Reklama

Budżet na 2012 r. trzeba napisać od nowa

Polski wzrost gospodarczy zapewne nie wyniesie 4 proc. w przyszłym roku, jak jeszcze kilka miesięcy temu zakładał rząd przygotowując projekt budżetu na 2012 rok. To oznacza, że po wyborach trzeba będzie pisać budżet od nowa. Być może także plan konsolidacji finansów publicznych.

Jest coraz więcej danych świadczących o tym, że prognoza 4-proc. wzrostu PKB jest na wyrost. Argumentów sceptykom dostarczyły ostatnio informacje z krajów strefy euro o ich wzroście gospodarczym w II kwartale tego roku. Lokomotywa strefy, jaką do niedawna były Niemcy, zaczęła ostro hamować. Niemiecki PKB wzrósł zaledwie o 0,1 proc. w porównaniu z I kwartałe tego roku (wtedy wzrost wynosił 1,3 proc.). To najgorszy wynik od początku 2009 roku, kiedy Europę pustoszyła pierwsza faza kryzysu.

Z kolei Francja w ogóle nie zanotowała wzrostu gospodarczego. Cała strefa euro może się pochwalić ledwie 0,2-proc. wzrostem.

Reklama

- Gdy gospodarka Niemiec się chwieje, cała strefa euro nie ma żadnego znaczącego impulsu wzrostowego. W drugiej połowie roku zobaczymy bardzo skromny wzrost gospodarczy - mówi agencji Bloomberg Alexander Kruger, główny ekonomista Bankhaus Lampe KG.

Eksport zwolni? Niekoniecznie

Dla polskiej gospodarki wieści z Niemiec teoretycznie są fatalne: to tam kierujemy 26 proc. naszego eksportu. Wartość towarów sprzedanych za Odrę w pierwszym półroczu 2011 r. wyniosła 117,3 mld euro. Pogorszenie koniunktury u niemieckiego sąsiada może oznaczać spadek popytu na polskie produkty.

Może, ale nie musi. Ekonomiści przypominają właśnie początek 2009 roku, kiedy Niemcy borykały się z recesją - za to polski eksport po dużych spadkach na przełomie roku systematycznie zaczynał odbudowywać swoją pozycję. Z pewnością miał się lepiej niż import i ta dodatnia różnica na jego korzyść była jedną z przyczyn utrzymywania się dodatniej dynamiki PKB. Tak może być i tym razem. Główny powód: osłabienie złotego.

- Deprecjacja złotego może łagodzić efekt związany ze osłabieniem popytu zewnętrznego. W czasie gorszej koniunktury konsumenci szukają tańszych towarów. To zwykle dobra wiadomość dla dostawców z Polski. Nasze towary i tak są tańsze niż zachodnie, deprecjacja dodatkowo wzmacnia ten efekt. Choć sam popyt spada, to zmiana jego struktury na taką, gdzie zamiast towarów droższych o dobrej jakości szuka się tych tańszych godząc się na gorszą jakość, jest dla nas pozytywna - mówi Dariusz Winek, główny ekonomista BGŻ.

Według niego, tzw. kontrybucja eksportu netto do PKB - czyli wpływ eksportu na wzrost gospodarczy - pod koniec tego roku może być znów dodatnia. W I kwartale tego roku eksport ciągnął PKB w dół, GUS oszacował ten ujemny wpływ na 0,1 pkt proc. Dla porównania: w 2009 roku dodatnie saldo handlu zagranicznego podbijało dynamikę PKB nawet o 3,9 pkt proc. (drugi kwartał 2009 r.).

Inwestycje nie ruszą

O ile słabnący złoty może wspierać eksport i PKB, o tyle widmo recesji nad gospodarką światową będzie zapewne zniechęcało do podejmowania większej aktywności gospodarczej w kraju. A to może oznaczać utrzymywanie się niechęci do podejmowania inwestycji w przedsiębiorstwach i mniejszą skłonność do odbudowywania zapasów. Obie te kategorie również mają istotny wpływ na dynamikę wzrostu gospodarczego.

- Zapasy to najbardziej zmienna i najbardziej zależna od nastrojów pozycja w strukturze wzrostu PKB. Wiemy, że koniunktura w przemyśle będzie się psuła, bo to jest sektor najbardziej uzależniony od niemieckiej gospodarki. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że nie ruszą inwestycje prywatne i nie należy spodziewać się dużego wzrostu zapasów - mówi Dariusz Winek.

Inwestycje przez cały 2009 rok i połowę 2010 ciągnęły dynamikę PKB w dół. Od trzeciego kwartału ich wpływ na wzrost jest już dodatni, ale ciągle mizerny. W I kwartale tego roku wynosił zaledwie 0,7 pkt proc. Z kolei odbudowa zapasów w firmach była dodatnim impulsem dla PKB w 2010 roku po kryzysowym roku 2009. Dzięki temu dodatni wpływ akumulacji stopniowo zwiększał się z 0,4 pkt proc. w I kwartale 2010 do 2,8 pkt proc. w ostatnich miesiącach 2010 r. Początek tego roku to 1,6 pkt proc. wkładu we wzrost PKB.

Rzecz w tym, że firmy zwykle nie zwiększają zapasów, gdy obawiają się spadku popytu. Zazwyczaj starają się dostosowywać produkcję do bieżących potrzeb. Nie widzą też potrzeby zwiększania mocy produkcyjnych - a to oznacza brak inwestycji.

Według Dariusza Winka to, co już obserwujemy w gospodarkach europejskich zacznie wpływać na polskie tempo wzrostu w IV kwartale roku. Przyszły rok to już wyraźnie spowolnienie tempa wzrostu do około 3,7 proc. PKB z 4,1 proc. w tym roku.

Niższy wzrost, mniejsze dochody

Prognoza analityków BGŻ to nie jedyne szacunki wskazujące na hamowanie polskiej gospodarki w 2012 roku. Pesymistycznie perspektywy wzrostu oceniają chociażby ekonomiści Polskiego Banku Przedsiębiorczości, którzy na początku tego tygodnia obniżyli prognozę tempa wzrostu w przyszłym roku do 2,9 proc. z 3,7 proc. Najbardziej jednak znaną prognozą przyszłorocznego spowolnienia jest lipcowa projekcja Instytutu Ekonomicznego NBP, która zakłada obniżenie dynamiki PKB do około 3 proc. w latach 2012-2013.

Na tym tle rządowe szacunki 4-proc. wzrostu w przyszłym roku są dość optymistyczne. A to właśnie na tej podstawie powstał projekt budżetu, a dokładniej jego część poświęcona dochodom. Co więcej, rząd założył stosunkowo korzystną z punktu widzenia dochodów budżetowych strukturę wzrostu: jego głównym motorem miał być popyt krajowy. Tu też jednak pojawia się duży znak zapytania: inwestycje prywatne nie ruszają, a konsumpcja może być zagrożona choćby przez utrzymywanie się drogiego franka. Co prawda bezpośredni wpływ umocnienia CHF wobec złotego nie powinien być duży - według różnych wyliczeń może to powodować spadek dynamiki konsumpcji o 0,1 - 0,4 pkt proc. - ale z pewnością nastrojów konsumenckich to nie poprawi. To zaś może powodować większą skłonność do oszczędzania, niż wydawania pieniędzy.

O tym, że 4-proc. prognoza wzrostu może być nie do utrzymania mówią już nawet sami przedstawiciele Ministerstwa Finansów. Co prawda nadal są to szacunki obowiązujące, ale - jak mówił ostatnio w wywiadzie dla "OF" wiceminister finansów Ludwik Kotecki - dziś obarczone są one większym ryzykiem, niż jeszcze kilka miesięcy temu. Obniżenie tempa wzrostu gospodarczego może mieć negatywne skutki dla prognozy dochodów (w obowiązującym projekcie jest to 292,7 mld zł), ale nie tylko. Zagrożony jest cały plan konsolidacji finansów publicznych zakładający spadek deficytu finansów poniżej 3 proc. PKB już w przyszłym roku.

- W tej chwili szacunek 4-proc. wzrostu w 2012 roku jest już raczej powyżej oczekiwań rynkowych. To założenie optymistyczne i dla bezpieczeństwa budżetu pewnie trzeba je będzie obniżyć. W plan ograniczenia deficytu finansów poniżej 3 proc. już w przyszłym roku nigdy nie wierzyłem i raczej przyznawałem tu rację takim instytucjom, jak MFW, które zakładały zmniejszenie deficytu do około 3,6 proc. PKB. Teraz należałoby się zastanowić, czy nie wyniesie on około 4 proc. PKB. Aktualizowanie parametrów budżetu na przyszły rok będzie niezbędne. Stanie się to jednak już po wyborach - mówi Dariusz Winek.

Marek Chądzyński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »