Reklama

Czy Polska przymie niemiecki model?

Nakłady przeznaczane ze środków publicznych na opiekę zdrowotną - mierzone odsetkiem PKB - stawiają Polskę na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Według raportu Health at a Glance - Europe 2012 wskaźnik ten jest niższy jedynie w państwach bałtyckich i Rumunii. Jak zmienić taki stan rzeczy? W naszej sondzie odpowiadają na to pytanie politycy, ekonomiści i eksperci rynku medycznego.

  • Bolesław Piecha (PiS), senator, były wiceminister zdrowia

Reklama

Istnieją dwie możliwości zwiększenia publicznego finansowania ochrony zdrowia w Polsce: jedna to po prostu opodatkowanie przymusowe, które u nas nazywa się nie wiedzieć czemu składką zdrowotną, choć to jest publiczny podatek celowy.

A druga to przesunięcia z budżetu państwa.

Dotacje i subwencje z budżetu

Taka ścieżka finansowa istnieje, NFZ jest otwarty na różnego rodzaju dotacje i subwencje z budżetu. To jest chyba jedyna droga na dzisiaj, choć zdaję sobie sprawę, że będzie to bardzo trudne w czasach kryzysu i ogromnych napięć w finansach publicznych.

Część oszczędności z budżetu po nowelizacji można jednak przeznaczyć na finansowanie świadczeń zdrowotnych.

Wydaje mi się, że wprowadzenie wprost podwyższenia składki, jeszcze do tego nieodpisywanej od podatku, byłoby bardzo trudne - miałyby wtedy miejsce ogromne protesty.

Natomiast wzrost finansowania świadczeń przez samorządy to też finansowanie z budżetu, bo samorządy dochody własne mają śladowe.

Oczywiście jakiś samorząd mógłby uchwalić podatek lokalny, ale sądzę, że byłaby to sprawa karkołomna i nie wiem, czy do przeprowadzenia.

Generalnie nie widzę dzisiaj innej możliwości, jak uzupełnienie brakujących środków z budżetu państwa.

Dla mnie składka zdrowotna w obecnej formie traci swój sens.

Manipulowanie między płatnikiem podatków, ZUS-em a NFZ jest głupotą, wydłuża obieg pieniędzy, a wcale nie usprawnia kontroli nad pieniędzmi i nie usprawnia ścigania tych, którzy nie płacą.

Powiem wprost, jedyną rzetelną instytucją, która dobrze ściąga daniny publiczne, jest urząd skarbowy. Natomiast z ZUS-em różnie bywa. Uważam więc, że nakazem chwili jest rozwiązanie NFZ i - póki co - przekierowanie tych środków do budżetu państwa - oczywiście muszą być one zagwarantowane na zdrowie w ilości nie mniejszej niż dany procent z PKB.

Umożliwia to też skuteczną kontrolę nad wydawaniem środków publicznych, bo dzisiaj mamy nad nimi kontrolę teoretycznie tylko dwóch resortów, a w zasadzie jednego - finansów.

Lepiej jednak, żeby opinia publiczna, dziennikarze, opozycja miała do tego dostęp - a ma tylko do pieniądza budżetowego - bo wtedy można nagłośnić nieprawidłowości.

Żeby NFZ nie zbankrutował

Zgodnie z programem PiS przede wszystkim zniknęłaby ta głupia zbiórka pieniędzy od płatników składki zdrowotnej, z całą listą, kto jest uprawniony, z kogo się ściąga itd.

Byłaby po prostu pobierana, tak jak dzisiaj są zbierane podatki, PIT, ale wydzielana byłaby na poziomie budżetu państwa.

Oczywiście nie uciekniemy od algorytmu - musi być dzielony na województwa.

Jednocześnie wojewoda, urzędnik państwowy, miałby określone struktury, żeby przeprowadzić normalny konkurs ofert. Za zdrowie bowiem jest odpowiedzialne państwo - tak mamy zapisane w konstytucji i w dyrektywach europejskich, które mówiąc o przepływach transgranicznych, całą rolę przypisują w tej kwestii państwom.

Obecnie zwiększenie publicznego finansowania to ewentualne przepływy z budżetu. Marzy mi się, aby już dzisiaj można było to zrobić.

Oczywiście mamy zagwarantowaną składkę, póki co tak szybko jej nie ruszymy, bo to zmiana bardzo podstawowej ustawy, ale można te środki uzupełnić właśnie dotacją z budżetu państwa. To jest konieczne.

Inaczej zbankrutuje nam NFZ.

Oczywiście na dzisiaj nikt nie ma najmniejszej ochoty, a myślę że też pomysłu na to, aby zmierzyć się z finansowaniem świadczeń ze środków publicznych. Dlatego kombinuje się, jak sięgnąć do kieszeni pacjentów, a to za pomocą ustawy refundacyjnej, a to przez ubezpieczenia dodatkowe.

--------------------

  • Jakub Szulc (PO), poseł, były wiceminister zdrowia

Najprostszym sposobem, aby zwiększać nakłady publiczne na ochronę zdrowia, jest po prostu podniesienie składki. Będzie to - siłą rzeczy - wiązało się ze zwiększeniem obciążeń obywateli, gdyż obecnie nie jest możliwe odliczenie takiej pozycji od podatku.

Inne sposoby? Jest ich co najmniej kilka, przy czym myślę, że najbardziej skutecznym rozwiązaniem jest swego rodzaju miks, tzn. zwiększamy wydatki przez podniesienie składki, ale jest to przynajmniej częściowo finansowane z budżetu państwa.

Natomiast niekoniecznie jestem zwolennikiem pomysłu, żeby powrócić do budżetowego rozliczania w ochronie zdrowia, bo to by oznaczało mniej więcej tyle, że pieniądze na zdrowie wpadają do jednego wielkiego worka i nie są w żaden sposób wydzielone.

Budżetowe rozliczanie to nie jest dobry pomysł

Zatem gdyby obowiązywał system budżetowy, od którego odeszliśmy w roku 1999, przypuszczalnie mielibyśmy dzisiaj jeszcze mniej pieniędzy niż obecnie mamy w systemie składkowym. Czas na pewno zacząć mówić o tym, że musimy doszlusować do poziomu europejskiego, bo z wydatkami prawie 1,5 proc. poniżej średniej w UE nie jesteśmy w stanie tego systemu utrzymywać w nieskończoność. Tak się po prostu nie da.

Wzrost wydatków nie jest jednak możliwy do sfinansowania z budżetu, kiedy jesteśmy w procedurze nadmiernego deficytu nałożonego na nas przez Unię. Generalnie o wzroście wydatków w ochronie zdrowia trzeba myśleć jak najbardziej poważnie. Jednak każde zwiększenie wydatków musi się wiązać ze zwiększeniem obciążeń. Nie da się tego ominąć.

Jeżeli mielibyśmy obecnie z 4,6- 4,7 proc. PKB wydatków publicznych na ochronę zdrowia podnieść nakłady publiczne na zdrowie do poziomu 6 proc. PKB, to by się wiązało jednorazowo z podniesieniem składki zdrowotnej z obecnych 9 proc. do blisko 14 proc. Tak wynikało z wyliczeń w ministerstwie. Jeśli zwiększamy wydatki, to też ktoś te wydatki musi sfinansować.

Jeżeli po prostu powiemy: dopłaćmy z budżetu 20 mld zł na zdrowie, to mamy takie możliwości - albo komuś w budżecie zabieramy te 20 mld zł, albo zwiększamy zadłużenie, albo też zwiększamy stronę przychodową, czyli zwiększamy obciążenia, czego właśnie chcemy uniknąć.

Podniesienie nakładów bez konieczności zwiększania obciążeń jest oczywiście możliwe, ale zarazem szalenie trudne, bo wymaga spięcia kilku polityk prowadzonych obecnie oddzielnie. Myślę chociażby o możliwości skorelowania wydatków z pomocy społecznej z wydatkami na zdrowie. Środki na opiekę społeczną nie do końca są, moim zdaniem, właściwie kierowane. Problemem jest brak komunikacji między priorytetami opieki społecznej a zdrowotnymi, a to są często ci sami adresaci, wymagający podobnego zabezpieczenia.

Pogodzić różne polityki

Można spróbować tu uzyskać efekt synergii. Takie rozwiązanie jest na pewno trudne, ale nie uważam, że niemożliwe. Mamy nawet dokumenty rządowe, które przewidują stopniowe zwiększenie wydatków publicznych na zdrowie. Tyle tylko, że nie przewidują na dzisiaj konkretnych rozwiązań. Natomiast zgodnie ze strategią Polska 2020 i Polska 2030, mamy mieć publiczne nakłady na zdrowie w 2020 roku na poziomie 6,2 proc., a w 2030 - 7,2 proc. PKB.

Diabeł tkwi w szczegółach i jeżeli mówimy o synergii pewnych polityk w państwie, to na pewno nie doprowadzimy tym do zwiększenia wydatków z 4,6 proc. na 6 proc. Dzięki temu możemy pewnie uzyskać 0,3-0,4 proc. PKB. Reszta będzie musiała pochodzić ze wzrostu obciążeń podatkowych.

--------------------

  • Prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC, były szef zespołu doradców ekonomicznych prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego

Jak wiadomo, w budżecie państwa pieniędzy nigdy nie będzie za dużo, więc postawmy sprawę nieco inaczej.

Można oczywiście domagać się zwiększenia publicznego finansowania ochrony zdrowia w Polsce, jeśli będą ku temu dobre powody i odpowiednie warunki. Mam dość głębokie przekonanie, że w polskiej opiece zdrowotnej mamy do czynienia wciąż z bardzo dużym marnotrawstwem środków i nieefektywnością prowadzenia działalności gospodarczej.

Podatki lepsze niż składka

Ja także jestem przekonany, że finansowanie publiczne powinno się zwiększyć, ale w ramach spójnego pakietu działań, w którym również będą wprowadzone pewne mechanizmy zwiększające skuteczność wydawania środków. Podam symboliczny przykład: chodzi chociażby o mechanizmy wymuszające np. likwidację pustych łóżek szpitalnych, tam gdzie jest ich nadmiar.

Krótko mówiąc, na pewno nie jest tak, że pewnego dnia przyjdzie minister finansów, powie, że ma zbędne 10 mld zł i chce koniecznie przekazać te dodatkowe pieniądze ochronie zdrowia. Natomiast w przypadku głębokiej reformy funkcjonowania lecznictwa można myśleć, że powinno do systemu ochrony zdrowia popłynąć więcej pieniędzy. Oczywiście w trochę lepszym czasie, niekoniecznie w tym roku. Mechanizmy finansowania ochrony zdrowia ze środków publicznych mogą być różne. Ja w ogóle nie wiem, czy składka jest najlepszą metodą finansowania. Uważam na przykład, że podatki generalnie są lepszym sposobem finansowania niż składka, bo powodują nieco większą solidarność finansowania, a jednocześnie nie obciążają tak kosztów pracy.

Potrzebne jest porozumienie

To jest kwestia do rozważenia, ale podkreślam, że moim zdaniem opieka zdrowotna powinna być finansowana bezpośrednio z budżetu, a nie ze składki zdrowotnej. Nie dochodzi wtedy do takiego obciążenia kosztów pracy składką. Tak naprawdę to się wtedy głównie obciąża konsumpcję, a właśnie podatki konsumpcyjne są w Polsce najwyższe.

Wolałbym podwyższyć podatki konsumpcyjne, czyli VAT i akcyzę, a obniżyć składki obciążające bezpośrednio pracę. Myślę, że zwiększenie finansowania ze środków publicznych prędzej czy później nastąpi, dlatego że jest oczywiste, iż Polska wydaje za mało na ochronę zdrowia.

Nie chciałbym natomiast, żeby to następowało w drodze wymuszenia strajkami i z utrzymaniem nieefektywności wydawania środków w ochronie zdrowia. Wolałbym, żeby to było efektem pewnego porozumienia.

--------------------

  • Dr n. ekon. Adam H. Pustelnik, ekspert rynku ubezpieczeniowego

Podniesienie składki zdrowotnej jest najprostszą metodą zwiększenia publicznego finansowania ochrony zdrowia i jest oczywiste, że prędzej czy później do takiej dyskusji wrócimy.

Nie musi to koniecznie dotyczyć środków przekazywanych przez osoby fizyczne w ramach powszechnego obowiązku.

Budżet nie zapewni stabilności

Można np. alokować na potrzeby tego obszaru część środków pobieranych w ramach świadczeń, które dodatkowo wprowadzają zakłady pracy. Albo np. pracodawcy ze środków, które i tak oddają, przekazaliby część na tworzenie funduszu, powiedzmy - dotyczącego długoterminowego leczenia. To by z nich zdejmowało część obowiązków, a pieniądze i tak przekazywaliby w tej samej wysokości. Ogólnie rzecz ujmując, chodzi o to, że w budżecie państwa można te środki trochę inaczej alokować.

Myślę, że to jest jedyny realny sposób, bo z najprostszym rozwiązaniem, czyli podniesieniem składki, z przyczyn oczywistych będzie bardzo trudno.

Jeśli chodzi o przesunięcia w ramach budżetu, może być tak, że te obciążenia, które muszą ponosić pracodawcy, będą miały inną strukturę. Wtedy tam moglibyśmy znaleźć brakujące środki, choćby na opiekę długoterminową, gdzie nie mamy żadnego systemu finansowania publicznego. A mówi się przecież powszechnie o tym, że trzeba coś stworzyć, bo społeczeństwo się starzeje.

Natomiast przeniesienie środków na zdrowie do budżetu oznacza raczej niestabilność finansowania, które może być większe lub mniejsze - w zależności od tego, który z ministrów miałby większe wpływy w rządzie.

W związku z tym budżetowe rozwiązanie generalnie nie gwarantuje ani wzrostu, ani stabilności.

Zabiegajmy o szeroką akceptację

Kwoty bezwzględne wydatków na zdrowie muszą wzrastać, natomiast będę się upierał, że cała struktura budżetu, nie tylko tego przeznaczonego na zdrowie, jest źle ułożona.

Finansowanie publiczne musi być większe, bo nasze wydatki sytuują nas w ogonie państw europejskich pod tym względem. Niekoniecznie musi to oznaczać wzrost obciążeń dla pojedynczego obywatela czy przedsiębiorców. Chodzi bardziej o znalezienie w tym przeogromnym i workowatym budżecie państwa więcej możliwości na wspieranie zdrowia.

Niektórzy mówią, że można efektywniej wydawać i będzie lepiej, co jest oczywiście prawdą; natomiast w wartościach bezwzględnych i tak mamy dużo mniej niż w innych krajach europejskich. Trzeba szukać cały czas sposobów, które będą akceptowalne przez np. przedsiębiorców czy indywidualne osoby, czyli bez zwiększania obciążeń. Można wręcz wprowadzić dedykowane fundusze, które zbieraliby pracodawcy obowiązkowo albo dobrowolnie na zdrowie.

Istnieją też programy wspierające rozwój technologiczny - można brać w nich udział, zwiększając efektywność i pulę pieniędzy, które w ogóle są w ochronie zdrowia. To niekoniecznie musi finansować tylko NFZ, jest Ministerstwo Zdrowia i kilka innych resortów.

--------------------

  • Adam Kozierkiewicz, ekspert ds. ochrony zdrowia

Jest wiele zamieszania, jeśli chodzi o informacje, ile pieniędzy z PKB wydajemy ze środków publicznych na zdrowie. Chodzi o to, że statystki w różnych krajach są inaczej tworzone.

Jeśli w Polsce np. nie zaliczamy do finansowania ze środków publicznych wydatków samorządów, czy to na programy zdrowotne czy inwestycje, to coś pomijamy. Tak samo, jeśli nie zaliczamy wydatków ZUS-u, KRUS-u na prewencję rentową.

Dlatego ostrożnie podchodziłbym do głosów mówiących, że oto najmniej wydajemy na zdrowie ze środków publicznych, bo np. 4 proc. PKB, podczas gdy Niemcy - 10 proc. Tylko że Niemcy tyle wydają z wszystkich źródeł, a my 4 proc. z NFZ.

Skuteczny lobbing szpitali

Jest bardzo mało prawdopodobne, żeby pojawiło się dodatkowe zasilanie z budżetu państwa. Osobiście nie widzę więc możliwości istotnego zwiększenia wydatków ze środków publicznych w najbliższych latach.

Prawdę mówiąc, nie widzę też możliwości zwiększenia wydatków ze środków prywatnych. Na pocieszenie przypomnę, że w latach 2005- 2010 w Polsce wydatki na ochronę zdrowia rosły niemal najszybciej w Europie. Rocznie mniej więcej o 7,5 proc. Przed nami była tylko przez pewien czas Słowacja i Luksemburg. Od 2011 roku wzrost znacznie wyhamował.

Co można zrobić w ramach obecnych środków? Uważam, że zdecydowanie powinno się wrócić do pomysłu zmniejszenia roli lecznictwa szpitalnego w naszym systemie.

Szpitalnictwo zagarnęło większość z przyrostów wydatków z ostatniego 8-lecia. Wydatki na szpitale rosły 9 proc. rocznie (podczas gdy w sumie - o 7,5 proc.). Czyli szpitalnictwo było głównym beneficjentem, ale nie dlatego, że takie są rzeczywiste priorytety bądź potrzeby.

Szpitale zyskały, bo były skuteczne w lobbowaniu i wydrenowały inne obszary ochrony zdrowia. W latach 90. mówiliśmy wszyscy, że rola szpitalnictwa i liczba łóżek szpitalnych powinny się zmniejszyć. Trochę zrobiono w tym kierunku. Ale dalej jesteśmy na 3 miejscu w Europie, jeśli chodzi o liczbę łóżek szpitalnych. Mamy po prostu przerośnięte szpitalnictwo.

Moim zdaniem powinniśmy iść w kierunku zmian struktury wydatków i położyć większy nacisk na lecznictwo ambulatoryjne, domowe, także długoterminowe - ale nie stacjonarne. Wtedy lepiej skorzystamy z wydawanych pieniędzy.

Presja będzie coraz większa

Dane demograficzne wskazują, że w dłuższej perspektywie powstanie ogromna presja na wzrost wydatków. Będziemy musieli dokonać wyboru: albo zwiększamy obciążenia fiskalne i rezygnujemy z konsumpcji, albo zmniejszamy np. skalę inwestycji, bo w ostatnich latach dość istotnie inwestowaliśmy. Najpierw po prostu pomyślmy, jak lepiej te pieniądze wydawać. Mówię o tym, gdyż ok. 30 proc. usług szpitalnych jest do uniknięcia. Jeśli tę pulę usług wyrzucimy poza szpitale i zrobimy to w trybie ambulatoryjnym, starczy nam na więcej. Sądzę, że to powinien być priorytet.

--------------------

  • Hanna Zych-Cisoń, wicemarszałek województwa pomorskiego

Mam wrażenie, że pacjenci mniej boją się podniesienia składki zdrowotnej, niż ci, którzy mogą o tym zadecydować. Kiedy w przychodni rozmawiam z umęczonymi pacjentami, to mówią, że dopłaciliby 5 zł, 10 zł, byle tylko nie czekać w długich kolejkach. Pacjenci, którzy leżą w szpitalach, też dopytują, w jaki sposób można dofinansować szpital. Przynoszenie kawy i koniaku nie jest już modne i powszechne.

Regionalne priorytety

Gdyby tak wprowadzić możliwość dobrowolnych wpłat na konto szpitala, gdyby jakąś kwotę wpłacił co 10. pacjent, to uzbierałyby się spore pieniądze. Pytanie, czy będzie z tego zamierzony efekt, czy nie zmarnowalibyśmy i tych środków.

Jestem za decentralizacją NFZ i za tym, żeby każdy region mógł się samodzielnie rządzić oraz planować wydatki zgodnie z własnymi priorytetami zdrowotnymi. Liczę też na to, że oprócz decentralizacji dojdzie do tego, że wojewoda będzie rejestrował tylko najbardziej potrzebne społecznie podmioty, co spowoduje, że strumień pieniędzy popłynie do tych świadczeniodawców, którzy najlepiej zaspokoją uzasadnione potrzeby zdrowotne.

Niedawno byłam na spotkaniu w Brukseli poświęconym m.in. tej tematyce. Belgowie mówili, że proces, który my dopiero planujemy, oni przechodzili 10 lat temu. Teraz mają mniej szpitali, ale pacjenci są bardziej zadowoleni.

Racjonalizacji wydatków i uszczelnieniu systemu ochrony zdrowia służy również polityka przekształceń szpitali w spółki prowadzona w oparciu o ustawę o działalności leczniczej.

W województwie pomorskim przekształciliśmy 7 szpitali marszałkowskich.

Wierzę, że był to dobry krok.

Wyceny a inflacja

Wiem, że teraz kadra zarządzająca non stop myśli o kosztach. Analizują je prezesi, ordynatorzy i pielęgniarki oddziałowe. Nie szukają już oszczędności w redukcji zatrudnienia, bo mają świadomość, że może zostać zagrożone bezpieczeństwo zdrowotne pacjentów. Niekiedy nawet zaczyna brakować personelu. Wydatki na płace nie są teraz aż tak olbrzymim ciężarem dla szpitali, stają się nim natomiast niskie wyceny procedur medycznych.

Finansowanie szpitali jest za niskie i to w sytuacji znacznego wzrostu kosztów ich funkcjonowania oraz inflacji, czego nie rekompensują wyceny procedur. Niektóre procedury wymagają korekty, a ponadto pojawiają się nowe - u nas na przykład rehabilitacja onkologiczna - na które jest duże zapotrzebowanie. Chcemy korzystać z coraz bardziej zaawansowanych technologii medycznych, a to kosztuje.

--------------------

  • Mariusz Kazimierz Wójtowicz, prezes Związku Pracodawców Ochrony Zdrowia Województwa Śląskiego, prezes Szpitala Miejskiego w Zabrzu sp. z o.o.

Decydenci powinni otwarcie powiedzieć społeczeństwu, że konieczne jest zwiększenie składki zdrowotnej i sięgnięcie do kieszeni podatnika, bo obecny poziom finansowania ochrony zdrowia nie zapewnia już bezpieczeństwa zdrowotnego.

Jeśli nie znajdziemy sposobu na jego dofinansowanie, to system się załamie.

Trzeba podjąć męskie decyzje

oraz wreszcie oddzielić politykę od zdrowia. Są kraje, gdzie to zrobiono i na zasadzie konsensusu ustalono plan działania na 10, 15, 20 lat. Tymczasem w Polsce mamy taką sytuację, że każdy następny minister zdrowia neguje politykę swojego poprzednika i wprowadza własne rozwiązania.

Wskutek tego znaleźliśmy się w matni, poziom bezpieczeństwa zdrowotnego obniża się.

Pomysły kolejnych ministrów rozmijają się z tym, co dzieje się w powiatach i województwach. Ministrowie dobierają doradców ze swojego grona politycznego, więc słyszą od nich to, co chcieliby usłyszeć. Niezależnych menedżerów, którzy nie chcą robić karier politycznych, nie słucha się. Oddzielenie polityki od zdrowia jest konieczne. Może to zagwarantować tylko premier.

Tymczasem u nas przez 13 lat, kiedy w praktyce zaczęto wdrażać system kas chorych, żadna ekipa nie doprowadziła nawet do tego, żeby zrealizować to, o czym wtedy mówiono. A mówiono, że trzeba zwiększać finansowanie ochrony zdrowia o poziom inflacji i o wzrost kosztów.

Jeśli chodzi o pożądane zmiany w systemie, to powinny iść one dwukierunkowo.

Z budżetu musi być finansowane lecznictwo ambulatoryjne i szpitalne, a oprócz tego powinny być dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne; ale nie zasadzie kolejnej ubezpieczalni, bo społeczeństwa nie stać na dodatkowe ubezpieczenia.

Składka zależna od przychodów

Przychodzi mi na myśl rozwiązanie stosowane w Niemczech. Tam w większości landów jest tak, że wysokość składki zdrowotnej zależy od przychodów brutto obywatela. Załóżmy, że średni zarobek to ok. 2 tys. euro. W ramach tej średniej pensji i odprowadzanej od niej składki obywatele mają dostęp do ogólnoniemieckich powszechnych kas ubezpieczeń.

Jeśli jednak ktoś zarabia więcej, to ustawowo musi się ubezpieczyć w dodatkowej kasie, którą sam może sobie wybrać.

Bogatszy ma lepszą usługę, ale bierze też odpowiedzialność za tych, których nie stać na dodatkowe ubezpieczenie. Bierze odpowiedzialność w tym sensie, że odciąża system dostępny dla wszystkich. Nie korzysta z powszechnego ubezpieczenia.

Uważam, że i u nas, w ramach solidaryzmu społecznego, ci, którzy mają więcej pieniędzy, muszą wziąć na siebie część odpowiedzialności za tych, których nie stać na leczenie. Nie upieram się przy niemieckich rozwiązaniach. Powinno się przeanalizować wszystkie systemy ochrony zdrowia w krajach UE i wybrać najlepsze dla nas rozwiązania.

Daniel Kuropaś, Ryszard Rotaub, Rynek Zdrowia

Więcej informacji w miesięczniku "Rynek Zdrowia"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »