Reklama

Podatek inflacyjny bije nas po kieszeni

Inflacja rozhulała się na dobre i doszła do poziomu najwyższego od 20 lat. Niszczy domowe budżety i realną wartość oszczędności, ale jest też na rękę rządowi, bo zwiększa jego wpływy podatkowe. W ten sposób płacimy podatek inflacyjny, który faktycznie jest ukrytym sposobem wydrenowania naszych portfeli.

Miała być pod kontrolą, miała być tylko przejściowo na podwyższonym poziomie, miała zacząć spadać, miała być nawet deflacja, a tymczasem - jak na złość władzom monetarnym i urzędowemu optymizmowi - rośnie w przerażającym tempie i w sierpniu, wg szacunków GUS, inflacja podskoczyła aż do 5,4 proc. Tym samym ponownie zaskoczyła wielu analityków, bo przebiła ich oczekiwania. I coraz bardziej wystawia na szwank zapewnienia, że wszystko jest pod kontrolą i nie trzeba szybko podnosić stóp procentowych. 

Szczególnie dla konsumentów czy budujących np. domy bolesny wzrost cen stał się "oczywistą oczywistością", której doświadczają coraz bardziej na własnej skórze i mają powody, aby zastanawiać się, "czy leci z nami pilot" w sprawach inflacyjnych. Inflacja, która nakręca się od przełomu 2019/2020, z krótką pandemiczną przerwą, jest bowiem na dobrej drodze, aby jej zduszenie było bardzo trudne i długotrwałe. 

Reklama

Jednak to, co ma fatalne skutki dla gospodarstw domowych, jest korzystne finansowo dla państwa. Zatem nie do końca jest tak, że wszystkim zależy na obniżeniu szalejącej inflacji. Nie tylko z powodów gospodarczych, ale również czysto politycznych, bo przecież po podwyżce stóp procentowych wyższe raty kredytów byłyby nieprzyjemne dla rzeszy wyborców. Ale po kolei.

Inflacja nie jest niczym nadzwyczajnym i tak długo, jak pozostaje na umiarkowanym poziomie, nie jest powodem do bicia na alarm. Jaki poziom uznajemy za bezpieczny? W wielu krajach wyznacza się tzw. cel inflacyjny, czyli o ile inflacja może rosnąć, aby nie wywoływała działań mających za zadanie jej dławienie. W Polsce cel inflacyjny wynosi 2,5 proc. (plus/minus 1 pkt proc.). Zatem - przynajmniej teoretycznie - po przekroczeniu górnego poziomu wahań (3,5 proc.) powinny zostać podjęte działania np. w zakresie polityki monetarnej, aby z powrotem wepchnąć inflację w ustalone ramy. 

Tyle teoria. W praktyce nie można zmusić władz monetarnych do reakcji przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, sternicy polityki pieniężnej cieszą się niezależnością, po drugie mogą mieć swoje prognozy i analizy, z których wynika, że wzrost cen jest przejściowy i sam wróci w pasmo celu inflacyjnego, po trzecie rodzi się pytanie: na ile podwyżka stóp procentowych ma realne szanse na wyhamowanie inflacji, czyli na ile ważą w niej czynniki wewnętrzne (zależne od sytuacji lokalnej i naszych stóp), a na ile zewnętrzne (sytuacja na rynkach światowych, polityka innych banków centralnych). 

W Polsce dyskusja, co zrobić z inflacją, trwa już od wielu miesięcy, jednak wraz z coraz bardziej niepokojącym jej wzrostem ostrzej widać, że obrana taktyka na przeczekanie inflacyjnej ofensywy ("wait and see") zawodzi i powoduje coraz więcej napięć w gospodarce, które na dłuższą metę są nie do zaakceptowania.

Dla przedsiębiorców rozpoczął się istny wyścig cen, szczególnie w usługach, które podnosi się często nawet na zapas, bo skoro w powszechnym przekonaniu może być jeszcze drożej, to kto nie podnosi cen, ten naraża swoją firmę na problemy. Tym bardziej, że na skutek pandemii pojawiają się kłopoty z tzw. łańcuchami dostaw, które powodują, że pewnych kategorii produktów jest mniej na rynku, co przekłada się na wzrost ich cen i bije w kontrahentów. Oczekiwania inflacyjne zostały już wśród przedsiębiorców rozbudzone na dobre, co może okazać się nawet groźniejsze od samego wskaźnika inflacji, ponieważ determinują długofalowo politykę cenową, co sprzyja utrzymywaniu się przez dłuższy czas wyższej inflacji.

Inflacyjny szok przeżywają gospodarstwa domowe, w wymiarze wyższych wydatków np. na żywność i usługi, ale przede wszystkim ochrony posiadanych oszczędności przed rujnującym wpływem spadku ich realnej wartości. 

Przez dekady byliśmy przyzwyczajeni, że lokaty bankowe przynajmniej z grubsza umożliwiały ochronę kapitału. Obecnie to nie działa, ponieważ jeśli średnio banki płacą za lokaty 0,2-0,3 proc., to przy inflacji 5,4 proc. ponosimy gigantyczną realną stratę. To jest widoczne dla coraz większej rzeszy konsumentów, którzy potrafią odróżniać nominalny zysk od realnej straty (uwzględniającej inflację). Powoduje to wycofywanie lokat z banków w poszukiwaniu alternatywnych sposobów lokowania oszczędności, dodajmy bardziej ryzykownych. Dotyczy to przede wszystkim akcji i obligacji korporacyjnych, ale także nieruchomości - te ostatnie przecież wcale nie muszą jedynie drożeć, jak dość powszechnie się uważa, co dobitnie udowodnił krach finansowy w USA w 2008 r.

W sumie gospodarstwa domowe znalazły się w potrzasku, bo z jednej strony inflacja bije kolejne rekordy, a jednocześnie mają ograniczone pole manewru, jeśli chodzi o ochronę posiadanego kapitału. Ale przecież nie wszyscy posiadają oszczędności, tylko niektórzy żyją - umownie - od pierwszego, do pierwszego. Dlatego w najtrudniejszej sytuacji są - uwaga - najmniej zamożne gospodarstwa, które mają najwyższy udział w swoich budżetach wydatków na drożejącą żywność. 

Zatem tolerowanie wysokiej inflacji jest faktycznie antyspołeczne i stoi w sprzeczności z propagandowymi zapewnieniami o trosce o polskie rodziny. Często używam argumentem jest, że przecież inflacja nawet 5 proc. nie jest taka straszna, skoro równolegle rosną płace w tempie 7-8 proc. Tyle, że jest to bałamutne, ponieważ nie ma czegoś takiego jak równa rewaloryzacja płac, czyli nie wszyscy otrzymują podwyżki, a jeśli już takie są, to zróżnicowane. Zatem ten argument wygląda dobrze tylko statystycznie. Tak samo jak w powiedzeniu, że jeśli ktoś wyprowadza psa na spacer, to każdy ma statystycznie po trzy nogi. 

O ile skutki wysokiej inflacji odczuwają z grubsza wszyscy, o tyle szanse na ich neutralizację poprzez wzrost płac ma niestety tylko część. Nie wszyscy pracują w wielkich państwowych firmach, gdzie silne związki zawodowe potrafią się postawić państwowemu właścicielowi i wyszarpać znaczące podwyżki, które przyznawane są często, aby zachować tzw. spokój społeczny, czytaj: nie drażnić wyborców. Wysoka inflacja to także bardzo zła wiadomość dla beneficjentów programów socjalnych, które nie mają rewaloryzowanych świadczeń (np. 500 plus). W praktyce nominalne świadczenie 500 plus zmierza do realnego 400 plus, co dla wielu może być nieprzyjemnym i głębokim rozczarowaniem.

I tu dochodzimy do jeszcze jednego, powszechnie zadawanego ciosu konsumentom - inflacja jest faktycznie rodzajem cichego podatku, który przynosi korzyści państwu. Drożejące usługi i towary sprawiają, że odprowadzany jest do kasy państwa z naszych portfeli większy VAT. Dlatego pod względem korzyści z wysokiej inflacji państwo jest pierwszym wygranym. Także dotyczy to długu publicznego - inflacyjnie "spłaca" się dług, a utrzymywanie prawie zerowych stóp procentowych sprzyja niskiej rentowności obligacji skarbowych, czyli państwo i tanio pożycza, i tanio obsługuje dług. Dlatego pomimo zapewnień, że niska inflacja jest w interesie państwa, wcale nie do końca tak jest. Podsumowując: akurat w tym wypadku, to co jest dobre dla państwa, nie jest wcale dobre ani dla konsumentów, ani przedsiębiorców. Mamy tutaj po prostu konflikt interesów i ewidentną asymetrię korzyści, z której należałoby jak najszybciej wyjść.

Skoro mamy już mapę inflacyjnych strat i korzyści, warto zastanowić się, co można zrobić, aby inflację zahamować, a następnie ją zredukować do ram wyznaczonych przez cel inflacyjny. Owszem, nie mamy wpływu na ceny paliw (poza oczywiście krajowym opodatkowaniem), uprawnień do emisji CO2 windujących ceny prądu czy wzrost cen żywności na światowych giełdach, ale mamy wpływ na cenę kredytu, która może być przynajmniej częściowym chłodziwem dla inflacji. 

Dlatego bank centralny i Rada Polityki Pieniężnej będą pod coraz większą presją, aby jednak jeszcze w tym roku podnieść stopy procentowe, a nie trzymać się kurczowo przewidywań, że nic pod tym względem nie wydarzy się do 2022 roku. Tym bardziej, że jakoś inaczej na to, co można, a czego nie można zrobić w zakresie polityki pieniężnej, patrzą inne banki centralne w naszym regionie: węgierski podniósł stopy już trzykrotnie, a czeski - dwukrotnie. I co warto podkreślić, nie są to raczej szokujące podwyżki, a bardziej sygnały dla rynku: jesteśmy gotowi działać.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Podsumowując: bezczynność w przeciwdziałaniu inflacji jest szkodliwa i potrzebne jest działanie. A podwyżka ceny kredytu powinna być pierwszym wyborem (bo trudno sobie wyobrazić, aby rząd obniżył akcyzę np. na paliwa, zmniejszając w ten sposób impuls inflacyjny, ale i swoje dochody...). Tyle, że odczują to również kredytobiorcy, którzy jako wyborcy udadzą się w przyszłości do urn, dlatego dobrze pamiętać, że wzrost ceny kredytu ma także swoją wagę polityczną. 

Jednak dalsze utrzymywanie swoistego wysokiego podatku inflacyjnego bije we wszystkich konsumentów, zaś nie wszyscy mają kredyty. Polska gospodarka znowu szybko się rozwija i tak ekstremalnie tani kredyt nie jest (i z perspektywy czasu raczej nie był) potrzebny w walce ze skutkami pandemii ani przedsiębiorcom, ani konsumentom, a za to coraz bardzie rozregulowuje całą gospodarkę. Towarzysząca prawie zerowym stopom procentowym inflacja znacząco przekraczająca swój cel zwiększa faktycznie daniny płacone państwu, które w ten sposób jedną ręką daje, a drugą odbiera...

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »