Reklama

Ben Bernanke doprowadzi do eksplozji inflacji?

Oczekiwana przez większość analityków styczniowa korekta (mówiono o początku roku) na wielu rynkach nie miała miejsca. Owszem, pojawił się straszak w postaci zadłużenia Portugalii, ale wpływał on wyraźnie jedynie na rynki europejskie.

W USA zaowocował po prostu wejściem rynku w konsolidację, a potem indeksy nieustająco rosły. Można powiedzieć, że marzenie zarządzających się ziściło - styczeń zakończył się zwyżką indeksów. A podobno jaki styczeń, taki i cały rok... Nie traktujemy jednak tego powiedzenia zbyt poważnie.

Pojawia się problem, którym jest inflacja. Warto w tym miejscu wspomnieć o wystąpieniach szefa Fed. Ben Bernanke przed Komisja Budżetową Izby Reprezentantów mówił zadziwiające rzeczy na temat inflacji i rynkowych stóp procentowych. Stwierdził, że inflacja jest nadal zbyt niska, a oczekiwania co do jej przyszłej wielkości stabilne. Powiedział też, że nie boi się jej wzrostu z powodu zwyżki cen surowców i żywności, bo bezrobocie jest wysokie. Szef Fed chyba od dawna nie widział wykresów miedzi, pszenicy, kukurydzy, soi, ryżu... Albo widział i opowiada bajki po to, żeby uspokoić rynki.

Reklama

EBC da sygnał?

Niezwykle interesujące rzeczy mówił też podczas szczytu ministrów finansów i szefów banków centralnych grupy G20 w Paryżu. Z zapałem odpierał ataki swoich kolegów (szczególnie ze strony krajów rozwijających się), którzy twierdzili, że skup obligacji przez Fed (QE2 - ilościowe łagodzenie polityki pieniężnej) szkodzi ich gospodarkom, buduje bańki spekulacyjne i zwiększa inflację. Twierdził, że QE2 ma za zadanie jedynie pomóc gospodarce amerykańskiej, a kraje rozwijające się powinny być zainteresowane ożywieniem w krajach rozwiniętych (w domyśle dlatego, że wtedy będą miały zbyt na swoje produkty).

To prawda, ale prawdą jest też to, że występują negatywne czynniki uboczne polityki Fed, a o tym szef tej instytucji raczył zapomnieć. Bernanke powiedział też, że na przepływy kapitałów ma wpływ wiele czynników niezwiązanych z działaniami Fed. Te przepływy nie stoją według niego w kontrze do obowiązujących trendów. Oczywiście, ma pozornie rację, ale siła tych trendów jest wykładniczo zwiększana przez działania Fed. Oświadczył wreszcie, że kraje rozwijające się mają narzędzia, którymi napływ kapitałów mogą zwalczyć, a USA też musi sobie z tym dać radę (chodziło o wzrost cen surowców). Owszem, kraje rozwijające się mogą podnosić stopy, zabijając wzrost gospodarczy (to już moja uwaga). Najbardziej wymowne było oświadczenie, zgodnie z którym Fed nie będzie podnosił stóp lub będzie zaostrzał politykę monetarną tylko po to, żeby spełnić wymagania rynków rozwijających się. Kuriozalne wystąpienia.

Diabelska alternatywa?

Taka postawa Fed powodowała, że nieustająco rosły indeksy w USA i na części rynków europejskich. Wynikało to z przechodzenia kapitałów opuszczających rynki obligacji (wysoka inflacja bardzo zaszkodzi ich cenie) do rynków akcji. Rynek w lutym był technicznie wykupiony, ale nie poddał się korekcie, a każdy spadek był kupowany. W końcu taka korekta pojawić się musi, ale najpewniej też nie będzie duża.

Dobrym pytaniem jest teraz właśnie: czy Fed w czerwcu podejmie decyzje o kontynuowaniu druku pieniędzy (skupu obligacji)? Coraz głośniejsze są protesty Republikanów (nie wierzmy w to, że Fed jest na takie protesty odporny). Poza tym administracja USA chce wdrożyć ostre cięcia budżetowe. Cięcie z jednej strony i drukowanie z drugiej wyglądałoby bezsensownie. Można sobie jednak wyobrazić zakończenie skupu obligacji w połączeniu z cięciami budżetowymi. Rezultat łatwy do przewidzenia: zahamowanie ożywienia gospodarczego, a może i wejście w recesję. Może dlatego

Fed chce nowych "testów wysiłkowych"?

Zakładam, że po okresie hamletyzowania wystraszony Fed podejmie jednak decyzję o kolejnym skupie obligacji. Nie bardzo będzie miał wyjście. Wszystko przy założeniu, że wzrost cen surowców i towarów rolnych oraz importowanych produktów (płace w Chinach i Indiach rosną w tempie dwucyfrowym, więc ich produkty będą drożały) nie przełożą się jeszcze w połowie roku na duży wzrost inflacji.

Jeśli się przełożą, to Fed stanie przed diabelską alternatywą: dopuścić do bardzo dużej inflacji, czy chłodzić gospodarkę? Jeśli nie w połowie roku, to najpóźniej do jego końca taki dylemat powinien się pojawić. Każde wyjście będzie złe. Dlatego też zakładam, że to jest ostatni rok trwającej od 2009 roku hossy.

Piotr Kuczyński

Dowiedz się więcej na temat: stopy procentowe | inflacja | rynki | Ale | Ben Bernanke | eksplozji | ben | deflacja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »