Wydawało się, że znaczyły one epoki i przełomy w dziejach względnie nowoczesnego świata. A niemal niepostrzeżenie wojna w Ukrainie trwa również już cztery lata. To zbliża się na łapkach kota, pisał Miłosz w "L'Accélération de l'Histoire". Tyle że inaczej niż w tym przejmującym choć niezwykle krótkim wierszu, tu słychać szczęk oręża, "trzaskanie murów" i widać płomienie.
Konflikty wytwarzają rany, które niezwykle trudno zaleczyć
To będzie tylko narastać w roku 2026. Liczenie na uspokojenie sytuacji, nawet gdyby tu i ówdzie na chwilę podpisano jakieś rozejmy, byłoby błędem. W funkcjonowaniu społeczeństw i państw, w tym co nazywamy stosunkami międzynarodowymi, działają podobne mechanizmy co między zwykłymi ludźmi. Konflikty wytwarzają rany, które niezwykle trudno zaleczyć - praktycznie to się nie zdarza, zawsze zostaje co najmniej jakiś osad. I kiedy dochodzi do kolejnego konfliktu, reakcja jest jeszcze głębsza niż wcześniej, bo oprócz zastrzyku nowych toksyn otwierają się stare rany.
Taki będzie mechanizm wojny systemowej, jaką toczą Stany Zjednoczone, które, według moim zdaniem trafnej diagnozy, gdzieś przeczytanej, jeszcze nie wiedzą, że już nie są supermocarstwem. Lecz co najwyżej jedną z kilku światowych potęg. Toczą tę systemową wojnę z Chinami, ale jeśli spojrzeć na to, jak to robią, to można powiedzieć bez ryzyka błędu, że toczą ją i będą ją toczyć z całym liczącym się gospodarczo i politycznie światem.
Sytuacja jest poważna, choć zarazem groteskowa. Możni i bogaci biją się między sobą, co jakby przesuwa do strefy cienia to, czym naznaczone były wcześniejsze dekady. Wówczas dominował konflikt na osi bogata Północ - biedne Południe czy też Pierwszy Świat - Trzeci Świat. Nazywano to też wojną cywilizacji. A teraz to ten pierwszy świat prowadzi wojnę z samym sobą. Ułatwia ją, a nawet zachęca do niej technologia (stąd wynalazki wojen hybrydowej i cyfrowej) i to, że społeczeństwa składają się w coraz większym stopniu z jednostek, które zatraciły zdolność wartościowej wzajemnej komunikacji, zatopiwszy się w smartfonach.
Przewiduję więc degradację. Konfrontacja z realnym życiem w czasie włóczęgowania się po świecie, w trakcie którego uprawiam podróżopisanie, tylko mnie w tym utwierdza. Koniec końców, ze wszystkich krajów, które odwiedziłem w 2025 roku, a nie było ich mało, najbardziej optymistycznym wydała mi się Erytrea. Pewnie dlatego, że czas się tam trochę zatrzymał, a raczej zwolnił swe tempo i dzięki temu zmiana dewastująca umysły jest spowolniona. Piszę te słowa z marokańskiego Marakeszu, który w szybkim tempie znika, niszczony przez turyzm, kapitalizm i obrazkowe social media. W końcówce lat osiemdziesiątych, gdy po raz pierwszy stałem na legendarnym Jemaa el-Fna, wszystko było inne. Niech to nawet zabrzmi zbyt nostalgicznie i niech będzie, że jest to powiedziane z perspektywy skrzywionej przez wspomnienie młodości - ale było to lepsze.
W zamęcie roku 2026, kiedy to królowie będą porywać królów dla korzyści twierdząc, że czynią to w imię szczytnych wartości (cesarz Henryk VI uwięził dla okupu Ryszarda Lwie Serce wracającego z wyprawy krzyżowej; Donald Trump powtarza ten średniowieczny koncept), sprawiedliwość w obrocie międzynarodowym upadnie całkowicie zastąpiona przez rachunek korzyści i strat (wszystkie wojny były wojnami o pieniądze, może z wyjątkiem trojańskiej), a światem pieniądza będą targały mody i fascynacje, na modłę wybuchających w przeszłości gorączek złota, życzę wszystkim Czytelnikom Interii podejmowania tylko trafnych decyzji w konkretnych sprawach. To kwestia przetrwania w jak najlepszej kondycji naszych umysłów i naszych portfeli.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.














