Reklama

Na drugi lockdown gospodarki nas nie stać

Mimo że bijemy rekordy pod względem zakażeń koronawirusem, nie słychać głosów za ponownym zamknięciem gospodarki. Byłoby to biznesowym i politycznym strzałem w stopę, bo skutkowałoby masowymi bankructwami firm, lawinowym wzrostem bezrobocia, kryzysem finansów państwa i złotego.

Końcówka tygodnia przyniosła poziom zakażeń COVID-19 nienotowany ani w marcu, ani w kwietniu, gdy rząd decydował o faktycznym zamknięciu krwiobiegu gospodarki, widząc w tym skuteczny sposób na powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa. Wiele firm produkcyjnych i usługowych zawiesiło działalność, ograniczenia w przemieszczaniu uderzyły w branżę turystyczną, a zakaz zgromadzeń - w wydarzeniową. 

Reklama

Polityka gospodarcza skupiła się na maksymalnym ratowaniu miejsc pracy i zapobieganiu bankructwom firm. Uruchomiono kilka kosztownych rządowych tarcz antykryzysowych, przedsiębiorcy - pod określonymi warunkami - mogli nie płacić składek społecznych i uzyskać pomoc finansową. Pandemia miała zostać szybko stłumiona, a gospodarka po lockdownie miała odbić w kształcie litery "V" (optymistycznie, bo szybciej) lub "U" (pesymistycznie, bo wolniej).

Jednak akcja "ratujmy gospodarkę" była niezwykle kosztowna, przede wszystkim dla państwa, które wzięło na swój rachunek pompowanie pieniędzy do wielu firm zagrożonych upadkiem. W zaledwie kilka miesięcy ponieśliśmy jako państwo gigantyczne koszty związane z ratowaniem gospodarki, których po raz drugi po prostu ponieść się nie da bez katastrofalnych skutków. 

Budżet nie jest z gumy 

Skutki epidemii spowodowały, że budżet państwa, zamiast założonego na papierze zrównoważenia dochodów i wydatków w 2020 r., będzie mieć gigantyczną dziurę. Ile? Dowiemy się wkrótce, gdy poznamy nowelizację budżetu, ale mówi się o 100 mld zł, czyli ok. 5 proc. PKB. Schemat załamania dochodów wynikał wprost z lockdownu - konsumenci zostali w domach i mniej kupowali, więc dochody z VAT poszły w dół, zyski firm spadły - zmniejszył się CIT, a na dodatek spadło zatrudnienie, a z nim wpływy z PIT.

Co gorsza, po okresie bardzo dobrej prosperity nie mieliśmy żadnych zaskórników, jak choćby Niemcy, ponieważ zwiększone dochody państwa, np. z uszczelnienia VAT, poszły na gigantyczne transfery socjalne na czele z 500+ (rozszerzonym dodatkowo na każde dziecko) oraz 13. emeryturą. Samo utrzymanie programu 500+ kosztuje rocznie ok. 40 mld zł, a wypłata 13. emerytury - ok. 12 mld zł. 

W czasie, gdy gospodarka powinna się "kręcić" sama, państwo zachowywało się jak bogaty wujek, aby przedłużyć boom prywatnej konsumpcji i w prawie dwuletnim okresie wyborczym wspierać wyborców. Impuls fiskalny był nadużywany w latach tłustych, podczas gdy powinien być zarezerwowany na lata chude. Pod tym względem należeliśmy do europejskich liderów ze wskaźnikiem 1,6 proc., podczas gdy bogatsze Niemcy kierowały na ten cel 0,2 proc., a strefa euro - 0,4 proc. 

Lockdown na kredyt 

Nie dość, że w tłustych latach nie odkładaliśmy na "czarną godzinę", to dodatkowo w szybkim tempie szło nam zadłużanie. W połowie 2019 r., profesor Dariusz Filar, b. członek Rady Polityki Pieniężnej, ostrzegał, że poruszamy się po bardzo delikatnej granicy, bo przez trzy lata dług urósł o 110 mld zł i przekroczyliśmy okrągły bilion złotych. 

Oczywiście nominalnie, więc wtedy mało kto się tym przejmował. Powszechnie używano argumentu, że spokojnie można się zadłużać, bo jeśli rośnie PKB (a rósł w tempie 4-5 proc. rocznie) łatwo utrzymać relację długu do tego wskaźnika na bezpiecznym poziomie. A nawet relacja może spadać, tak jak działo się to u nas w poprzednich latach.

Sęk w tym, że słabym punktem tej teorii jest sytuacja, gdy PKB jednak tąpnie i do tego gwałtownie. I tak właśnie się stało z powodu zatrzymania gospodarki. W efekcie, z jednej strony mamy idący w dół PKB, z drugiej - rosnące potrzeby pożyczkowe państwa, co dramatycznie zmienia relację długu do PKB. O ile przed pandemią startowaliśmy z poziomu ok. 44  proc. długu do PKB, to wkrótce możemy dotrzeć do progu ostrożnościowego - 55 proc. 

Stąd już niewiele do 60 proc. - konstytucyjnej granicy zadłużania się państwa. Pokusa, aby iść w dług bez oglądania się na konsekwencje, prowokuje głosy, że progi ostrożnościowe i reguła wydatkowa (gorset wydatków państwa pomagający stabilizować finanse publiczne) są tylko zbędnymi ograniczeniami, które utrudniają prowadzenie aktywnej polityki gospodarczej, czytaj - zadłużania się bez zahamowań. Jednak skokowe pogorszenie wskaźników zadłużenia jest jednym z głównych argumentów, aby po raz drugi gospodarki nie zamykać, bo po prostu nie stać nas na kolejny cios dla przychodów państwa albo wypłatę pożyczek i dotacji z kolejnych tarcz antykryzysowych. 

Oczywiście, prawdziwa skala zadłużania się państwa może być maskowana przez emitowanie długu przez takie podmioty jak PFR czy BGK, jednak na koniec dnia góra pieniędzy do oddania przez państwo - bezpośrednio i pośrednio - rośnie w szybkim tempie, a to może budzić niepokój wśród inwestorów, którzy mają polskie obligacje i złotego. 

Kurs złotego na huśtawce 

Jesteśmy wystawieni na ryzyko walutowe, bo złoty nie jest - w przeciwieństwie do dolara, franka szwajcarskiego czy nawet euro - żadną walutą rezerwową, która byłaby "bezpieczną przystanią". Utrata zaufania inwestorów zagranicznych, którzy trzymają w swoich portfelach nasze obligacje i złotego, mogłaby skończyć się skokowym osłabieniem naszej waluty. Bo po sprzedaniu obligacji na wyścigi wymieniliby uzyskane złote na twardą walutę, aby ją wycofać z Polski do innych regionów świata. 

Jak taki scenariusz wygląda, można się przekonać na przykładzie tureckim, gdzie z powodu ucieczki zagranicznych inwestorów zanurkowała lira, co wywołało inflację i zubożenie całego społeczeństwa. A warto pamiętać, że nie tak dawno Turcja także stawiana była za prymusa gospodarczego, o którym mówiono z szacunkiem i chętnie lokowano tam ogromne kapitały.

To zagrożenie dla złotego jest na razie hipotetyczne, ale nikt nie wie, jak inwestorzy zagraniczni zareagowaliby na drugie zamknięcie polskiej gospodarki. Na razie na świecie, z powodu masowego dodruku pieniędzy np. przez amerykański bank centralny Fed, mamy nadmiar kapitału i polskie obligacje są chętnie kupowane, a złoty się umacnia do dolara i euro po skokowej przecenie na fali paniki związanej z pandemią. 

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Odbieranie obligacji rządowych zapewnia także NBP, który skupuje aktywa z portfeli banków komercyjnych, ale i jego możliwości nie są nieograniczone. A granicą dodruku pieniędzy jest zawsze zaufanie do banku centralnego i stojącej za nią gospodarki. Dlatego na razie gigantyczny dodruk dolarów uchodzi Ameryce na sucho, nie wywołuje inflacji konsumenckiej, a jedynie inflację aktywów, czyli drożeją akcje, obligacje i nieruchomości. 

Przedsiębiorcy muszą działać 

Sytuacja z pierwszego lockdownu, w której zamrożona została większość usług, a część firm produkcyjnych przerwała działalność, okazała się koszmarem dla wielu przedsiębiorców, którzy tym chętniej sięgnęli po pieniądze pomocowe zaoferowane przez państwo. Drugą falę takiej pomocy trudno sobie wyobrazić nie tylko z powodu osłabienia finansowego państwa i zwiększenie długu, ale także obaw, że "nieczynne" polskie firmy wypadną z europejskich i globalnych łańcuchów dostaw. Bo jeśli niemiecki producent samochodów nie będzie mieć pewności dostaw od polskiego kontrahenta, to szybko trwale zastąpi go innym. 

Dlatego firmy muszą produkować i świadczyć usługi, jeśli nie chcą wypaść z rynku, bo konsekwencją byłyby masowe bankructwa i zwolnienia pracowników. I wówczas moglibyśmy zapewne zapomnieć o przewidywanej w 2021 r. stopie bezrobocia na poziomie 7,5 proc., tylko moglibyśmy się przywitać nawet ze wskaźnikiem dwucyfrowym. 

Na aktywności gospodarczej i spodziewanym ożywieniu wiszą całe założenia przyszłorocznego budżetu, który zakłada wzrost PKB o 4 proc. Bez działających fabryk czy galerii handlowych o silnym odbiciu gospodarki będzie można zapomnieć. 

A na drugi z rzędu kryzysowy rok z recesją nas nie stać, więc pomimo pandemii gospodarka będzie musiała działać w trybie jak najbardziej zbliżonym do okresu sprzed COVID-19. Alternatywą może być jedynie czasowy lockdown punktowy, pojedynczych zakładów czy nawet gmin i regionów, aby wygasić ewentualne ogniska zakażeń. Ale nikt już po raz drugi nie zamknie gospodarki całego kraju. Zresztą tak samo jak każdego innego w Unii i poza nią. 

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Dowiedz się więcej na temat: lockdown | koronakryzys

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »