Reklama

Pokora bankiera centralnego, czyli inflacji miało nie być, a jednak jest

Stało się. Inflacja w Polsce w listopadzie przekroczyła 7 proc., czyli znalazła się na poziomie, który zdaniem prezesa NBP Adama Glapińskiego miała osiągnąć w styczniu przyszłego roku i który miał być cenowym szczytem. Żeby dobrze oddać słowa prezesa, to miało być "siedem i coś". Czyli jest - 7,7 proc. Tylko dwa miesiące wcześniej. W tym samym czasie, wraz z przyspieszeniem inflacji, można dostrzec zmianę narracji płynącej z ust szefa NBP dotyczącej stóp procentowych, inflacji i kursu złotego. Ciekawe dlaczego?

W październiku, warto przypomnieć, ceny były jeszcze "tylko" o 6,8 proc. wyższe niż przed rokiem przy celu inflacyjnym banku centralnego określonym na 2,5 proc. z dopuszczalnymi wahaniami plus minus 1 pkt proc., czyli maksymalnie do 3,5 proc. po tej "wyższej" stronie. Według prognoz ekonomistów szczyt inflacji będzie zdecydowanie wyżej niż wskazywał prezes NBP - wystarczy wspomnieć ostatnie projekcje ekonomistów, którzy ów szczyt na inflacyjnym wykresie umieszczali między 8 a 9 proc.

Jako autor alfabetu prezesa Adama Glapińskiego (określanego w banku skrótem PPAG - Pan Profesor Adam Glapiński, choć pasuje także Profesor Prezes Adam Glapiński; w polskiej polityce istnieją też inne skróty jak PJK - Prezes Jarosław Kaczyński, PAD - Prezydent Andrzej Duda czy PMM - Premier Mateusz Morawiecki) ze stycznia tego roku, ze szczególną uwagą powinienem śledzić i śledzę wypowiedzi prezesa NBP. Ale nawet bez tego podkreślenia warto spojrzeć na mijający już prawie rok z perspektywy owego alfabetu właśnie. I postawić parę pytań.

Reklama

Inflacja. Jaka znów inflacja?

Zapraszam do przeniesienia się w czasie: jest piątek, 15 stycznia, konferencja prasowa prezesa NBP, a raczej odpowiedzi na przysłane przez dziennikarzy pytania (nie wszystkie) po pierwszym tegorocznym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej. Aby umiejscowić ten moment na inflacyjnej skali - inflacja w grudniu 2020 r. wynosiła 2,4 proc., w styczniu 2021 r. - 2,7 proc. Środek celu RPP - 2,5 proc.

W takiej oto sytuacji pod literą I w Alfabecie Glapińskiego znalazła się inflacja oczywiście, o której szef NBP i przewodniczący RPP tak mówił 15 stycznia, komentując opinie przestrzegające przed jej wzrostem:

"Od dłuższego czasu nie rozumiem, skąd takie ogromne zaniepokojenie niektórych obserwatorów rzekomą groźbą wybuchu inflacji. Żadne dane tego nie potwierdzają (...) Raczej, jeśli zaniepokojenie można mieć, to przeciwnym trendem. Inflacja od początku 2020 r. obniżyła się prawie dwukrotnie i wynosi dziś 2,4 proc.".

"Inflacji nie ma. Przez ostatnie lata praktycznie nie ma inflacji. Zbliżamy się w pobliże groźby deflacji. Gdyby nie te nieszczęsne regulacje unijne, dotyczące ekologii i źródeł energii, które niestety w Polsce są oparte na węglu i muszą być oparte na węglu jeszcze jakiś czas, i nie te śmieci, to inflacji by nie było".

Z podobną retoryką mieliśmy do czynienia przez kolejne miesiące, a choć inflacja rosła, to władze monetarne nie decydowały się na zacieśnienie warunków prowadzonej przez siebie polityki.

Słyszeliśmy więc o "przejściowej inflacji" (faktycznie, ona będzie przejściowa, bo za jakiś czas spadnie, ale wysokie mogą pozostać oczekiwania inflacyjne Polaków), "imporcie inflacji", "inflacji podażowej, na którą RPP nie ma wpływu", "egzotycznych bankach centralnych, które podnoszą stopy procentowe" czy wręcz "szkolnych błędach", którymi miałaby być (we wrześniu!) podwyżka stóp procentowych. Jak się potem okazało, w październiku i listopadzie już nie była.

Wszystkie te opinie były wygłaszane zdecydowanie ex cathedra z podkreśleniem panowania nad sytuacją, bo przecież NBP ma najlepszych analityków (bardzo ich szanuję od 20 lat), a nikt nie zna przecież tak dobrze polskiej gospodarki jak polski bank centralny, który w trakcie kryzysu pokazał, że potrafi uratować gospodarkę, polskie firmy i Polaków, czego inni nam zazdroszczą.

Po pierwsze nie szkodzić?

Analizując wypowiedzi prezesa w kolejnych miesiącach, można zacząć się zastanawiać, czy nie bał się on czasem na początku roku i później ewentualnych politycznych zarzutów ze strony rządu i prezesa PiS, iż podwyżkami stóp procentowych uderzy w rozkręcającą się gospodarkę i zahamuje gospodarcze ożywienie.

Dopiero w październiku, a tak naprawdę w listopadzie, nastąpił punkt zwrotny w podejściu Adama Glapińskiego do walki z inflacją za pomocą podwyżek stóp procentowych. Trudno nie zadać sobie pytania czy nie pomogły w tym publiczne wypowiedzi wicepremiera ds. bezpieczeństwa i prezesa PiS jednocześnie - Jarosława Kaczyńskiego.

Oczywiście, wysoka inflacja jest "fajna" z punktu widzenia rządu, bo wraz z nią rosną budżetowe wpływy z VAT (minister finansów przyznał, że ten podatek inflacyjny to ok. 9 mld zł), ale po drugiej stronie mogą pojawić się polityczne koszty. I tego, zarówno premier, jak i prezes PiS, mogli się przestraszyć. I stąd pewnie także warta ok. 10 mld zł tarcza antyinflacyjna.

Dowód? Najpierw głos premiera Mateusza Morawieckiego zapytanego przez Interię w dniu październikowego posiedzenia RPP, o to czy RPP właśnie nie powinna podwyższyć stóp procentowych by dać znak, że czuwa nad inflacją. - Wyższa inflacja oczywiście mnie martwi, leży to w kompetencjach NBP i mam nadzieję, że reakcja NBP będzie należyta - powiedział Morawiecki. Ten przekaz wzmocnił w listopadzie, gdy uznał inflację 6,5-7 proc. - przekraczającą wyraźnie cel RPP  - za zagrażającą wzrostowi gospodarczemu.

- Inflacja to dla mnie poważny problem, traktuję to śmiertelnie poważnie - wskazał Morawiecki i ostrzegł jednocześnie: - Najbliższe kilka miesięcy to będzie walka z inflacją.

Potem głos w temacie inflacji zabrał także Jarosław Kaczyński, który stwierdził, że "inflacja jest zbyt duża", choć jeszcze w październiku mówił: mnie prezes Glapiński, jeżeli chodzi o przyczyny inflacji, przekonuje.

W listopadzie w Polskim Radiu mówił już o inflacji jako o zagrożeniu. - Z całą pewną zagrożeniem, z którym trzeba walczyć i będzie się walczyć, jest inflacja. Jeśli się jej jakoś nie opanuje, może bardzo, ale to bardzo zagrozić gospodarce, co za tym idzie - zaszkodzić po prostu Polakom, polskim rodzinom, polskim gospodarstwom domowym - podkreślił.

W tym cytacie warto zwrócić uwagę na zwrot "będzie się walczyć" z inflacją. Z jednej strony można uznać, że to oczywiście potwierdzenie przygotowywania rządowej tarczy antyinflacyjnej (choć ona nie walczy z inflacją, a raczej chwilowo łagodzi jej objawy), ale z drugiej - czy aby nie także "zachęta" dla szefa NBP do działania i kolejnych podwyżek stóp?

I czy to czasem nie były te słowa, po których prezes NBP, wierny druh Jarosława Kaczyńskiego z czasów Porozumienia Centrum, uznał, że jednak jest spóźniony i źle odczytał pożądane zachowanie? Bo koszty, te polityczne koszty zaniechania, mogą być o wiele większe niż można było sądzić? Czyżby się przestraszył, że jego działanie zostało jednak odebrane jako nie do końca przekonywujące i może zagrozić jego ponownej elekcji? A to już kwestia najbliższego półrocza. Prezesem zostanie znów ktoś, kto dopuścił by inflacja wyskoczyła do 7-8-9 proc.? A byli też tacy, którzy mówili (jeszcze przed zapowiedzią tarczy) o inflacji dwucyfrowej.

Tego oczywiście nie wiemy, wie to tylko Adam Glapiński, ale w połowie listopada tzw. weselszy (tak naprawdę napawający smutkiem) profil NBP strzelał na Twitterze niczym z bazooki w czasie najgłębszego kryzysu, wystawiał tweety w tempie iście ekspresowym, niczym jakaś, nomen omen, szarża. Chodziło o kolejne fragmenty wypowiedzi prezesa NBP mające, jak rozumiem, przekonać opinię publiczną, że prezes od zawsze był w RPP przyczajonym jastrzębiem o gołębim sercu (dla niewtajemniczonych: jastrząb w RPP zwykle chce podwyżek stóp, a na pewno nie chce obniżek; gołąb opowiada się za obniżkami i prowadzeniem luźniejszej polityki monetarnej). Jak zauważyli ludzie związani z bankiem centralnym od lat, w czasach gdy obecny prezes był tylko członkiem RPP, jastrzębiem faktycznie był. Ale teraz, jeszcze do niedawna?

Zmianę retoryki można było zobaczyć także w odpowiedziach prezesa NBP na pytania zadane niedawno przez Interię (jeszcze raz dziękuję za odpowiedzi).

Tam padło m.in. to, że podwyżka stóp procentowych NBP w ostatnich miesiącach i fakt, że uczestnicy rynku w swoich analizach i wycenach zakładają scenariusz dalszego wzrostu stóp, powinny być korzystne dla złotego (wtedy kurs euro sięgał 4,72 zł).

Prezes przyznał też, że "podobnie jak wiele innych banków centralnych początkowo ocenialiśmy, że oddziaływanie tych czynników (podwyższających inflację - red.) będzie przejściowe, a w gospodarce jednocześnie wciąż utrzymywała się podwyższona niepewność związana z pandemią i trwałością ożywienia. We wrześniu pojawiły się informacje wskazujące na bardziej trwały wpływ zewnętrznych czynników podwyższających inflację".

Polityka, czyli zyski z Polskiego Ładu minus inflacja

Czyżby teraz ryzyko, że Polacy nie przyjmą narracji o tempie wzrostu płac wyższym niż tempo wzrostu cen, okazało się na tyle duże i politycznie kosztowne, że prezes PiS dał sygnał "Adam, działaj, przecież to Ty odpowiadasz za stabilność cen i masz narzędzia u siebie!". Bo przecież pokazywany przez GUS co miesiąc wzrost wynagrodzeń, którym w zestawieniu z inflacją posługiwali się zarówno premier jak i prezes NBP, nie dotyczy wszystkich, a wszyscy codziennie doświadczają wzrostu cen za towary i usługi. A za chwilę, miesiąc lub dwa może się okazać, że ten argument jest już, zwyczajnie przeterminowany.

Kolejne ryzyko polityczne dotyczy już roku 2022, gdy zacznie działać podatkowy komponent z tzw. Polskiego Ładu. Jak od dłuższego czasu chwali się koalicja rządowa, 18 mln Polaków zyska na owym ładzie, a 9 mln wręcz nie zapłaci podatku, w tym 2/3 emerytów. I to ma być zapewne koło zamachowe społecznego poparcia dla koalicji rządowej właśnie.

A jak okaże się, że polityczno-społeczne zyski z "podwyżek od rządu" przekształcą się w realne polityczne i finansowe straty? Bo uzysk netto Pani Kasjerki z reklamy Polskiego Ładu będzie niższy niż jej inflacyjne koszty, które sama dostrzega po odejściu od sklepowej kasy już dziś? A one mogą być tym bardziej widoczne gdy inflacja okaże się być zdecydowanie wyższa niż owe siedem i coś prezesa Glapińskiego. Czy to nie może być politycznie kosztowne? Może. I to bardzo.

- Widzę w Polsce trzy zagrożenia: pierwsze to grupy, które za nic mają polskie interesy, drugie to inflacja, która jeśli nie zostanie opanowana, może bardzo zaszkodzić gospodarce, trzecie - kolejna fala pandemii, której nie można lekceważyć - stwierdził już w połowie listopada Jarosław Kaczyński.

Oczywiście beneficjentem wysokiej inflacji jest i będzie budżet państwa, czyli rząd, liczący wyższe wpływy m.in. z VAT. Stąd też już ogłoszona tarcza antyinflacyjna, która zapewne złagodzi spodziewane noworoczne podwyżki cen energii, ciepła, gazu (oraz przyczyni się do spadku cen paliw). Przyczyni się też do spadku inflacji na początku 2022 roku z możliwych 8-9 proc. w grudniu bieżącego roku.

- Stworzyliśmy warunki, bez których uruchomienie tarcz antyinflacyjnych byłoby niemożliwe - tak dokładnie powiedział w najnowszym wywiadzie dla "Gazety Polskiej" prezes NBP i ten cytat wybrało wczoraj biuro prasowe banku zachęcając do lektury.

Złoty, nasza siła i duma

Oprócz inflacji, problemem zaczęła być w ostatnim czasie także siła, a właściwie bezsilność, złotego. Polska waluta słabła nie tylko do euro czy dolara i szwajcarskiego franka, ale także wobec czeskiej korony, a nawet ukraińskiej hrywny.

Słaby złoty przydał się rok temu, gdy dzięki szarży banku centralnego, zwiększył się i zysk NBP i wpłata banku centralnego do budżetu. Ale teraz już chyba nie będzie powtórki. Zresztą wczoraj NBP przypomniał wypowiedzi prezesa Glapińskiego, że NBP nie manipuluje kursem, kurs złotego jest wolny i całkowicie płynny, a NBP nie ingeruje na rynku walutowym bez szczególnej potrzeby, bo w warunkach dużego kraju, jakim jest Polska, nasza waluta jest silna i ingerowanie na tym rynku byłoby błędem.

A przecież, jak wiadomo, hasło NBP to wciąż: "Dbamy o wartość polskiego pieniądza".

Ale jednak pod koniec ubiegłego roku NBP zagrał przeciwko własnej walucie i ją osłabił, dzięki czemu dodatkowe zyski popłynąć mogły do budżetu państwa.

I znów wycieczka w czasie, a właściwie powrót do stycznia 2021 roku:

"Przecież nie osłabiliśmy złotego na dobre. (...) Nie prowadzimy polityki słabego złotego. Chcemy, żeby kurs zmieniał się w tym samym kierunku co reszta polityki pieniężnej. Nie można dopuścić do tego żeby zamrozić, zdusić ożywienie gospodarcze".

"Gdyby złoty rzeczywiście był słaby albo słabł, to powinniśmy się cieszyć. To jest marzeniem każdego rządu, każdego banku centralnego na świecie, żeby mieć teraz słabą walutę. W granicach rozsądku oczywiście. Wszystkie kraje tak lub inaczej cieszą się jeśli ich waluta jest słaba".

Tak, to znów prof. Adam Glapiński. Mocny złoty uderzy w gospodarkę, zmniejszy skalę ożywienia. Taka narracja ze strony NBP dominowała po grudniowym osłabieniu złotego w 2020 r.

Wczoraj, w zapowiedzi wywiadu dla "Gazety Polskiej" NBP podkreślił, że prezes powiedział tak: "NBP jest bankiem narodowym, więc ma cel narodowy". - Musimy dbać, aby dobrze rozwijała się gospodarka narodowa, a także czuwać nad silnym złotym - zaznaczył prof. Adam Glapiński.

Reputacja, głupcze!

Czytający te słowa mogą pomyśleć sobie: mądrzy się, nie ponosi żadnej odpowiedzialności, nie zna się. Ale od kogo mamy wymagać tej odpowiedzialności i przewidywalności, a czasem wręcz pokory, jak nie od banku centralnego i jego prezesa oraz Rady Polityki Pieniężnej? Przecież "Podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu, o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP".

Skoro prezes NBP przekonywał nas już w styczniu, że inflacji nie ma; że "podwyżki stóp procentowych to temat z innego świata"; że "na pewno do końca kadencji obecnej Rady (czyli właśnie pierwszego kwartału 2022 r.) podwyżek stóp nie będzie", bo "inflacji nie ma"; wzrostu inflacji nie prognozują zespoły analityczne NBP, a jak wiadomo NBP ma najlepsze zespoły analityczne i że to NBP zna najlepiej całą gospodarkę, a cały świat nam zazdrości tej gospodarki, a bank centralny został uznany za najlepiej zarządzany bank centralny w Europie, to dlaczego mieliśmy mu nie wierzyć i spodziewać się 7-8-9 proc. inflacji?

Przecież powinniśmy wierzyć, że inflacja w Polsce będzie wynosiła 2,5 proc. z możliwym odchyleniem, góra do 3,5 proc. No, ewentualnie, cytując prezesa NBP, do 3,5 i coś. A NBP zadziała z wyprzedzeniem by tak właśnie było.

Zbudowane przez lata przekonanie Polaków, że bank centralny stoi na straży wartości pieniądza oraz zaufanie inwestorów i rynków finansowych można szybko stracić, czego koszty poniesiemy wszyscy. Jego odbudowa trwa zwykle wiele lat. Kolejne posiedzenie RPP już w przyszłym tygodniu.

W NBP wybrano jednak prostą narrację: pokażmy, że chcemy wesprzeć armię, a zgotowano nam za to piekło, jesteśmy w sposób zorganizowany i bezprecedensowy atakowani przez cały świat: po kolei przez Berlin, Brukselę, a obok stoją jeszcze banki razem z inwestorami zagranicznymi zyskującymi na wyższych stopach procentowych kosztem biednych obywateli, którzy muszą więcej zapłacić za kredyt.

Czyżby to miała być zwyczajna i prosta próba ochrony ubiegającego się o kolejną kadencję prezesa przed zarzutem, że nie upilnował inflacji, która w listopadzie była najwyższa w tym wieku, a dokładnie od 21 lat i zanotowała największy miesięczny skok od 24 lat? Trudno przecież się dziwić, że pod adresem prezesa banku centralnego i Rady Polityki Pieniężnej padają pytania o realizację celu ich działania.

"Ludzie zakładają, że jak idą do banku to jest instytucja zaufania publicznego. Niestety. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że tylko jeden w Polsce jest bank zaufania publicznego i nigdy nikogo nie oszukał. To jest NBP. Przepraszam, jest jeszcze BGK". (Adam Glapiński, styczeń 2021)

Paweł Czuryło

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »