Reklama

Druga strona taśmy

Ciekawe, że tak mało osób interesuje się dziennikarzami, którzy upublicznili rozmowy ministra Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką. Ale czy na pewno mało osób?

Reklama

Społeczeństwo, jak to zwykle u nas bywa, powoli zaczyna się dzielić na tych, których oburza możliwość złamania Konstytucji przez nagranych rok temu urzędników państwowych oraz na tych, którzy nie widzą nic złego w tym, co wydarzyło się w znanej warszawskiej restauracji. Sprawa ma jednak nie tylko drugie, trzecie, ale i czwarte dno, którym też warto się zająć, bo uderzyć może w czwartą władzę.

Ciekawe, że tak mało osób interesuje się dziennikarzami, którzy upublicznili rozmowy ministra Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką. Ale czy na pewno mało osób?

Pod ostrzałem z założonym tłumikiem

Na marginesie afery podsłuchowej widnieje zainteresowanie pewnych osób rolą pracowników tygodnika "Wprost" w całej sprawie. Pojawiają się pytania: czy ktoś groził dziennikarzom po publikacji, jak to już w naszej historii bywało. Czy ktoś mógł ich inspirować? Czy sprawdzili wiarygodność otrzymanych materiałów i dokonali rzetelnej ich selekcji? Jak na razie politycy nie prześladują otwarcie w żaden sposób dziennikarzy.

Premier Donald Tusk pogroził jedynie palcem politykom (tu wymienił potencjalne ugrupowania, łącznie z własnym, zainteresowane zmianą władzy), którzy chcieliby w taki sposób (czyt. zamach stanu) doprowadzić do zmiany władzy. Warto nadmienić, że największy cień podejrzeń padł na służby, które jako jedyne miałyby być zdolne do stworzenia takiego profesjonalnego "studia nagrań". A co z dziennikarzami? Pamiętajmy, że zawód dziennikarza obarczony jest licznymi obowiązkami wynikającymi z ustawy prasowe z 1984 r., ale też koniecznością stosowania się do norm zawartych w kodeksie cywilnym czy też rozmaitych zasad zapisanych w kodeksach etyki.

Narzędzie w rękach nieprzyjaciela?

Nie wdając się w szczegóły ustawowe czy pozaustawowe unormowania, warto mieć na uwadze tzw. szczególną staranność dziennikarską, której niedopełnienie przy tak poważnej publikacji może być dobrym pretekstem dla organów ścigania do pociągnięcia dziennikarzy do odpowiedzialności. Ktoś zapyta: jak to dziennikarzy? Przecież oni pokazali prawdę o polskim życiu publicznym! Ale pamiętajmy, niedługo po ujawnieniu afery czołowi polscy politycy, na czele z premierem Donaldem Tuskiem, zamiast oburzać się zamachem na Konstytucję, sugerowali zamach stanu i zapowiedzieli znalezienie osób, które ośmieliły się nagrywać nielegalnie. Jeśli komuś przychodzi teraz na myśl poprzednia epoka, to być może słusznie. Wobec takiej retoryki władzy pełni obaw mogą być nie tylko poszukiwani już autorzy nagrań - informatorzy, lecz także dziennikarze, którzy prawdopodobnie w dobrej wierze podnieśli rękę na "nietykalnych", ostatecznie byli jedynie narzędziem...

Co wolno, a co jest przyzwoite?

Wiadomo, że dobry dziennikarz nie zdradzi swojego źródła informacji i chwała za to naszej demokracji, że mediom daje do tego prawo. Ale co z dziennikarzami, którzy, jak twierdzą, również byli adresatami właścicieli taśm prawdy, tyle że nie skorzystali z możliwości ich upublicznienia, podając powód braku oryginałów nagrań?

Tych pracowników mediów mogłaby skłonić do milczenia w sprawie jedynie solidarność zawodowa, której przecież nie ma... Gdy jednak redakcje telewizyjne zaczęły zapraszać do swych studiów pierwszych gości, mających odnieść się do afery na szczytach władzy, to w programie "Loża prasowa", prowadzonym przez redaktor Małgorzatę Łaszcz pojawili się znani dziennikarze: Paweł Lisicki ("Do Rzeczy"), Andrzej Stankiewicz ("Rzeczpospolita"), Daniel Passent ("Polityka") i Paweł Wroński ("Gazeta Wyborcza"). Skład nie mógł dziwić, bo panowie spotykają się w takim zestawieniu dość często. Nie mógł zdziwić również stosunek do sprawy zaproszonych gości - bo, mimo że z nagrań przeciętny troglodyta był w stanie wyczytać, czego dotyczyły ustalenia polityków, to jedynie komentatorzy Lisicki i Stankiewicz wyrazili oburzenie, a panowie Passent i Wroński zachowali do sprawy, delikatnie mówiąc, pewien dystans. Nie on jest jednak najważniejszy, ale zdanie, które wtrącił w swą wypowiedź redaktor "Polityki", zdanie, które pewnie stanie się przedmiotem niejednego wykładu na wydziałach dziennikarskich uniwersytetów w całej Polsce. Passent zasugerował, że dziennikarze "Wprost", zanim zdecydowali się na opublikowanie nagrań, powinni sprawdzić ich autentyczność w Laboratorium Kryminalistyki.

Kogo bronią komentatorzy?

Trudno odmówić redaktorowi zawodowej poprawności, choć dziennikarz z takim doświadczeniem jak on musi wiedzieć, że osoba, która zdecydowałaby się wysłać sensacyjne materiały do wspomnianego laboratorium, prawdopodobnie straciłaby szansę na ich publikację, a już na pewno na element zaskoczenia głównych "bohaterów" nagrań. Co zatem było celem Passenta, gdy formułował taką opinię? Domysłów może być wiele, ale osoba bezpośrednio zaangażowana w publikację taśm mogłaby pomyśleć, że na przykład chęć zdyskredytowania osób, które taki materiał zdecydowały się opublikować, wszak czegoś nie dochowano, a może nie sprawdzono źródła - pomyśli zaraz następny widz. Ale Passent nie był odosobniony w swych opiniach. Niedługo po jego wypowiedzi w podobny sposób bronili się nagrani rozmówcy: że nagrania pocięte, że nie wszystkie upubliczniono - to taki ukryty zarzut o złą (nawet celową) selekcję informacji, która (dalej w domyśle) ma czemuś służyć. A na końcu politycy z kręgów władzy sugerują: możliwe, że "obcemu wywiadowi" (w domyśle oczywiście rosyjskiemu, wszak przy naszych granicach wre), a przecież państwo musi się trzymać, więc: "władzy nie oddamy"!

Jerzy Mosoń, redaktor naczelny magazynu "Gentleman"

Dowiedz się więcej na temat: drugi | taśmy "Wprost" | Ale

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »