Reklama

Fiskalny kolonializm eurostrefy

15 kwietnia Parlament Europejski nareszcie przyjął rozporządzenie ws. wspólnego mechanizmu restrukturyzacji i kontrolowanej likwidacji banków w strefie euro. Mechanizm ten, który wejdzie w życie dopiero 1 stycznia 2015 r., jest jednak tak skomplikowany, że aż niefunkcjonalny - a w dodatku pozostawia rządom państw członkowskich prawo weta. Jak widać, chociaż od wybuchu kryzysu finansowego mija już sześć lat, Europa wciąż jeszcze nie uporządkowała bałaganu, jaki panuje w tamtejszym sektorze bankowym.

Reklama

Mimo iż rynki finansowe wykazują oznaki ożywienia, kryzys wciąż mocno daje się Staremu Kontynentowi we znaki. Przez bankowe żywe trupy, niewypłacalne i znajdujące się w stanie upadłości (tzw. "zombie banks" - red.), firmy z krajów południowoeuropejskich mają problem z dostępem do kredytów. W państwach borykających się z trudnościami gospodarczymi miliony obywateli jest bez pracy albo ledwo wiąże koniec z końcem po redukcji wynagrodzeń, z trudem spłacając swoje zobowiązania i zasilając swoimi podatkami budżet (w zamian za coraz niższy standard usług publicznych). Wielu zdążyło już stracić swój najcenniejszy kapitał: nadzieję na lepszą przyszłość.

W państwach członkowskich UE narastają napięcia społeczne. Z kolei między poszczególnymi państwami zwiększa się polityczne tarcie. Poparcie dla UE jest na rekordowo niskim poziomie. W zbliżających się wyborach do Europarlamentu ekstremistyczne ugrupowania z pewnością wypadną lepiej niż kiedykolwiek.

Bank ci pożyczył? To twoja wina!

Główną przyczyną kryzysu było to, że banki niemieckie i francuskie bezmyślnie udzielały pożyczek (albo bezpośrednio, albo za pośrednictwem lokalnych instytucji bankowych) nabywcom nieruchomości w Hiszpanii i Irlandii, konsumentom w Portugalii - a także rządowi w Atenach.

Gabinet Angeli Merkel i jego usłużni brukselscy poplecznicy chcieliby, aby to właśnie greccy, irlandzcy, portugalscy i hiszpańscy podatnicy zapłacili z własnej kieszeni za pomyłki tychże banków. Tym samym konsekwentnie stawiają oni interesy niemieckich i francuskich banków nad interesami obywateli krajów strefy euro.

Zwłaszcza Niemcy nie przyjmują do wiadomości faktu, że tamtejsze banki udzielały ryzykownych pożyczek. Berlin, który wzdraga się na myśl o zrzeczeniu się kontroli nad pogrążonymi w kłopotach niemieckimi instytucjami finansowymi, wykorzystuje swoją pozycję w celu osłabienia unii bankowej eurostrefy. Co gorsza, Berlin - ramię w ramię z Komisją Europejską i Europejskim Bankiem Centralnym - niesłusznie obarczył winą za kryzys w strefie euro kraje Europy Południowej i panującą tam "rozrzutność fiskalną". Ta błędna diagnoza, służąca interesom samozwańczych lekarzy, wyrządziła w Europie długofalowe szkody gospodarcze i polityczne.

Rygorystyczna polityka zaciskania pasa, którą narzucili ludziom europejscy przywódcy, spowodowała głęboką recesję i gigantyczny wzrost bezrobocia, mocno destabilizując jednocześnie finanse publiczne państw. W Grecji gospodarka skurczyła się o jedną czwartą, a przychody najuboższych obywateli - o jedną trzecią; na dziesięć młodych osób aż sześć nie ma pracy. Według niektórych kryteriów, to większy regres niż ten, którego doświadczyły Niemcy w latach 30. XX wieku.

Nie ratować tonącego

Kiedy jeszcze pełniłem funkcję doradcy ekonomicznego przewodniczącego Komisji Europejskiej, protestowałem przeciwko takim rozwiązaniem, ale niewiele to dało. Błędy popełnione przez europejskich decydentów wywołały panikę na rynkach obligacji, co o mały włos nie skończyło się rozpadem unii walutowej. W odpowiedzi politycy zarządzili jeszcze mocniejsze zaciskanie pasa. Europejskiemu Bankowi Centralnemu udało się opanować sytuację na rynkach dopiero latem 2012 r. To dzięki jego działaniom i poluzowaniu dyscypliny budżetowej gospodarki państw strefy euro ustabilizowały się. Berlin i Bruksela twierdzą jednak - niezgodnie z prawdą! - że dowiodły skuteczności swojego pomysłu na wyjście z kryzysu.

Fatalna decyzja o wsparciu niemieckich i francuskich banków - bo tym w istocie było udzielenie pożyczki niewypłacalnej już Grecji w maju 2010 r. (a można było przecież anulować jej długi) - była dla strefy euro bolesnym ciosem. Pogwałcono zasadę prawną, na której oparto europejską unię walutową: kraj, który popadł w tarapaty, nie powinien być ratowany przez innych członków grupy.

Kliknij i pobierz darmowy program PIT 2013

Ponieważ jednak kanclerz Merkel postanowiła zignorować tę zasadę, niemieccy podatnicy zaczęli martwić się, że zadłużenie Europy Południowej sprowadzi kłopoty na nich samych. Angela Merkel zażądała więc zaprowadzenia ściślejszej kontroli nad decyzjami budżetowymi podejmowanymi przez państwa członkowskie - a Komisja Europejska z zachwytem przyjęła perspektywę zyskania kolejnych uprawnień. Kraje, które łączy wspólna waluta i wspólna stopa procentowa potrzebują większej elastyczności fiskalnej, to nie ulega wątpliwości - ale to, co robi teraz Komisja, jest w istocie nakładaniem na te kraje fiskalnego kaftana bezpieczeństwa (m.in. może ona domagać się, by rząd danego państwa zmienił projekt budżetu jeszcze zanim zostanie on przedstawiony na forum parlamentu).

Polityczna trucizna

Taka centralizacja władzy fiskalnej jest nie tylko niebezpieczna z punktu widzenia gospodarki. To również polityczna trucizna. Kiedy wyborcy w jednym z krajów członkowskich pożegnali się ze swoim dotychczasowym rządem (jak to zresztą miało miejsce niemal we wszystkich krajach, w których najpierw wybuchł kryzys, a potem odbyły się wybory), Olli Rehn - wiceprzewodniczący KE i komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych, obecnie na urlopie - oznajmił w telewizji, że nowy rząd powinien realizować politykę rządu odchodzącego, chociaż polityka ta okazała się zgubna. Urzędnik z dalekiej Brukseli, który nie został wybrany na swój urząd przez ogół obywateli i praktycznie nie ponosi żadnej odpowiedzialności za swoje czyny, odmawia wyborcom prawa do decydowania o podatkach i wydatkach w ich własnym państwie - taka sytuacja jest zaprzeczeniem demokracji i zniechęca ludzi do Unii Europejskiej.

Kryzys, który mógł zjednoczyć Europę we wspólnym wysiłku na rzecz ograniczenia potęgi banków, podzielił strefę euro na wierzycieli i dłużników, a ze złych pożyczek uczynił międzyrządowe obligacje. Instytucje unijne stały się dla wierzycieli narzędziami, za pomocą których narzucają oni swoją wolę dłużnikom, podporządkowując południowe "peryferia" Europy północnemu "rdzeniowi". To swoista quasi-kolonialna zależność. Berlin i Bruksela są dziś żywotnie zainteresowane ugruntowaniem tego systemu. Ani myślą zrzec się władzy i przyznać do błędów.

Ministerstwo finansów strefy euro

Jeśli strefa euro chce uporządkować ten bałagan, musi zmienić swoją politykę. Zmiany są też potrzebne w tamtejszych instytucjach. Banki muszą zostać poddane restrukturyzacji, a długi niemożliwe do spłacenia - anulowane. Potrzebne są liczne nowe inwestycje i śmiałe reformy mające na celu zwiększenie produkcyjności.

Należy również przywrócić zasadę "żadnych bailoutów". Rządy państw, wybierane przez obywateli, muszą mieć większe pole manewru w kwestii podatków i wydatków. Ograniczać je powinna chęć rynków do udzielania im pożyczek i, w ostatecznym rozrachunku, ewentualne ryzyko niewypłacalności. Trzeba też wprowadzić mechanizm uporządkowanej likwidacji długu publicznego.

By uniknąć niebezpieczeństw w przyszłości, należy także chronić rolę EBC jako "pożyczkodawcy ostatniej szansy", służącego pomocą wypłacalnym rządom. Konieczne jest też zagwarantowanie odpowiedniej niezależności mechanizmu restrukturyzacji banków, które popadły w tarapaty.

W dalszej perspektywie trzeba pomyśleć o stworzeniu "ministerstwa finansów" strefy euro, które odpowiadałoby zarówno przed instytucjami unijnymi, jak i rządami poszczególnych państw, i dysponowało ograniczonymi uprawnieniami w zakresie podatków i zaciągania pożyczek.

Dalsze forsowanie obecnych rozwiązań i utrzymywanie istniejących instytucji zniszczy poparcie dla UE jako takiej; grozi też jej upadkiem. Potrzebna nam jest Europejska Wiosna w postaci gospodarczego i politycznego odrodzenia.

Philippe Legrain *, © 2014 The New York Times

Tłum. Katarzyna Kasińska

* Philippe Legrain jest brytyjskim ekonomistą i publicystą. Do lutego 2014 r. pełnił funkcję doradcy ekonomicznego przewodniczącego Komisji Europejskiej

Dowiedz się więcej na temat: bank | Parlament Europejski | strefa euro

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »