Reklama

Kogo banki poparły w ostatnich wyborach? Czyli niezbyt poważnie o problemie frankowiczów

Żyjemy w czasie ciągłej licytacji w ogłupianiu innych: ten lepszy, kto wmówi nam większy nonsens. Tu największe zasługi mają niektórzy dyżurni obrońcy interesów banków i tzw. instytucji finansowych, straszący nas skutkami nieudolności swoich mocodawców.

Pobierz: darmowy program do rozliczeń PIT 2015

Reklama

Ich przekaz jest mniej więcej taki: gdy ktoś zmusi banki do zwrotu tego, na co innych naciągnęły, zagrozi to "stabilności sektora bankowego". A to brzmi jak groźba karalna, choć za Boga nie wiem dlaczego obecny stan tychże banków jest "stabilny", skoro jedynym dochodowym interesem było przekręcanie (takie warszawskie określenie) 700 tys. naiwnych kredytobiorców pseudowalutowych pożyczek.

Dlaczego również "stabilność" tychże firm jest aż tak krucha, a jednocześnie tak ważna, że wszyscy mamy się o nią troszczyć? Jakoś nikogo nie obchodziła i nie obchodzi "stabilność finansowa" nie tylko wykonawców robót na polskich autostradach lub każdej innej branży, np. firm prowadzących szalety publiczne, mimo że usługi tych ostatnich - obiektywnie - są dużo ważniejsze, bo służą prawie każdemu obywatelowi, a nie tylko niektórym kredytobiorcom.

Zastanówmy się, co stałoby się gdyby działania władzy zagroziły "stabilności finansowej" tychże szaletów: przecież skończyłoby się tak wielkim smrodem, który mógłby obezwładnić nawet w pełni zdrowe, proeuropejskie siły narodu i doprowadzić do oczywistej izolacji w świecie (wolnego) Zachodu. Nikt jednak nie przeprowadza wywiadów z zatroskanymi o nasze odchody babciami klozetowymi, które to panie przecież pełnią obiektywnie dużo ważniejszą rolę niż wszyscy szefowie instytucji finansowych razem wzięci, bo przecież po upadku publicznych przybytków naród - chcąc nie chcąc - zacznie wszystko w sensie dosłownym olewać.

Ale dość znęcania się nad obrońcami "stabilności finansowej" banków. Absurd rzeczywistości tego sektora przebija każdy, nawet najbardziej nonsensowny żart. Najlepszy przykład dał jak zawsze nieoceniony szef banku centralnego, a później Komisja Nadzoru Finansowego. Idzie o obliczenie "strat banków" po wprowadzeniu w życie prezydenckiego projektu ustawy dotyczącego zwrotu kredytobiorcom części pieniędzy z przekrętów nazywanych "kredytami frankowymi". KNF długo liczył w pocie czoła te "straty" (z góry wie, że były) i potrzebował na to znacznie więcej czasu. Prawda, że trudno to zrobić, bo sprawa dotyczy aż czterech banków. To dużo, jak na każdą instytucję publiczną. Potem okazało się, że urząd ten nic nie liczył, lecz wysłał ankietę do tychże banków wierząc, że ich obliczenia będą całkowicie wiarygodne. Banki wpisały tam jakieś dziesiątki miliardów złotych nie oszczędzając na swoich stratach.

Tymczasem prezes NBP, prześladowany jeszcze przez wrednych dziennikarzy ze względu na Sowę i jej przyjaciół, chyba z nudów raz dwa i policzył znacznie wcześniej te "straty" nie wysyłając żadnych ankiet. Dla niego to bardzo proste, przecież o wielkości zysków i strat z reguły decydują księgowi i ich szefowie. Straty te zdaniem banku centralnego są oczywiście tak duże, że olaboga, albo nawet większe. I wszystko dokładnie wiadomo. A KNF musiał natrudzić się z wysyłką ankiet, bo sam tego nie wiedział. Przypomnę, że między tymi dwoma instytucjami jest zaledwie kilkadziesiąt metrów w linii prostej. Może urzędnicy z jednej czy drugiej strony placu Powstańców Warszawy (dawnej Napoleona Bonaparte) pofatygowaliby się z odwiedzinami i ustalili dlaczego bank centralny wie bez ankiet, ile wynoszą owe straty, a KNF musi pytać się o to banków? Po co tyle zachodu nawet gdy już wreszcie jesteśmy Zachodem?

Absurd powyborczej sytuacji w naszym kraju obrazuje jeszcze jedną, istotną okoliczność: projekt ustawy dla frankowiczów, zwany prezydenckim, opracował ni mniej ni więcej tylko oddelegowany przez ministra finansów szef jego gabinetu politycznego, czyli resortu, który nie wspierał przesadnie interesów kredytobiorców. To jednak tylko początek frapującej opowieści: otóż ów wszechstronny w swoich zainteresowaniach i talentach legislator napisał również wiekopomny projekt ustawy o podatku od handlu, po ogłoszeniu którego akcje jednego z zagranicznych hipermarketów wzrosły o kilkadziesiąt procent. Czyli fachowiec znający się na biznesie, który wie jak pomnożyć - dzięki zdolnościom legislacyjnym - kapitały światowego kapitalizmu. Czy może to tylko tak wyszło przez przypadek? Może, ale każdemu hipermarketowi życzę, aby spotkały go tylko takie przypadki. Nikczemni krytycy twierdzą, że pisząc tym razem projekt ustawy dotyczący frankowiczów realizowano ukryty równie ważny cel, jakim jest ostateczne odrzucenie jego koncepcji, co oczywiście przyczyni się również do wzrostu wartości akcji banków, podobnie jak zapowiedzi w tej sprawie ministra do spraw rozwoju (mamy takiego). Ale to chyba zwykłe pomówienia, bo czy we wciąż liberalnej rzeczywistości trzeba silić się na takie finezje?

My też, siermiężni frankowicze i ich popleczniczy, nie jesteśmy bez skazy. Zasadnie jesteśmy oskarżani, że chcieliśmy zarobić na silnej złotówce, co przecież jest w gospodarce rynkowej epoki postbalcerowiczowej czymś godnym szczególnego potępienia. Na nic się zdają tłumaczenia, że kredytów nieindeksowanych w walucie obcej nie chcieli nam dawać. Przysługiwało nam zrządzeniem losu tylko to, co mogliśmy po sprawiedliwości dostać. Na naszego reprezentanta wykreował się swego czasu jeden z dłużników, któremu jednak ta rola jakoś nie służy. Najpierw chciał wejść z listy jednej z partii, ale wyborcy jakoś go nie wybrali. Potem zaczął zwalczać ten projekt ustawy, który znalazł uznanie Głowy Państwa, bo uważał go za "mało radykalny". Dzięki niemu kolejną wersję tej ustawy pisze ów szef gabinetu politycznego ministra finansów, więc na pewno radykalizm jego oczekiwań zostanie w pełni i to z nadwyżką zaspokojony.

Na koniec czcigodnym politykom, których wybrali nasi wyborcy po to, aby nastąpiła "dobra zmiana" i było już tak na zawsze, przekazują myśl do sztambucha: autorytety ekonomiczne, celebryci, aktorzy, Gazeta Wyborcza i sam Leszek Balcerowicz poparli w zeszłym roku we wspólnym chórze z bankami najpierw kandydaturę poprzedniego prezydenta, a potem jedną z obecnych partii opozycyjnych - wtedy u władzy (z niej wywodziła się również jedna z amatorskich drużyn piłkarskich). Już raczej nie będzie tej partii u władzy, a były prezydent pozostanie już chyba na zasłużonej emeryturze. Na obecnego prezydenta głosowali zwykli ludzie, czyli nikt, kto by się liczył. Podobnie jak na zwycięską (obecnie) partię. Teraz czekamy "Dobrej Zmiany". Również dla obywateli. Dla banków już była.

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Instytut Studiów Podatkowych

Dowiedz się więcej na temat: ustawa frankowa | frankowicze | Witold Modzelewski | ten

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »