Reklama

Ameryka zabiera się za prawdziwych bogaczy!

Bill Gates twierdzi, że płaci za niskie podatki. Współzałożyciel firmy Microsoft mówił o tym w BBC po wygłoszeniu przez prezydenta Obamę orędzia do narodu.

W swym dorocznym orędziu o stanie państwa prezydent Barack Obama wezwał do wprowadzenia w Stanach Zjednoczonych - jak to określił - bardziej sprawiedliwego systemu podatkowego. Przekonywał, że najbogatsi powinni płacić wyższe podatki niż obecnie.

Bill Gates zgadza się z tą opinią: "Stany Zjednoczone mają potężną dziurę budżetową i podatki muszą iść w górę. Moim zdaniem, ludzie tacy jak ja nie płacą odpowiednio wysokich podatków" - mówił Bill Gates. Dodał, że podniesienie podatków dla najbogatszych to jest zwykła sprawiedliwość.

Reklama

Podobnego zdania jest znany amerykański inwestor i miliarder Warren Buffett. Dane wskazują, że jeden procent najbogatszych Amerykanów zarabia ponad 17% całego dochodu USA. Prezydent Obama mówi, że nie zgodzi się, by wąskiej grupie najbogatszych żyło się coraz lepiej, a pozostałym ledwo starczało na przeżycie.

_ _ _ _ _

W przemówieniu wygłoszonym w nocy polskiego czasu Barack Obama wezwał do wprowadzenia w Stanach Zjednoczonych bardziej sprawiedliwego systemu podatkowego. Podkreślił, że amerykańskiej klasie średniej żyje się coraz trudniej i uznał za niedopuszczalne, że milionerzy płacą niższe stawki podatkowe od zwykłych pracowników.

Prezydent USA uznał za niedopuszczalne, że milionerzy płacą niższe stawki podatkowe od zwykłych pracowników. "Możecie nazywać to walką klas. Jednak poproszenie miliardera, by płacił tyle samo co jego sekretarka, większość Amerykanów określi zdrowym rozsądkiem".

Obama oświadczył, że nie zgodzi się na reguły prowadzące do tego, że wąskiej grupie najbogatszych żyje się coraz lepiej, a pozostali ledwo wiążą koniec z końcem. "Kiedy Amerykanie mówią o ludziach tak bogatych jak ja, że powinni płacić sprawiedliwe podatki, to nie ma w nich zazdrości. Oni rozumieją, że jeśli ja dostane ulgę, której nie potrzebuję, to albo powiększamy deficyt, albo ktoś inny musi wyrównać braki".

Obama przypomniał Amerykanom, że gdy został prezydentem, ich kraj znajdował się w głębokim kryzysie. Amerykański prezydent przekonywał, że dzięki jego działaniom gospodarka USA nabiera rozpędu.

Komentatorzy nie mają wątpliwości, że orędzie "State of the Union" było częścią trwającej w Stanach Zjednoczonych kampanii przedwyborczej. Wiadomo już bowiem, że Barack Obama będzie się w listopadowych wyborach ubiegał o reelekcję. Publicysta "Rzeczpospolitej" Michał Szułdrzyński mówił na antenie Programu III Polskiego Radia, że Obama zgrabnie nawiązał do kampanii trwającej w obozie Republikanów, zwłaszcza do sytuacji swojego prawdopodobnego rywala Mitta Romneya.

Zdaniem publicysty, było to bardzo dobrze skonstruowane i przemyślane przemówienie, odwołujące się do słabych stron przeciwników prezydenta. Szułdrzyński przypomniał, że Obama zapowiedział reformę podatkową i wprost odwołał się do ruchu Oburzonych, mówiąc, iż najlepiej zarabiający będą musieli dzielić się ze społeczeństwem.

Z kolei redaktor naczelny tygodnika "Przegląd" Jerzy Domański podkreślał, że Barack Obama nie skupiał się wyłącznie na uderzaniu w Republikanów, ale mówił też o swoich sukcesach. Domański przypomniał, że Obama mówił zarówno o nowych miejscach pracy, jak i o tym, że przeciwnicy mu przeszkadzają w reformach. W orędziu o stanie państwa prezydent Obama odrzucił też tezę o schyłku Ameryki. Powiedział, że zamierza utrzymać przywództwo Stanów Zjednoczonych na świecie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »