędziem patriotyzmu nie są armaty, tylko cła i inne restrykcje handlowe.
Dwie podstawowe kategorie potrzeb
Tymczasem gdy Pan Bóg stworzył Adama, nie obdarzył go żadną ojczyzną. A jak ktoś w Pana Boga nie wierzy, to też wie, że praludzie ojczyzny nie mieli. Ba! Nie mieli nawet wspólnego języka - dopiero z czasem nauczyli się mówić. Człowiek jest przede wszystkim człowiekiem. Jednostką. Taką uczynił go Pan Bóg. Albo ewolucja - jak kto woli. Każda jednostka ma inne potrzeby. Można je podzielić na dwie podstawowe kategorie - potrzeby podstawowe i potrzeby wyższego rzędu. Do której należy "Ojczyzna"? Krzywymi użyteczności różnimy się jak liniami papilarnymi. Ale potrzeby podstawowe są wspólne. Czy nam się to podoba, czy nie, każdy codziennie musi się napić. Bez wody swój patriotyzm będzie mógł okazywać tylko przez trzy dni. Bez jedzenia może przez dziesięć. Lubimy jeść różne rzeczy - jak mamy wybór. Jak nie mamy - zjemy wszystko. Po katastrofie lotniczej w Andach okazało się, że aby przeżyć potrafimy zjadać nawet sami siebie.
Więc przed świętowaniem patriotycznych uniesień rozważmy, skąd mieliśmy śniadanie. Czy komuś, kto snuje rozważania na temat patriotyzmu zdarzyło się to rozważyć z podobnym pietyzmem? Nie? Dlaczego? Bo otwiera lodówkę i ma śniadanie. Ale dwie trzecie ludzkości Świata nie ma w ogóle lodówki. A głodni ludzie myślą o ojczyźnie tylko wówczas, gdy uznają, że ich głód jest wynikiem jej braku, bo to inni, obcy, zabierając ojczyznę, zabrali im też jedzenie.
Wszelkie dobra - w tym te do jedzenia, służące zaspokojeniu potrzeby podstawowej - ludzie mogą zdobyć na dwa sposoby: albo współpracując ze sobą, albo zabierając innym. Kiedyś wydawało się, że ten drugi sposób jest lepszy. Niektórzy zresztą nadal tak uważają, ale nie mając możliwości zabrania innym, z konieczności decydują się na współpracę z nimi. Adam Smith wykazał jednak, że więcej możemy uzyskać współpracując, niż walcząc. Po pierwsze dlatego, że podboje nie są bezkosztowe. Po drugie dlatego, że gospodarka to nie jest gra o sumie zero. Koszty ponoszone w celu zabrania czegoś innym, zazwyczaj przewyższają koszt współpracy w celu wytworzenia tego czegoś. A współpracując możemy wytworzyć więcej.
Emocjonalnie celebrujemy nasz patriotyzm, także gospodarczy
Zalety współpracy pokazuje Leonard Read w książeczce "Ja ołówek", słynny filmik o którym to ołówku przedstawił Milton Friedman. Ale posiadanie ołówka wcale nie jest podstawową potrzebą człowieka. Może być mu potrzebny dopiero, jak się naje. I właśnie dlatego rolnik sieje i zbiera plony? Po to, żeby ktoś inny mógł coś zjeść i po to, by on sam mógł za sprzedane plony kupić sobie coś innego. Czyli - de facto - wymienić swoją pracę na efekty pracy innych. Tej prawdzie niełatwo jednak przebić się do ludzkiej świadomości. Dlaczego? Bo współpraca jest żmudna, a walka emocjonująca. A ludźmi kierują emocje. Więc emocjonalnie celebrujemy nasz patriotyzm. Nie tylko polityczny. Także gospodarczy. Mamy chronić i ojczyznę, i przemysł. A jeżeli "chronimy" swój przemysł, to jego produkty zazwyczaj są droższe - z jakiegoś przecież powodu musimy go chronić przed tańszą lub lepszą produkcją konkurencji. Konsumenci muszą wydawać większe kwoty na ich zakup. Nie mogą więc kupić innych rzeczy, które z pewnością by kupili, gdyby zostały im pieniądze po nabyciu innych, tańszych produktów. W ten sposób nie ma szans rozwinąć się zatrudnienie w innych gałęziach przemysłu. Kupując droższe towary, konsumenci płacą de facto swoisty "podatek protekcjonistyczny" zawarty w podwyższonej cenie. W branży tej może więc nawet wzrosnąć zatrudnienie. Mogą wzrosnąć płacone przez nią podatki. Ale w ostatecznym rachunku nie można mówić o wzroście produkcji krajowej czy zatrudnienia. Konsument zmuszony płacić więcej za jakieś towary ma mniej na inne zakupy. To, co jest dobre dla jednej branży, jest złe dla wszystkich pozostałych. Z tym, że pozytywne skutki dla wybranej branży są na ogół wyraźniejsze i od razu widoczne. Negatywne skutki dla innych są odłożone w czasie i nie są tak wyraziste. Zmniejszenie zatrudnienia nigdzie nie jest wyraźne widoczne, tak jak wzrost w branży preferowanej. Każdy konsument inaczej przeznaczyłby bowiem zaoszczędzone pieniądze. Efekt ich niewydania jest więc początkowo ukryty.
Jak twierdzi Milton Friedman, bałamutna terminologia protekcjonistyczna kryje za sobą nie ochronę, lecz faktyczną eksploatację konsumentów, zawsze bezpośrednio dotkniętych restrykcjami. O ile w gospodarstwie domowym chcielibyśmy kupić jak najwięcej za jak najmniej, to w stosunkach międzynarodowych sytuacja taka nazywana jest "niekorzystnym bilansem handlowym". Absurdalność tego twierdzenia wynika stąd, że nie możemy jeść, ubierać się i cieszyć wyrobami eksportowanymi za granicę. Jemy natomiast banany z Ameryki Środkowej, nosimy włoskie buty, jeździmy niemieckimi samochodami i oglądamy programy na ekranach japońskich czy koreańskich telewizorów. Korzyścią, jaką ludzie odnoszą z handlu międzynarodowego, jest więc właśnie to, co importują. Eksport zaś stanowi swoistą zapłatę za towary importowane. Dlatego dla obywateli danego państwa korzystne jest uzyskiwanie maksymalnie dużego importu za dany wolumen eksportu lub, co na to samo wychodzi, opłacanie danego importu minimalnym eksportem.
Robert Gwiazdowski
Autor felietonu prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji













