Reklama

Cameron kłamał o imigrantach

W Wielkiej Brytanii powoli rusza kampania przed wyborami parlamentarnymi. Na pewno jednym z najważniejszych poruszanych w jej trakcie tematów będzie wpływ imigrantów na gospodarkę.

Dobrze by się stało, gdyby politycy wzięli pod uwagę opublikowane 5 listopada w "The Economic Journal" rezultaty pracy naukowców z Centrum Badań i Analizy Migracji University College of London. Dowodzą one bowiem, że prowadzone w tym kraju debaty o przybyszach są pełne demagogii.

Więcej dają, niż zabierają

Kierowany przez profesora Christiana Dustmanna i dra Tommaso Frattiniego zespół wyliczył, że wartość podatków płaconych w latach 2001-2011 przez obywateli krajów starej Unii, którzy osiedlili się w Wielkiej Brytanii, była o 64 proc. większa niż wysokość odbieranej przez nich pomocy socjalnej. W przypadku przybyszy z państw, które weszły w skład UE w XXI w., współczynnik ten wyniósł 12 proc. Ogółem fiskus Zjednoczonego Królestwa w pierwszej dekadzie wieku zawdzięczał europejskim imigrantom ponad 20 mld funtów.

Reklama

Około 15 mld funtów z tej sumy przypada na pierwszą z wyżej wymienionych kategorii, 5 mld - na mieszkańców Europy Środkowej i Wschodniej, 5 mld - na wychodźców z innych kontynentów. Proporcje między tymi trzema grupami schodzą na drugi plan w porównaniu z faktem, że wkład fiskalny rodowitych Brytyjczyków w latach 2001-2011 był negatywny.

Urodzeni na Wyspach poddani królowej otrzymali w ramach różnego rodzaju świadczeń o 617 mld funtów więcej, niż zapłacili podatków. W przypadku imigrantów szansa korzystania z zasiłku lub ulgi podatkowej jest o 43 proc. niższa niż w przypadku autochtonów. Nie-Brytyjczycy o 7 proc. rzadziej są beneficjentami tamtejszych mieszkań socjalnych.

Wygrywają wykształceniem

To nie jedyne powody do wstydu dla synów i cór Albionu. Wbrew krzywdzącym stereotypom napływający na Wyspy w XXI w. przybysze są lepiej wykształceni niż miejscowi. W 2011 r. 62 proc. imigrantów ze starej Unii legitymowało się dyplomem studiów wyższych. Ten sam współczynnik w przypadku przyjezdnych z krajów świeżo po akcesji wynosił 25 proc., autochtonów - zaledwie 24 proc.

Koszt wykształcenia zatrudnionych po 2000 r. zagranicznych pracowników wyniósł 6,8 mld funtów. Oszczędności poniesione z tego tytułu przez Wielką Brytanię wraz z udziałem imigrantów w finansowaniu z podatków takich dóbr publicznych, jak obrona czy badania naukowe, dają sumę 8,5 mld funtów.

Liczby te są jeszcze bardziej znaczące, jeżeli weźmie się pod uwagę okres 1995-2011. W tym czasie na teren Zjednoczonego Królestwa trafiły osoby, których wykształcenie ogółem kosztowało ok. 49 mld funtów i zapłaciły w swojej drugiej ojczyźnie 82 mld funtów podatków.

To bardzo wysoki wynik, ponieważ w tak długim czasie fiskalny wkład imigrantów netto był negatywny (wynosił -591 mld funtów), czemu w dużej mierze winni byli przybysze z Europy Wschodniej, którzy otrzymywali z brytyjskiego budżetu o 9 proc. więcej, niż do niego wnieśli. Mieszkańcy innych państw naszego kontynentu znaleźli się o 10 proc. "nad kreską".

Fakty i slogany

Z kolei nowo przyjęte do Wspólnot państwa mogą pochwalić się najwyższym udziałem swoich obywateli w brytyjskiej strukturze zatrudnienia. Wynosi on 81 proc., o 11 proc. więcej niż w przypadku krajów unijnej piętnastki i rdzennych wyspiarzy.

Można więc bez wahania stwierdzić, że z każdym rokiem Zjednoczone Królestwo coraz bardziej korzysta na pracy imigrantów bez względu na ich kraj pochodzenia, a negatywny obraz przybyszy jest spowodowany dwoma czynnikami: powielaniem ich obrazu ukształtowanego w pierwszych latach po otwarciu dla nich rynku pracy oraz obawami miejscowych przed posiadającą wyższe kwalifikacje konkurencją.

Blokada zasiłków dla imigrantów

Odporność Brytyjczyków na demagogię uprawianą przez Partię Niepodległości i walczących z nimi o głosy torysów obniża ich niewiedza na temat nowych sąsiadów. Według wrześniowego sondażu Ipsos Mori imigracja, gospodarka i służba zdrowia będą najważniejszymi tematami majowej kampanii wyborczej przed wyborami do parlamentu, jednak respondenci uznali liczbę cudzoziemców na terytorium ich państwa za zbyt wysoką. Większość uważała, że jest ich 30 proc., podczas gdy spis ludności z 2011 r. mówił o 13 proc.

Niczego się nie nauczyli

Fobia brytyjskiego rządu na punkcie imigrantów nie wyczerpała się na głośnym obwinieniu ich przez premiera Davida Camerona o spowodowanie dziury budżetowej na początku tego roku. 26 października minister obrony Michael Fallon stwierdził, że niektóre miasta na południowym wybrzeżu kraju są "zalane" przez przybyszy, a ich dotychczasowi mieszkańcy czują się jak "pod oblężeniem". Skrytykowany przez opozycję z Partii Pracy i rządowych kolegów liberalnych demokratów, przeprosił za swoje słowa, jednak jego wypowiedź dobrze oddaje rozczarowanie establishmentu Zjednoczonego Królestwa odrzuceniem ich starań o wprowadzenie restrykcji na unijnym rynku pracy.

Dajemy Brytyjczykom o wiele więcej, niż dostajemy

Nerwowość konserwatywnych przywódców tłumaczą również zbliżające się wybory w okręgu Rochester i Strood, gdzie jeden z ich deputowanych zdezerterował do Partii Niepodległości. Nadzieja na bardziej obiektywne podejście do kwestii imigracji wydaje się więc płonna, gdy w grę wchodzi utrata politycznych apanaży w przypadku niedostatecznego rozpoznania nastrojów przerażonych 38-procentowym wskaźnikiem migracji netto (różnica między liczbą przyjeżdżających i wyjeżdżających) wyborców. Tym bardziej że raport londyńskich naukowców stanowi jedynie rozwinięcie badań, których wyniki są znane już od początku roku...

dr Kordian Kuczma

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »