Reklama

Kredyty frankowe. Banki i kredytobiorcy czekają na wyrok Sądu Najwyższego

Bankowcy mówią, że polskie państwo, wymiar sprawiedliwości, a ostatnio nadzór poszły za daleko na rękę frankowiczom. A co mówią ludzie? Z grubsza rzecz biorąc to samo, co... bankowcy. Prawie dwie trzecie z nas nie popiera pomocy frankowiczom, tym bardziej, że powoli zdajemy sobie sprawę, że czeka nas na nich publiczna zrzutka.

- Jeśli przyjrzymy się, jak wielu Polaków jest skłonnych poprzeć pomoc frankowiczom, jest to zdecydowana mniejszość społeczeństwa - powiedział Marcin Duma, prezes ośrodka badania opinii publicznej IBRiS podczas zdalnej dyskusji w Klubie Odpowiedzialnych Finansów przy Europejskim Kongresie Finansowym.

Reklama

I przytacza wyniki różnych sondaży, nie tylko przeprowadzanych przez IBRiS. Wynika z nich, że zaledwie ok. jedna trzecia pytanych jest za tym, żeby państwo czy też banki pomagały frankowiczom. Blisko dwie trzecie jest temu przeciwnych.

Wszystko zależy od konkretnej sytuacji

Jak dodaje Duma wszystko zależy od tego, jak rozumiemy pomoc i komu konkretnie ma być udzielona. Bo jeśli ktoś wziął kredyt w tanim franku, żeby kupić sobie kilka mieszkań i potem je wynajmować, a teraz narzeka, że frank jest drogi, to podjął po prostu ryzyko inwestycyjne. Biznes się nie udał? Trudno. Ale wcale nie chcemy mu pomagać. Tak samo jeśli ktoś za kredyt we frankach zbudował - powiedzmy - 300-metrowy dom i teraz płacze. Może przecież mieszkać w skromnym, 100-metrowym mieszkanku, i pozbyć się kredytu.

- Za kredyty we frankach finansowano niejednokrotnie mieszkania na wynajem. To był hazard moralny kredytobiorców - powiedział Jan Szambelańczyk, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Ale jeśli ktoś wziął kredyt, żeby naprawdę kupić dach nad głową, bo nie miał gdzie mieszkać, a teraz ma trudności ze spłatą? Sondaże pokazują, że jesteśmy za tym, by mu pomóc. Ale dlaczego akurat frankowiczom, a nie innym kredytobiorcom, którzy kupili mieszkanie dla siebie i popadli w tarapaty? Według badań opinii publicznej niewielu chce zadłużonych we frankach szczególnie wyróżniać. Wniosek stąd, że każda sytuację trzeba traktować indywidualnie.



- Jesteśmy za pomocą tylko tym, którzy mają problemy finansowe, wzięli kredyt na mieszkanie, a nie lewarowali się kredytem (...) Jeśli mielibyśmy zbudować płaszczyznę pomocy, to powinna obejmować nie tylko frankowiczów. Jeśli mamy pomagać, to pomagać wszystkim - mówił o wynikach badań opinii publicznej Marcin Duma.

- Jeśli będzie ochrona kredytobiorców walutowych, to będzie niesprawiedliwe w stosunku do złotowych - dodała Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz, wspólnik w kancelarii prawnej Gessel.

Tymczasem już kilka lat temu banki same uruchomiły program pomocy dla kredytobiorców w tarapatach. Jest on co prawda mało elastyczny i dość surowy, ale banki już nie raz sygnalizowały, że są gotowe go poprawić.

O tym czy i jak pomóc frankowiczom dyskusje trwają co najmniej od 2015 roku, kiedy to szwajcarski bank centralny przestał interweniować, by osłabić kurs rodzimej waluty. Wszyscy pamiętają, że nawet prezydent Andrzej Duda zaangażował się w poszukiwanie "kursu sprawiedliwego". I nic z tego nie wyszło. Bo takiego kursu nie ma. Albo kredytobiorcy muszą ponosić straty, gdyż zaciągnęli kredyt po niższym kursie niż go teraz spłacają, albo banki muszą ponieść straty zamieniając ich kredyt na złotowy po niższym kursie niż jest obecnie.

- Nie widzę sprawiedliwego rozwiązania - mówił Jan Szambelańczyk.

Propozycja nadzoru przyspieszyła sprawy

Pod koniec zeszłego roku przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Jacek Jastrzębski zaproponował, żeby banki wystąpiły do swoich klientów-frankowiczów z propozycjami ugód. Ugoda miałaby polegać właśnie na tym, że kredyt zostałby od udzielenia przewalutowany na złote. Zasadnicze pytanie - po jakim kursie? Przewodniczący wyraźnie dał do zrozumienia, że banki powinny zaproponować swoim klientom bonusy.

Bank Millenium oferuje kurs 3,1 zł za franka, gdy na rynku frank kosztuje 4,1 zł. I podaje, że koszty zawarcia ugód z klientami obciążą go kwotą 4,1-5,1 mld zł. W mBanku koszty te szacowane są na 4,7-5,4 mld zł, w Santanderze na 2,7 mld zł, a w PKO BP na 6-7 mld zł. Andrzej Powierża, analityk Domu Maklerskiego banku Citi Handlowy wyliczył, że gdyby "frankowe" banki zawarły ugody ze wszystkimi klientami, to koszt całego sektora wyniósłby 34 mld zł minus ok. 4 mld zł zrobionych już odpisów

Ugody mogłyby zatrzymać lawinę pozwów składanych przez frankowiczów. Do sądzenia się z bankami zachęciło ich orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który stwierdził, że jeśli umowa pomiędzy klientem a bankiem zawierała niedozwolone klauzule, to sąd może uznać, ze jest nieważna. Teraz już ok. 10 proc. kredytobiorców "frankowych" sądzi się z bankami. Ale TSUE nie powiedział co dalej, bo nikt go o to nie pytał. I w orzekaniu - co dalej - polskie sądy się całkowicie pogubiły.  



Ich postanowienia są dla banków bardzo kosztowne. Z wyliczeń analityków wynika, że co najmniej dwa razy bardziej niż byłyby ugody. Banki zwracają uwagę, że w przypadku unieważnienia umowy we frankach należą im się pieniądze za korzystanie przez klienta z kapitału. W większości przypadków - przez wiele lat. I po sprawiedliwości trudno nie przyznać im racji. Ale problem z tym, że w polskim prawie nie ma przepisów mówiących cokolwiek na temat wynagrodzenia za korzystanie z kapitału.

Oczekiwanie na 25 marca

Alternatywa w postaci zawierania ugód jest więc dla banków kusząca, o ile akcjonariusze zgodzą się na to, żeby przyjąć na siebie i tak duże straty. Ale nie tylko oni je poniosą. Za ugody frankowiczów z bankami zapłaci znacznie więcej różnych interesariuszy - właściwie my wszyscy. Bankowcy dyskutują więc o tym, jakie są scenariusze. Ale wciąż wszystkie one są obarczone wielką niepewnością.

Niepewność wynika z tego, że 25 marca Sąd Najwyższy ma ujednolicić orzecznictwo w sprawach pomiędzy bankami a frankowiczami. Ma się wypowiedzieć w sześciu kwestiach związanych z kredytami walutowymi, gdy w umowach znajdują się zapisy uznawane za niedozwolone. To orzeczenie może być przełomowe dla przyszłych sporów. Nie ma jednak pewności, czy SN zasugeruje, co zrobić, jeśli umowa - wskutek niedozwolonego zapisu - zostaje unieważniona.

- Pole do ustępstw (w ramach ugody klienta z bankiem) może być węższe albo szersze w zależności od tego co powie Sąd Najwyższy - mówiła podczas dyskusji Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz.

W orzeczeniach sądów zdarzają się też liczne postanowienia, że kredyt frankowy należy potraktować jako udzielony w złotych, ale do oprocentowania przyjąć stopę LIBOR dla franka. Historycznie była ona znacznie niższa niż oprocentowanie kredytów w złotych i straty banków w wyniku realizacji takich postanowień byłyby ogromne. Bankowcy zwracają uwagę, że stosowanie stopy procentowej w jednej walucie do innej waluty jest niezgodne z żadną z zasad ekonomii.   

- Nie ma uczciwej dyskusji. Sędziowie mówią - nas nie obchodzi ekonomia, nas nie obchodzą skutki ekonomiczne (...) Sądy nie rozumieją waluty kontraktu i waluty płatności

- mówił Krzysztof Kalicki, profesor Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie i członek rady nadzorczej Deutsche Bank Polska.

- Mam pretensję do Sądu Najwyższego, że odcina się od argumentów ekonomicznych - dodał.

Ryzyko dla gospodarki

Bankowcy i prawnicy mówią, że frankowicze stworzyli potężne lobby i jest to jeden z ważnych powodów niekorzystnych dla banków orzeczeń. Zwracają uwagę, że pięciu sędziów SN jest zadłużonych we frankach, a nie wyłączyli się z orzekania w tej sprawie.

- Żaden z sędziów się nie wyłączył z tego powodu - przyznała Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz.

Stąd obawy, że stanowisko SN może być dla banków niekorzystne. Ale może zagrażać też całemu polskiemu systemowi finansowemu w taki sposób, że straty banków wyczyszczą do zera ich kapitały.

- Odfrankowienie to 92 proc. redukcji kapitału (tych banków, które udzielały kredytów we frankach). Dążymy do wywłaszczenia banków bez ustawy, bez odszkodowania - powiedział Krzysztof Kalicki.

Jacek Bartkiewicz, były członek zarządu NBP zwraca uwagę, że gdyby Sąd Najwyższy zaaprobował linię orzeczniczą, która mówi o unieważnieniu umowy i spłacie wzajemnych należności w złotych bez wynagrodzenia dla banku za korzystanie z kapitału, albo też wariant "złoty na LIBOR-ze", zagrażałoby to przetrwaniu kilku banków, a ich akcjonariusze musieliby sprzedać aktywa "za bezcen". Szacunki strat w najgorszych wariantach sięgają nawet 95 mld zł. - Słyszy się głosy, że chodzi o to, by pozbyć się kilku niewygodnych graczy na rynku finansowym w Polsce - powiedział.

CHF/PLN

4,1237 0,0027 0,07% akt.: 16.04.2021, 21:59
  • Kurs kupna 4,1217
  • Kurs sprzedaży 4,1256
  • Max 4,1334
  • Min 4,1231
  • Kurs średni 4,1237
  • Kurs odniesienia 4,1210
Zobacz również: CAPTORTX-PDA MABION-PDA USD/GBP

Nawet gdyby do tego nie doszło, banki - nie mające w obecnych warunkach perspektyw na zyski z powodu niemal zerowych stóp procentowych i gospodarczego kryzysu - nie miałyby szansy odtworzyć swoich kapitałów. A za koszty poniesie cała gospodarka.

- Sektor bankowy będzie miał mniejsze zdolności do finansowania gospodarki w przyszłości, co się odbije na jej możliwościach rozwojowych - powiedział Jacek Bartkiewicz.

- Gdy obniżymy kapitały, banki nie będą w stanie finansować inwestycji. W funduszach z Unii musi być udział własny - dodał Jan Szambelańczyk.

Straty akcjonariuszy większościowych to także straty akcjonariuszy mniejszościowych, funduszy inwestycyjnych i ich klientów oraz funduszy emerytalnych i przyszłych emerytów. Grupa interesariuszy, którzy stracą na tym, co zyskają frankowicze jest zatem bardzo szeroka. Jeśli dojdzie do upadłości banków, straty poniesie także Skarb Państwa bo to on ostatecznie gwarantuje zgromadzone depozyty. W przypadku "przewalutowania" NBP będzie musiał dostarczyć bankom franki pozbywając się części rezerw, a to przecież także grosz publiczny. Jeśli nawet sprawy nie pójdą tak daleko, to pewne jest, że banki będą się starały sobie odbić straty na klientach.

- Za niewielką liczbę osób zapłaci cala reszta społeczeństwa. Straty, które w banku zostaną zaksięgowane, muszą się kiedyś odbić. Wiele lat będziemy płacić i tę dziurę zasypywać - powiedział Krzysztof Kalicki.

Ta perspektywa jest po prostu dramatyczna i dlatego - teoretycznie - banki powinny rzucić się do zawierania ugód z klientami i podpisywać je z pocałowaniem ręki, byle tylko zminimalizować straty. mBank twierdzi, ze w perspektywie kilku lat byłby w stanie odtworzyć swój kapitał, gdyby klienci poszli na ugody, a nie do sądu.

Przynajmniej kilka haczyków w ugodach

Pierwszy polega na tym, że kredyt "przewalutowany" na złote oprocentowany byłby na stopie zmiennej dla złotego, tak jak lwia część kredytów udzielanych w polskiej walucie. A co będzie gdy stopy procentowe wzrosną? Czy ci, którzy zawarli ugody, nie powiedzą wtedy - znowu zostaliśmy oszukani.

- W ugody nie wierzę. Jeśli można podważyć umowę kredytową po 10 czy 15 latach, to tym bardziej za kilka lat można unieważnić ugodę. Na przykład wtedy, kiedy wzrośnie stopa procentowa - mówił Jacek Bartkiewicz. 

Dlatego radzi - jeśli już zawierać ugodę z frankowiczem, to na kredyt złotowy na stałą stopę. Choć oczywiście to wariant dla banków bardziej kosztowny, gdyż biorą na siebie ryzyko stopy procentowej i muszą przed nim się zabezpieczyć. A za to muszą zapłacić.

- Po przewalutowaniu klient pozbywa się ryzyka kursowego, ale będzie miał ryzyko stopy procentowej. Na miejscu banków proponowałbym kredyt na stopę stałą - powiedział.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz mówi, że być może w procedurach zawierania ugód nie obejdzie się bez udziału sądu. Przyznaje, że obawy, iż ugody pozasądowe mogą być podważane przez strony i obecni frankowicze po ich zawarciu będą mogli znowu iść do sądu, są uzasadnione. Bardziej pewna prawnie byłaby ugoda zawarta przed sądem. KNF oferowała zresztą swój sąd arbitrażowy dla mediacji w sprawie ugody, również mediacji przed sądem cywilnym, który potwierdzałby zgodność ugody z prawem. Dodaje też, że większą pewność prawną prawdopodobnie dawałoby zawarcie nowej umowy kredytowej, a nie ugody.

Kolejnym haczykiem jest brak powszechnej, społecznej akceptacji dla ugód z frankowiczami i dawania im "bonusów". Marcin Duma uważa, że banki zawierając ugody z tą grupą klientów mogą tylko popsuć swój wizerunek.   

- Akceptacja dla pomocy tej grupie klientów jest nikła - ostrzega.

- Nakłania się banki do tego, żeby zawierały ugody, tylko te ugody są dla banków niezwykle krzywdzące. To fundamentalnie nieetyczne i karygodne - dodaje Krzysztof Kalicki.

Od 2015 roku doszło już do co najmniej kilku propozycji rozwiązania problemu kredytów we frankach i za każdym razem skończyło się na niczym. Prawdopodobnie propozycja przewodniczącego KNF podzieli ich los. Dlatego marcowe orzeczenie Sądu Najwyższego będzie dla tej sprawy najważniejsze. Wartość kredytów we frankach na koniec zeszłego roku wynosiła prawie 97 mld zł.

Jacek Ramotowski

Nie czekaj do ostatniej chwili, pobierz za darmo program PIT 2020 lub rozlicz się online już teraz!

Dowiedz się więcej na temat: frank szwajcarski | kredyt we frankach | frankowicze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »