Reklama

Produkcja węgla miała wzrosnąć w tym roku. Czy plan się powiedzie?

Odcięcie dostaw gazu przez Rosję w połączeniu z embargiem na rosyjski węgiel przełożyło się na bardzo wysokie ceny surowców i ich ograniczoną dostępność. Wydaje się, że w tej sytuacji najłatwiej byłoby zwiększyć krajowe wydobycie. Wszak węgla mamy na 200 lat... Ale nie jest to prosta sprawa. Zwiększenie inwestycji zajmuje około roku i jest bardzo kosztowne. Trzeba też liczyć się z nieprzewidzianymi sytuacjami, które czasem burzą plany produkcyjne.

Górnicy już teraz wyrabiają nadgodziny, żeby zaspokoić oczekiwania rządzących. - Od początku roku w polskich kopalniach ruszyły w górę wydatki odtworzeniowe, w tym przede wszystkim opłaty za korzystanie ze sprzętu (opłaty leasingowe). Spółki górnicze używające kombajnów ścianowych czy chodnikowych muszą płacić np. Famurowi, który wynajmuje im te maszyny, konkretną kwotę za każdą przepracowaną dniówkę. Obłożenie tych maszyn wzrosło. To pokazuje, że firmy maksymalizują wydobycie na tych maszynach, które są już pod ziemią. Sprzęty są używane częściej, częściej się więc psują. To również generuje wzrost wydatków - mówi Interii Jakub Szkopek, analityk Erste Securities Polska.

Reklama

Inwestycje rok do roku są jednak na razie tylko nieznacznie wyższe. Duże projekty na przełomie roku zapowiada Polska Grupa Górnicza. Spółka informowała niedawno, że zamierza zwiększyć wydatki o 2 mld zł. Wyższa kwota związana jest z planowanym wzrostem wydobycia w przyszłości, ale jest to również efekt wzrostu kosztów pracy, energii i surowców. Na przełomie roku mają zostać ogłoszone dwa przetargi na kompleksy ścianowe.

Producenci maszyn górniczych zwiększają sprzedaż

- Famur, jako producent sprzętu górniczego, obserwuje już teraz większe zainteresowanie maszynami, które są w jego ofercie. Ożywienie to widoczne jest także na rynkach eksportowych. Sprzedaży zagranicznej dodatkowo sprzyja korzystny kurs walutowy, spółka jest więc zainteresowana rozwojem eksportu. Za chwilę może się pojawić sporo nowych zagranicznych kontraktów - mówi analityk.

Biorąc pod uwagę obecne obłożenie w Famurze, można szacować, że firma będzie gotowa dostarczyć sprzęt do Polskiej Grupy Górniczej - o ile oczywiście wygra przetarg - w drugiej połowie przyszłego roku. - A to oznacza, że jest szansa, by dodatkowe wydobycie ruszyło przed następną zimą, pod koniec 2023 roku. Proces inwestycyjny trwa, zakładam, że od momentu rozstrzygnięcia przetargów do uruchomienia pierwszej produkcji minąć musi około 12 miesięcy - tłumaczy Szkopek.

Jest to też proces kosztowny. W jednym z wywiadów prezes Polskiej Grupy Górniczej Tomasz Rogala mówił, że uruchomienie kolejnej ściany wydobywczej kosztuje ok. 200 mln zł. Ale analityk ocenia, że w obecnej sytuacji trzeba się liczyć z dużo wyższymi wydatkami. - Samo usprzętowienie to 200 mln zł, bez robót przygotowawczych. Wydaje się, że dziś, przy obecnych kosztach pracy i surowców, 200 mln zł to niezwykle optymistyczne założenie - mówi. 

Wzrost wydobycia to wyzwanie. Czy się uda?

Mimo że sporo się dzieje, efekty są rozczarowujące. Rząd zapowiadał na początku roku zwiększenie wydobycia w tym roku w spółkach z udziałem Skarbu Państwa o 1-2 mln ton. - Realne możliwości spółek Skarbu Państwa wskazywały raczej na wolumen o 650 tys. ton większy niż przed rokiem. Ostatecznie jednak, na bazie obniżonych planów produkcyjnych Bogdanki i JSW, okazuje się, że wydobycie w tym roku spadnie o 550 tys. ton względem 2021 r. - wyjaśnia Szkopek.

Z dużo większym optymizmem do tej kwestii podchodzi wicepremier Jacek Sasin. Jego zdaniem wydobycie węgla z polskich kopalń w tym roku wzrośnie. - W tym roku wydobycie miało być niższe, ale dzięki wysiłkom górników i zarządów spółek węglowych w tym roku uda się nie tylko utrzymać poziom wydobycia, ale nawet i nieco zwiększyć - powiedział w poniedziałek. Czy faktycznie tak się stanie? Przekonamy się wkrótce.

W drugim kwartale tego roku produkcja węgla w Jastrzębskiej Spółce Węglowej spadła o 9,7 proc. w stosunku do pierwszego kwartału. Roboty korytarzowe między kwietniem a czerwcem spadły z kolei o 5,2 proc. kwartał do kwartału. Liczba czynnych ścian wyniosła 23,7 i była o 3,7 proc. mniejsza rok do roku. Prezes JSW Tomasz Cudny wyjaśniał, że spadek robót przygotowawczych i wydobycia w drugim kwartale to przede wszystkim efekt katastrof w kopalniach Pniówek i Zofiówka z kwietnia tego roku.

Z kolei Bogdanka na początku września zredukowała cel produkcyjny z 9,5 mln ton do ok. 9,2 mln ton, wskazując na "nagłe i nieprzewidziane utrudnienia". Półtora tygodnia później podała w komunikacie, że obniża cel po raz kolejny, tym razem do 8,3 mln ton, z powodu zatrzymania wydobycia z jednej ze ścian. W tym samym czasie wicepremier Jacek Sasin informował na Twitterze, że rada nadzorcza Bogdanki rozpatrzy punkt o odwołaniu prezesa spółki Artura Wasila. Ostatecznie prezes stracił stanowisko. Trudno nie odnieść wrażenia, że to kara za niedotrzymanie planów produkcyjnych.

Kopalnia to nie zwykły zakład produkcyjny

Górnictwo jest dość nieprzewidywalne. Częste w branży są odchylenia od pierwotnych założeń ze względu na wypadki czy problemy natury geologicznej. Tak było w przypadku JSW, gdzie w kwietniu doszło do bardzo poważnych wypadków w kopalniach Pniówek i Zofiówka, tak było też w Bogdance, gdzie w końcu sierpnia w jednej ze ścian nagle wzrosło ciśnienie eksploatacyjne, w efekcie czego nastąpiło jej zaciśnięcie.

Problem niedoboru węgla pogłębia fakt, że kopalnie na całym świecie są niedoinwestowane po okresie pandemii. W 2020 r. bardzo ograniczano inwestycje. Przyczyną był nie tylko spadek popytu na surowiec, ale też środki ostrożności, które miały zapobiec szerzeniu się zachorowań wśród załogi. Wiele firm zrezygnowało z usług świadczonych dotychczas przez podmioty zewnętrzne, żeby kontrolować liczbę zakażeń pod ziemią. W tle była też świadomość, że wchodzimy w erę dekarbonizacji. Wydatkowanie ogromnych kwot na - jak się wydawało - schyłkowy biznes musiało budzić wątpliwości zarządzających.

- Dekarbonizacja jest faktycznie wyzwaniem dla firm górniczych w długim terminie, ale krótkoterminowo priorytety się zmieniły. Ze względu na wojnę rozpętał się kryzys energetyczny i trzeba zmienić założenia - mówi analityk. I to się powoli zaczyna dziać. Na efekty trzeba będzie jednak poczekać co najmniej rok.

Monika Borkowska

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »