Reklama

Kogo boli Polski Ład?

Polski Ład zresetuje polskie podatki. I bardzo dobrze. Nawet dziecko wiedziało, że są one niesprawiedliwe i antyrozwojowe, a ich degresywny charakter (im jesteś biedniejszy tym płacisz więcej) to był wręcz niechlubnym ewenementem na skalę europejską.

Mimo szczerych chęci trudno mi zrozumieć lamenty tych wszystkich, co taki system podatkowy rzewnie opłakują. Bo ronić po nim łzy mogą chyba tylko jacyś anachroniczni liberalni socjopaci - ci co mentalnie utknęli gdzieś w latach 90. i potajemnie oddają cześć wyblakłym portretom Leszka Balcerowicza i Margaret Thatcher. Choć akurat oni powinni się raczej cieszyć, że Polski Ład obszedł się z nimi tak łagodnie.

Mam przypomnieć? Proszę bardzo. Do 1997 roku polski PIT miał trzy stawki: 21, 33 i 45 proc. I od tamtej pory logika podatkowa znała tylko jeden kierunek: podatki w dół. Najpierw do poziomu 20-32-44. Potem 19-30-40. W tym czasie w dół szedł także podatek od dochodów korporacji (CIT). Najbardziej efektownej obniżki dokonał rząd Leszka Millera ścinając go z 27 do 19 proc. To posunięcie stworzyło naturalną presję na dalsze obniżki PIT, ponieważ równocześnie stworzono furtkę do ucieczki na 19 procentowy - niezależny od dochodów - podatek dla samozatrudnionych. Dzieła dopełnił rząd Jarosława Kaczyńskiego (ministrem finansów była wtedy Zyta Gilowska), likwidując stawkę PIT dla najbogatszych. I tak oto szeroka koalicja ponadpartyjna zrealizowała sen liberalnych ortodoksów o podatku liniowym.

Reklama

Warto przypomnieć, że jedyną próbą przełamania tej logiki i wprowadzenia do systemu polskich podatków dochodowych większej progresji było uchwalenie w roku 2005 (wbrew stanowisku mniejszościowego rządu Marka Belki oraz opozycyjnej PO) czwartej 50-procentowej stawki PIT. Samoobrona Andrzeja Leppera chciała wręcz, żeby objęła ona osoby zarabiające powyżej 144 tys. zł rocznie. Ostatecznie stanęło na bardziej wyśrubowanej granicy 600 tys. złotych. Ale i tak to nowe prawo nigdy nie weszło w życie, bo zablokował je wiernie stojący na straży neoliberalnych zasad Trybunał Konstytucyjny.

W efekcie powstał w Polsce system podatków dochodowych. Podatków obiektywnie rzecz biorąc niewysokich (starczy spojrzeć na porównania europejskie), ale wyjątkowo perfidnie i antyspołecznie skonstruowanych. W tym systemie jak zarabiasz mało, to musisz oddawać relatywnie bardzo dużą część swoich dochodów fiskusowi. Trudno się więc dziwić, że w takim systemie niemało jest ludzi, których podatki faktycznie przygniatają. I oni ulgi (choćby w postaci wyższej kwoty wolnej) bez wątpienia potrzebują. Dla nich podatki powinny być niższe.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Ale problem w tym, że im większe są w tym systemie twoje dochody, tym więcej pojawia się możliwości chowania swoich skarbów przed fiskusem. A to w formie wspomnianego już liniowca, a to poprzez jeszcze niższe podatki od zysków kapitałowych czy rentierskich. Oni powinni płacić większe podatki.

Niestety przed powiedzeniem, że podatki bardziej sprawiedliwe winny spadać dla biedniejszych i rosnąć dla bogatszych, nasze elity III RP broniły się rękami i nogami. Nic dziwnego, że taki system podatkowy prowadził nas do stałego wzrostu nierówności wedle częstego w kapitalizmie paradoksu św. Mateusza: "kto ma mało, temu będzie zabrane. A kto ma więcej, temu jeszcze dodane będzie". Owszem, polskie nierówności po dwóch dekadach takiego stanu rzeczy nie zdążyły jeszcze napęcznieć do latynoamerykańskich rozmiarów. Ale byliśmy już na najlepszej drodze do pęknięcia społeczeństwa na trwałe kasty: tych co mają, konsumują i cieszą się pełnią praw obywatelskich. Oraz na takich co pracują tak dużo (i za tak niskie stawki) że nie zostaje im siły, środków ani energii na coś innego niż ciągła praca. Jeszcze pokolenie, dwa a stalibyśmy się narodem pękniętym na panów i ich niewolników. Ze wszystkimi tego stanu rzeczy konsekwencjami jak nieinnowacyjna gospodarka, luka popytowa, wysoka przestępczość czy rewolucyjne wrzenie.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Od dawna twierdzę, że w Polsce rośnie zapotrzebowanie na odwrócenie tej logiki. Czyli na przywrócenie zdrowej zasady, że jak masz wyższe dochody to nie tylko możesz, ale wręcz powinieneś być opodatkowany wyżej. Ekonomiści nazywają to "malejącą krańcową użytecznością". Czyli zasadą zgodnie z którą każda kolejna złotówka majątku jest mniej cenna.

Ale zostawmy ekonomistów. Rozumieją to przecież także zwykli ludzie. Według pierwszych badań podatkowy Polski Ład PiS-u popiera większa część społeczeństwa. Mnie to poparcie nie zaskakuje. Ludzie są mądrzy. I w lot łapią, że jak zarabiasz mniej niż 7 tys. złotych to trzeba cię podatkowo odciążyć. A tym co zarabiają powyżej 15 tys. zł nie stanie się znowu aż taka krzywda jeśli to odciążenie przyjdzie dzięki podwyższeniu ich opodatkowania. Taka logika wydaje się po prostu zgodna ze zdrowymi regułami życia społecznego. I dzięki "Polskiemu Ładowi" wraca nadzieja, że stanie się to również logiką polskiego systemu podatkowego.

Nadal jest wam smutno? Nadal ronicie łzy nad straszliwym "komunizmem" który chce nam zafundować Jarosław Kaczyński? No cóż, cieszcie się, że nie żyjecie w kapitalistycznych Stanach Zjednoczonych albo Wielkiej Brytanii, gdzie po drugiej wojnie światowej (aż do lat 70. XX wieku) krańcowe stawki podatkowe PIT dla najbogatszych sięgały nawet 80 proc. I co? Jakoś przeżyli. Niektórzy twierdzą nawet, że były to "złote lata" tamtejszego kapitalizmu. Nie jęczcie więc, że jest wam aż tak źle.

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.

***


Dowiedz się więcej na temat: podatki | Polski Ład | Rafał Woś

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »