Reklama

Sztuka łagodzi ból życia

Niewiele osób potrafi obdarowywać z klasą. I na to trzeba się jakoś uodpornić. A jeżeli ktoś potrafi, to dawanie jest piękne i warto tego doświadczać. Spotykamy takich ludzi - na szczęście jest ich wielu - aż serce rośnie - mówi Ewa Błaszczyk, aktorka, pieśniarka, prezes Fundacji "Akogo?".

Małgorzata Rygas: W parafii na Bielanach poznała pani ks. Wojtka Drozdowicza i z nim założyła fundację "Akogo to obchodzi?". Nazwa nie z przypadku? Miała być krzykiem na obojętność?

Reklama

Ewa Błaszczyk: - Fundację "Akogo?" założyłam w 2002 roku, już po wypadku mojej córeczki, kiedy zorientowałam się, że brakuje w Polsce odpowiedniej opieki i placówek dla dzieci w śpiączce. Kiedy zakładaliśmy fundację byłam bezradna, ale na tyle silna, aby podjąć się prowadzenia fundacji, której celami jest m.in.: szerzenie wiedzy na temat "śpiączki", wybudowanie kliniki-wzorca "Budzik" przy Rehabilitacji Neurologicznej w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, a przede wszystkim stworzenie od podstaw programu medyczno-rehabilitacyjnego i standardów przy takiej jednostce chorobowej, jaką jest śpiączka.

- Wcześniej pomagałam przez wiele lat dzieciom, ale w mniejszym wymiarze - w stanie wojennym organizowałam pomoc, np. przywoziłam z Wiednia różne rzeczy do domów dziecka, organizowałam pieniądze dla konkretnego dziecka i pewnie nadal bym - na miarę swoich możliwości - to robiła. W 2001 roku podczas koncertu w Sali Kongresowej, na który przyjechali ludzie z całej Polski, w którym uczestniczyło wielu wspaniałych artystów, powiedziałam, że będę chciała w jakiś sposób zrewanżować się za to całe dobro, które otrzymałam. Mówiąc to nie miałam jeszcze pomysłu, jak to zrobię. Z drugiej strony działalność w ramach fundacji to nie jest dla mnie sposób na realizowanie się, ale konieczność. Tak mi zostało wyreżyserowane życie.

Wśród donatorów "Akogo?" nie ma instytucji finansowych. Są firmy mediowe, telefonie, przedsiębiorcy. Nie starała się pani o wsparcie firm z sektora finansowego - np. zakładów ubezpieczeń?

- Nauczyliśmy się po tylu latach bardzo szybko rozróżniać, czy ktoś chce pomóc, czy nie. Jeżeli prowadzi długie wywody, dyskusje, to już wiemy, że marnujemy czas. Jak ktoś chce, to pomaga - nieważne czy jest to dużo, czy mało, ale ma wolę - impuls wsparcia. I to jest od razu, natychmiast. Przecież w gruncie rzeczy wybudowanie takiej kliniki jak "Budzik" na 15 łóżek to dla jednej poważnej instytucji są śmieszne kwoty. Próbowałam dotrzeć do różnych firm. To nie jest jednak takie proste. Stosunkowo łatwo pozyskać sponsora jednego wydarzenia.

- Problem pojawia się, kiedy szukamy stałego partnera. Teraz nadarza się okazja do ponownego podejścia do banków, ponieważ niebawem otrzymamy dotację z Unii Europejskiej i będziemy chcieli uzyskać nieoprocentowany kredyt pomostowy pod dalszą budowę kliniki "Budzik". Ciekawa jestem, czy jakiś bank okaże się filantropem i udzieli nam kredytu nieoprocentowanego? Nie chcemy pieniędzy, a jedynie aby zrezygnował z zarobku na naszej fundacji. Zobaczymy...

Dawanie, które nie dotyka, nie upokarza, jest sztuką. Potrafimy dawać z klasą?

- Niewiele osób potrafi obdarowywać z klasą. I na to trzeba się jakoś uodpornić. A jeżeli ktoś potrafi, to dawanie jest piękne i warto tego doświadczać. Spotykamy takich ludzi - na szczęście jest ich wielu - aż serce rośnie. Ale są to z reguły ludzie, którzy w jakimś stopniu sami doświadczyli bólu, bezradności, rozpaczy. Dla nich te odczucia nie są jedynie przeżyciem książkowym, abstrakcyjnym, ale kiedy sami czegoś doświadczamy, to nieszczęście to nabiera innego wymiaru.

A co z polską wrażliwością?

- Co innego jest wrażliwość, a co innego wspieranie organizacji. Dotyczy to nie tylko Polaków, ale także innych narodowości. Ludzie często wolą pomóc konkretnemu dziecku niż np. wesprzeć dom dziecka, fundację. Poza tym zwykle posiadamy wrażliwość literacką, płynącą z wyobraźni, a nie z doświadczenia, z przeżycia. Pomiędzy jedną a drugą istnieje dosyć duża odległość.

Kto się najchętniej sam zgłasza do pani z chęcią pomocy?

- Ludzie dają chętnie, tak jak wspomniałam, kiedy sami doświadczają bólu lub kiedy jest jakiś zryw. Mamy we krwi tę solidarność grupową w razie zbiorowej odpowiedzi na nieszczęście, tragedie. Zwykle w rozpędzonym życiu, jeżeli się dużo pracuje i ma się grono znajomych, do tego jest ono dostatnie, to bywa ono tak szczelnie wypełnione, że dotarcie z jakąś informacją jest niezwykle trudne. Zejście do tego innego świata następuje dopiero, kiedy kogoś osobiście dotyka jakaś tragedia. To dopiero otwiera wyobraźnię, otwiera na innych. Ktoś się musi otrzeć o smugę cienia, aby zobaczyć innych w tym cieniu. Mam na myśli uruchomienie tej innej wrażliwości, prawdziwej, wynikającej z doświadczenia - nie tej literackiej, komfortowej, odległej.

Dowiedz się więcej na temat: Ewa Błaszczyk | Bolo | życia | zyciem | żyły | Życie | serce | zycie | fundacja | aktorka | szczęście | żyja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »